niedziela, 30 grudnia 2012

poza tym

poza tym filmy oczywiście:

1. "Supermarket" reż. Maciej Żak. Niezły, nawet bardzo niezły. Mikołaj Roznerski się wyrabia. Marian Dziędziel i Przemysław Bluszcz - klasa.
2. "Take this waltz" - bez szału
3. "Frankenweenie" reż. Tim Burton - świetny. Postaci wchodzą pod powieki, a muzyka gra w uszach.
4. "Hobbit" reż. Peter Jackson - bajka, i tyle. Ale dobrze spędzony czas.
5. "Piąta pora roku" reż. Jerzy Domaradzki - hmm, nie.

6. serial "Homeland" - buty spadły i potoczyły się w niewiadomym kierunku. Felt in love.

7. książka Doroty Małowskiej "Kochanie, zabiłem nasze koty" - ok.
8. "Sklepy cynamonowe" Brunona Schultza - zdecydowanie lepiej.

9. montaż pana Stanisława - ciężko, ale idzie.

... zdjęcie zrobione w Łodzi - nie pamiętam nazwy miejsca. knajpa. a to lampa.

"Pragnienie miłości" reż. Michel Franco

film niesamowity - piękna nastolatka z burzą kręconych długich włosów, młodzieńcza zabawa i fascynacja, i brutalne zderzenie z rzeczywistością. Sposób pokazania, jak Alejandra bierną postawą wybudowała mur między sobą a światem, jak nie dopuszczała do siebie okrucieństwa dręczących ją kolegów. Po śmierci mamy prawdopodobnie zaczęła się zamykać w sobie, uciekać przed bólem. To, co ją spotkało, i spotykało codziennie, łamało po kawałku, chociaż nie chciała tego okazać, nie chciała dopuścić do siebie takiej myśli.
Zdjęcia długie, pierwszych kilka minut filmu w jednym ujęciu zza zagłówka kierowcy. Zdjęcia pływających w nocy kolegów Alejandry i jej uciekającej w otchłań czarnych fal - rewelacyjne. Groza. Kamera jej szuka w ciemności, męczy sama próba wypatrzednia czegoś w tym zdjeciu, gdzie ekspozycja jest na poziomie 10 procent. Inne - kiedy koledzy wmuszają w A. tort urodzinowy ze skladników wątpliwego smaku. W jednym ujęciu, świetne! I jeszcze mocniejsze - pokój w hotelu, szeroki plan, widać całą jedną część pomieszczenia, punkt centralny - drzwi od łazienki zastawione komodą z lustrem. Za drzwiami zamknięta Alejandra. W pokoju impreza - ktoś się obmacuje na jednym łóżku, na innym rozpracowywana jest butelka w grupie. Dalej - ktoś pisze smsa. Nagle ktoś wstaje i idzie do łazienki, odsuwa komodę, zamyka za sobą drzwi. Wstrzymanie oddechu. Półtorej minuty, wychodzi, jakby nigdy nic, siada - rozmowa, butelka. Wchodzi kolejny chłopak. Dopiero wtedy zmiania planu. To ujęcie trwa może 6 minut i wbija w fotel. Naprawdę dobry film. Choć smutny, beznadziejnie bolesny, okrutny, to warto zobaczyć.
 
 

niedziela, 9 grudnia 2012

inspiracja

Stanisław Kołba - lat 70.  Z zawodu spawacz. Na emeryturze. Mieszka w Łodzi. Z 27-letnim synem i jego rodziną. Postać niezwykła w swej zwyczajności.
 
Niezbyt rozmowny - najczęściej powtarzane zwroty to "nie chcę o tym mówić" albo "kiedy mogę pójść do domu?". Najchętniej zarzuciłby skórzaną brązową kurtkę na plecy i po prostu wyszedł. Ale zobowiązał się, zapłacili mu, podpisał umowę więc siedzi i pokornie daje się prowadzic studentom, odpowiada na pytania najróżniejsze - od tych generalnych, co sądzi o kościele, po bardzo intymne, dlaczego przez pięć lat nikt mu nie powiedział, że jego syn nie żyje.
Ta rozmowa daje poczucie (być może), że każdy ma swoją niezwykłą historię, którą tylko trzeba umieć wydobyć, że do każdego (być może) można znaleźć klucz. (Na pewno) że każdego trzeba traktować z najwyższym wyczuciem i czytać sygnały, które wysyła jej ciało, głos, oczy.
Oczy pana Stanisława są niezwykłe - błękitne, wąskie, małe i głęboko osadzone jak oczy dziadka Bolka, żywe, pełne energii. Oczy pana Stanisława są otwarte na kontakt.
 

 

środa, 5 grudnia 2012

moja Praga

Praga mnie zaskakuje, wabi, ciągnie mnie do niej. Mimo, że boli i rozrywa serce chwilami. Zrobiłam mnóstwo zdjęć dzieci, kilka samej Pragi, żadne nie oddaje tego, co zagnieździło się na dnie duszy. I już tam chyba będzie.

wtorek, 4 grudnia 2012

praska scena

siedzimy w świetlicy socjoterapeutycznej - dzieciaki mają próbę do mikołajkowego występu w teatrze, będą rapować piosenki nad którymi pracują od miesiecy. Zaangażowana dwudziestka z praskiej młodzieży. godzina mija, z każdą piosenką śpiewają coraz głośniej. wybija dziewiętnasta - niektóre musza iść do domu, koniec próby. wpada pani blond w opiętym na ośmiomiesięcznej ciąży swetrze. drze się od drzwi wejściowych:
- co wy sobie myślicie, ja nic nie mogę zrobić przez ten hałas, już parę razy chciałam tu wpaść i parę krótkich posłać. powinni was zamknąć, zlikwidować to miejsce. ja już dzwoniłam, ale nikt mnie nie słucha. se te godziny przyjęć tylko wydłużacie. dziecko się uczyć nie może, ja spokojnie z drugim nie mogę poleżeć.  co ty myslisz, że ja nie zbiorę tych podpisów, żeby was stąd wywalić?
zbiorę.
trzaśnięcie drzwiami.
godzina dziewiętnasta, miejsce dla dzieciaków z rodzin patologicznych.  
 
kontekst - brama na ząbkowskiej, może źle oceniam, ale na oko weekend w weekend impreza granicząca z libacją w co drugiej klatce. i nie przeszkadza... ?

piątek, 30 listopada 2012

filmy, więc:

1. Życie Pi reż. Ang Lee
2. "Nic osobistego" reż. Urszula Antoniak
3. wspomniane "Tango Libre" reż. FF
4. "Szpieg" reż. Tomas Alfredson (Sputnik)
...
książka Grażyny Jagielskiej "Miłość z kamienia" - ostatnie strony, skończę, napiszę na pewno.

środa, 28 listopada 2012

"Tango Libre"

film jak film. Akcja toczy się w zakładzie karnym, strażnicy biorą lekcje tanga, jedną z instruktorek jest żona i była kobieta dwóch więźniów. Przychodzi na widzenia, raz z jednym, raz z drugim. Czasem wpada z synem, którego ojcem jest jeden z więźniów. Mąż zakochany po uszy w kobiecie prosi współwięźnia o lekcje tanga, w końcu cały areszt zaczyna trenować. Dość naiwne, bajkowe. Ale przez pryzmat tańca pokazane przełamywanie barier, a właściwie też zakreślone granice. Tango - taniec zdecydowany, kanciasty, ale też erotyczny, zmysłowy, pełen drapieżności. Najciekawszy był montaż - ponieważ kobieta przechodziła z rąk do rąk, między dwoma współwięźniami, a w końcu między więźniami, a strażnikiem i jeszcze swoim synem, to montaż w chwili spotkania świetnie przechodził od wzroku jednego, do zdenerwowanych dłoni drugiego, po tupiącą nogę trzegiego, w końcu uderzającą o stół pięść czwartego, ona wstaje, któryś się odsuwa, inny doskakuje i tak dalej. dobre. z wyczuciem i zaskoczeniem.
 
kadr z filmu "Tango Libre" reż. Frédéric Fonteyne

poniedziałek, 26 listopada 2012

hasło: dom

rytm serca unormowany
z małymi przestojami
wyskoki są dość kontrolowane
choć niespodziewane
wywołane bodźcem tak zwanym zewnętrznym
przyjemne, czasem
następstwem ich jest gęsia skórka
bodźce są za szybą
szybą jak ze stali
najlepiej byłoby ją rozbić
ale każdy obcy szmer powoduje
ucieczkę z ciepłego parapetu
w głąb domu



rachunek sumienia

choć to niezupełnie o to chodzi, ale o pewne podsumowanie i może wnioski. Stare jak świat powiedzenie, albo stare jak pewien dość współczesny polski film, mówi "musisz sobie odpowiedzieć na jedno zajebiście ważne pytanie: co chciałbyś robić w życiu. i po prostu zacznij to robić". A ponieważ życie samo stawia nas czasami pod ścianą i zmusza do trudnych wyborów - chyba czas na nie wreszcie odpowiedzieć. Zmieniło się dużo: szkoła, która jest spełnieniem marzeń, nowe fascynacje i pasje, które pokrywają się ze sferą edukacyjną. Krok milowy został zrobiony - to, co jeszcze kilka miesięcy temu było poza zasięgiem, dziś wydaje się na wyciągnięcie ręki. Tylko trzeba rękę wyciągnąć i wziąć te instrumenty z półki, które są potrzebne do realizacji. To jedno. Drugie - education, education, education. W praktyce oznacza to: oglądanie, czytanie, robienie. Próbowanie, ćwiczenie, wyrzucanie, próbowanie od nowa. Wykorzystywanie tego, co do tej pory udało się zdobyć, zbudować. Sytuacja nie jest dramatyczna, jeśli spojrzy się na nią z innej perspektywy. Po prostu.  
 
 

czwartek, 22 listopada 2012

masa filmów

ale jakich? nie pamiętam większości...

1. "Sztuczki" Andrzeja Jakimowskiego :)
2. "7 Psychopatów" Martina McDonagha - kiepskie
3. "Mistrz" Paula Thomsona Andersona
4. "Pan Tadeusz" 1928 reż. Ryszard Ordyński
5. "Barbara"
6. "Mój rower" Piotra Trzaskalskiego
7. "Pokłosie" Władysława Pasikowskiego
8. "Obława" Marcina Krzyształowicza
9. "Dzień kobiet" Marii Sadowskiej
10. ... i filmy w szkole różne :)

piątek, 2 listopada 2012

powrót do "Bestii..."

wywiad z Benhem Zeitlinem w miesięczniku "Kino" 10/2012
 
fragment taki:
"Zwykle zaczynam od jakiejś luźnej koncepcji. W przypadku "Bestii..." była o myśl o tym, jaki emocjonalny związek z mamy z miejscem, w którym dorastaliśmy. Wiedziałem, że o tym chcę mówić, nie wiedziałem tylko jak. Wierzę, że trzeba być uważnym, rozglądać się dookoła, bo kiedy jesteśmy skupieni na świecie, on sam pokaże nam właściwą drogę. Trzeba dać się prowadzić cudownym przypadkom, ktorych pełne jest życie. Szukam rzeczy, które wprowadzają mnie w ten charakterystyczny stan euforii, wtedy wiem, że podejmuję odpowiednią decyzję. Kiedy to się dzieje, trochę się boję, ale poddaję się tej ekscytacji.  
 
- To, co pan mówi, brzmi jakby pan opisywał proces zakochiwania się...
 
Jednym z moich ukochanych filmów wszechczasów są "Strumienie miłości" Johna Cassavetesa. Zarówno to dzieło jak i zwrotnik Koziorożca Henry'ego Millera opowiadają o miłości, która jest niepowstrzymanym, ciągle płynącym strumieniem. Kiedy pracuję, zawsze staram się pamiętać, że aby nie przestać kochać opowiadanej historii trzeba, żeby była ciągle w ruchu, że nie można się zatrzymać gdzieś utknąć. Dlatego właśnie nie chcę robić wysokobudżetowych filmów, w których najpierw wymyśla się plan, a później realizuje go krok po kroku. Chcę pisać, nasączać tekst przychodzącymi emocjami, patrzeć jak zmienia się pod wpływem czasu i wydarzeń. Miłość trwa tylko wtedy, gdy jest w ciągłym ruchu."
 
 

piątek, 26 października 2012

Miłość

Haneke. Ciężko zebrać myśli. Ten film jest jak odbita w kropli łzy istota człowieczeństwa. Najprostsza na świecie historia - starsze małżeństwo. Ona - pierwszy wylew, paraliż prawej części ciała. On - opiekuńczy, trochę przerażony, ale bierze ciężar choroby żony na barki. Opiekuje się nią jak może. Obserwuje, czego potrzeba, co mogłoby jej sprawić przyjemność. Nie odstępuje na krok. Uśmiechy, spojrzenia, dotyk dłoni. Miłość. Piękna, spełniona. W spojrzeniu, w geście jest wszystko. Ona - drugi wylew. Paraliż całkowity. On - nie daje za wygraną. Zatrudnia pielęgniarki, zwalnia. Ktoś pomaga, wpada córka. Płacz, poklepywanie po ramieniu, słowa uznania. On jest sam. Ona jest sama. Są razem. Do końca. Moment, w którym świat staje do góry nogami, i kiedy dociera do nas, że ... (właściwie co?) to ten, kiedy on ją karmi łyżeczką, dba, żeby papka miała dobry smak, choć nie wiadomo, czy ona jeszcze go czuje, karmi spokojnie, bez pośpiechu, namawia na kolejną łyżeczkę, jak małe dziecko. Ona spojrzeniem sygnalizuje czy chce więcej, czy ma dość.
To scena, w której chyba dociera, że istotą życia jest miłość. Miłość wzajemna, pełna szacunku. Nawet gesty pokazujące jego słabość są dyktowane miłością. Nawet koniec pierwszy. Koniec drugi jest symbolem spełnionego życia. Nie liczyło się nic prócz jej. Nawet jeśli pozostał zdrowy, życie bez niej nie miało sensu. Byli połączeni niczym pępowiną. Byli jednością.
 
 
Mnóstwo scen symbolicznych. Dwukrotnie po mieszkania wpada gołąb - raz go wygania, drugi raz... gołąb staje sie niemym świadkiem jego tajemnicy. Prawdopodobnie go uwalnia. Ale czy taki miał zamiar? Zamknął przecież okno, żeby gołąb nie mógł uciec...
Scena, kiedy ona gra na fortepianie, on siedzi w fotelu. I wyłącza płytę. To było zludzenie. Widz o tym wie od samego początku. Ale to wyłączenie płyty jest jak odcięcie na chwilę tlenu.

źródło zdjęć: stopklatka.pl
 
Gra aktorska jest tak niesamowita, że dopiero teraz, szukając zdjęć w internecie, dociera do mnie, że to była tylko gra...
 

poniedziałek, 15 października 2012

Ron Fricke

bo to on jest najważniejszy, bo to on jest tym filmem. "Samsara" to jego ostatnie dzieło. Blisko dwie godziny najlepszej wizualnej uczty na świecie, podczas której strach mrugnąć powieką, bo można stracić jakiś szczegół, który może pojawić się na ułamek sekundy. Ręce drętwieją od jednostajnej pozycji. Obrazy połączone z muzyką pochłaniają doszczętnie, zasysają. Nie ma ucieczki.
 
Ten kolaż zdjęć połączonych z niezwykłą muzyką nie ma fabuły, ani bohatera, którego historię poznajemy, a jednak trzyma w napięciu do ostatniej sekundy. Kiedy ekran czarnieje pojawia się smutek i pytanie "dlaczego już?". Można by tak godzinami.
 
To świat, którego nie znamy, albo znamy tylko ze zdjęć i filmów National Geographic. To świat, którego nie dostrzegamy, choć dzieje się obok nas. To ludzie, którzy wzbudzają w nas ciekawość, strach, litość, a być może nie powinniśmy ich obdarzyć żadnym z tych uczuć. Bo to człowiek-robot, albo wytatuowany od stóp do głów zakochany w swojej córce szczęśliwy ojciec. To świat, w którym każda sekunda wydaje się na wagę złota.
 
To zdjęcia, które chciałoby się wchłonąć w głąb siebie. Doskonale skadrowane. Wydaje się, że nie ma w nich przypadkowości. Z drugiej strony ujęcia, które pokazują jeden kadr przez 24 godziny w przyspieszeniu, wydaje się, że każda klatka jest zdjęciem zasługującym na World Press Photo. Tu jest pewien rodzaj przypadkowości, a raczej zaakceptowanie praw przyrody - bo oto Ron Fricke ustawia kadr, filmuje, a natura robi, co chce. Chmury rzucają cienie, słońce chowa się za horyzontem, ptaki przelatują bez pośpiechu, a gwiazdy suną po nocnym niebie wedle ustalonego toru. Ron Fricke uświadamia widzowi, że każda sekunda tego, co się dzieje przed naszymi oczami, warta jest uwagi.
 
kadr z filmu "Samsara" reż. Ron Fricke źródło: filmweb.pl
 
99 minut ekstazy.
 
 
 

sobota, 13 października 2012

(...)

że bezpłciowość to pikuś, ale że bezsenność... kiedy to się wreszcie skończy? myślałam, że przesilenie, potem, że dużo stresu, teraz niby co? sportu nie uprawiam, bo kregosłup, uprawiam za to rekreację winną, też bezskuteczna. chodzę do kina, i właściwie to, co się dzieje w trakcie seansu to stan majestatyczny. ale przed/po - najchętnej urwałabym sobie głowę, albo wyrwała wiązki nerwowe i trzepnęła nimi o chodnik.  ale się nie da. jak integralność to integralność i trzeba jakoś walczyć w  nierozerwalnej całości. sił brak.
 
"Imagine" Andrzeja Jakimowskiego zapada głęboko w pamięć i gra na tych przyjemnych strunach, na których lubie jak film gra - na wysokich. Choć nie wyciska łez, a śmiejąc się zastanawiasz czy ten obok nie pomyśli, że naśmiewasz się z niepełnosprawnych, ale w którymś momencie przestaje to mieć znaczenie. Znaczenie ma to, że skoro ogladamy, to chcemy czuć, dostrzegać, łapać bodźce, szukać zmysłami nowych zapachów... Niewidomy nie zauważy krawężnika, widomy - że tuż za rogiem jest wielki port okrętowy. Niewidomy to wyłapie z przestrzeni od razu. Kto jest bogatszy w doświadczenia i wrażenia? A na ile ważna w tym wszystkim jest wyobraźnia? Najważniejsza?

kadr z filmu "Imagine" reż. Andrzej Jakimowski, zdj. Adam Bajerski  źródło culture.pl

wtorek, 9 października 2012

bezpłciowość dni

 
czasami tak się po prostu dzieje - powinna być głowa pełna pomysłów, radość, że realizacja wkracza w fazę produkcji. Że będą rozmowy kolejne, ciekawi bohaterowie, ich historie. Powinno być poszukiwanie sposobu ich pokazania, zbudowania historii... A jest pustka. I niemoc. I brak inspiracji. A przede wszystkim niechęć. Do wszystkiego, co wokół. I zmęczenie totalne. Wypalenie. Nie pomaga nic - stos przejrzanych gazet, czerwone wino, Adele, filmy, które domagają się obejrzenia. Nic. Przerzucam gazety bezmyślnie. Nie kończę czytać żadnego artykułu. A do tego wszystkiego zapchany nos i wielkie smarkanie od kilku dni. I trzeba wyleczyć, nie ma rady. Bo za nosem poszedł kręgosłup i z bólu najchętniej bym zabiła. 
 

środa, 3 października 2012

bezbłędnie

jest 3 października - dwa tygodnie (prawie) od premiery "Jesteś Bogiem". Teledysk "Jestem Bogiem" obejrzało dziesięć milionów czterysta tysięcy. Fanów na facebooku sto dziewięćdziesiąt tysięcy. I co jeszcze... trailer milion sześćset. koniec statystyk.

"Bestie z południowych krain"

Benh Zeitlin - 30-latek, Amerykanin, to jego pierwszy film. Tak zwane niezależne kino.
 
źródło zdjęcia: Gutekfilm

Film niemal idealny - realizm magiczny (bardzo ostatnio modny), akcja dzieje się gdzieś, bez określonego miejsca i czasu. Narrator - dziecko (też ostatnio często spotykane) - 6-letnia dziewczynka, w tej roli debiutantka Quevenzhane Wallis. Zdjęcia Bena Richardsona po prostu wbijają w fotel, piękny kontrast, gubienie ostrości, wydaje się, że nie może się zdecydować na którym elemencie twarzy czy otoczenia chce się skupić. Burza w dżungli - niesłychana, pożar i ucieczka pod karton dojmująca. Można się naprawdę poczuć jak w kartonie, osaczonym przez płomienie. W ten film się po prostu wsiąka, wchodzi w skórę postaci, oddycha razem z nimi, czuje smród padliny, smak kraba, czy wodę wdzierającą się przez nozdrza. Wzrusza.
Dużo symboliki - mała Hushpuppy wychowuje się bez mamy, więc rysuje ją węglem na każdej możliwej powierzchni, rozmawia z nią, przywołuje, wiesza na krześle jej ubranie i udaje, że to ona. Jej bezpieczne otoczenie wyznaczają właśnie twarze mamy. A obrazki mają być jej znakiem istnienia, pozostawionym dla przyszłych potomnych, którzy "za tysiąc lat dzięki nim dowiedzą się, że istniała dziewczynka o imieniu Hushpuppy". Jeśli we wszechświecie jeden element źle funkcjonuje, cały świat się zawali - tak zaczyna 6-latka, i ta sama, ale już inna, 6-latka kończy - jestem częścią wszechświata, i mimo, że jestem małym elementem, coś dla niego znaczę, chociaż beze mnie się nie zawali.
Dobitnie pokazana scena pomocy z zewnątrz po powodzi, która zabrała wszystko - przede wszystkim szansę na jakiekolwiek egzystowanie w Bathtub. Mieszkańcy magicznej krainy chcą sobie radzić sami, ale ktoś na siłę chce im pomóc. Chcą się leczyć swoimi specyfikami, ale "biali" lekarze, choćby mieli przywiązać ich do łóżka będą leczyli "jedynymi słusznymi" metodami, "inaczej pan umrze". Bez zapytania "czy pan tego w ogóle chce?". No właśnie...

środa, 26 września 2012

"Motyl i skafander"

dzień z cyklu tych, które mogłyby trwać wieczne, zawieszony w próżni, nieistniejący niczym dotyk pióra przelatującego obok nosa, unoszonego delikatnym podmuchem wiatru. Tak nierzeczywisty jak roztańczony promień słońca odbijający się na ścieżce spomiędzy pełnych liści gałęzi. Jest, nie ma go. Jest tu, jest tam. Nie ma. Jest. Tańczy. Bawi się zmysłami. Gra na nosie. Ciepło. Zimno.
 
Dzień kiedy można czytać do późna noc wcześniej, wstać nie niepokojonym budzikiem o poranku, wyjść po świeże bułki i gazetę, zrobić najlepsze śniadanie na świecie, wyjąć kubek na specjalną okazję - nalać do niego kawy i rozkoszować się każdą jej kropą aż do dna. Kiedy można czytać  książkę, naprzemiennie włączając film na podstawie tejże książki i porównywać scenariusz filmowy z pierwowzorem. Kiedy jesienne słońce wywołuje 23 stopniowe ciepło. Kiedy można zapakować torbę, usiąść w parku ujazdowskim i czytając zagapiać się na ludzi, pająka stąpającego ostrożnie po ramieniu. Kiedy wieczorem przy kasie do kina dostać bilet.
 
Kiedy film "Motyl i skafander" wydaje się tak pasujący do odrealnionej rzeczywistości. Kiedy chwila jest jak dotknięcie klawisza fortepianiu - najważniejsza, grająca na wrażliwej strunie uwalniającej łzy. Kiedy dotyk własnej ręki jest zaskoczeniem. Kiedy życie wydaje się chwilą ulotną niczym sen.

niedziela, 23 września 2012

filozofia Jagielskiego

wywiad Dariusza Rosiaka z Wojciechem Jagielskim ("Plus Minus" Rzeczpospolita 22-23.09.2012). Kilka miesięcy po ukazaniu się książki "Wypalanie traw" (zresztą książki niesamowitej), i jak na Wojtka Jagielskiego przystało nie tylko pisze, ale i mówi niesamowicie. Oto fragment:

"Nie będąc Afrykaninem, nie możesz napisać o Afryce z punktu widzenia Afrykanina. Ale rezygnacja z pisania byłaby gorsza niż podejmowanie nawet koślawych prób. Wszystko zależy od tego, jak szczery, przyzwoity jesteś wobec ludzi, o których piszesz, i tematu, który podejmujesz. Jednak wiem, że pewnych rzeczy nie będę w stanie opowiedzieć. (...)
 
(...) twoja wiarygodność dziennikarska jest jak cnota - można ją stracić tylko raz. Z błędu się wytłumaczysz, z kłamstwa nie. Karygodne jest traktowanie ludzi, którzy powierzą ci twoją historię jak jakieś klocki lego w twojej grze, budowanie z prawdziwych ludzi piramidy, która jest wyłącznie wytworem twojej wyobraźni. Jeśli chcesz tak zrobić to pisz powieści, inaczej manipulujesz ludźmi".
 
Pamiętam, jak ktoś opowiadał mi historię dotyczącą manipulacji jednego z polskich czołowych reporterów i jego problemach z wydaniem książki na rynku kraju, który opisywał i ten ktoś podkreślał, że trzeba pisać tak, żeby się tego nie wstydzić, kiedy przeczyta to twój bohater. Potem kiedy byłam w Kongu i zastanawialiśmy się z Katsuvą co możemy filmować i jak mamy filmować, żeby nie urazić ludzi, o których robimy materiał. Żeby nie przekraczać granicy. Nie czarować się, że one nigdy tego nie obejrzą, bo tam gdzie mieszkają, nie ma nawet prądu. To nie ma znaczenia. Znaczenie ma to, że to ona i jej historia, opowiedziała, bo zaufała. Tu nie ma miejsca na żadną dyskusję i kompromisy.

sobota, 22 września 2012

"a że to właśnie jest Everest moich marzeń...

...lepiej być nie może, jak będzie - się okaże". Paktofonika. Trochę to trwało, ale stało się. Łódź, filmówka, zaczynam w październiku, za niecały miesiąc. Z jednej strony cieszę się, jak rzadko kiedy, z drugiej - patrzę na reakcje ludzi, którym mówie: "to był Everest moich marzeń i udało się". W sumie po co patrzeć na innych - reakcje powinny być dość monotonne - "gratuluję, fajnie, wow". Jak się okazuje, nie do końca - "nic ci to nie da", "po co ci ta szkoła", "za taką kasę to jest jakieś oszustwo, a nie studia". Hmm, miło było tego posłuchać. Uczucie, jakby ktoś jednym ruchem maczety obciął skrzydła, a ja spadałabym z tych swoich obłoków na ziemie, waląc centralnie głową w beton. Szkoda. (przegryzłam, wcale nie szkoda!)
 





Kilka słów o łódzkim Domu Studenta. Nigdy nie sądziłam, że trafię jeszcze kiedyś do takiego miejsca. Samo wejście nawet w ułamku nie zapowiada tego, co czeka na piętrze. Swoim wyglądem, i tym samym atmosferą (chociaż był totalnie wyludniony, bo rok akademicki jeszcze się nie zaczął) nie przypomina żadnego miejsca, w którym kiedykolwiek byłam. Pokój, trzy łóżka, meblościanka, poszewki na pościel pachnące krochmalem i... tak sprane, że prawie rozpadają się w rękach, komuś już się musiały rozpaść, bo dziurawe. Czyste, to najważniejsze. Dużo przestrzeni, ale przestrzeni tak obrzydliwej, pełnej pustych białych ścian, stołów imitujących biurka. Jedyna uroda to pomalowane ściany przez jakąś stęsknioną za estetyką dziewczyną. Łazienka wspólna dla wszystkich - chyba jedna na całym piętrze...
 



No i ta Łódź, miasto do którego nigdy mnie nie ciągnęło, bo nie było powodu. Miasto fabryczne, kamieniczne, kojarzące mi się z alkoholem i bezdomnymi psami. Szerokimi ulicami, brzydotą wszechobecną. W to wszystko wrzuconymi wielkimi billboardami, udającymi wielobarwność miejsca. Niestety, tego zszarzałego powietrza nic nie jest w stanie zmienić. Ale będę tu teraz spędzać cztery dni w miesiącu i jestem pewna, że to będą jedne z najciekawszych dni mojego życia.

 
 

czwartek, 20 września 2012

"Królik po berlińsku"

Bartka Konopki, żadna nowość. Film oceniony jako świetny, nominowany do Oscara w kategorii film dokumentalny. I słusznie.
skrót.
1. króliki mieszkają blisko ludzi;
2. szukają trawy, ale też względnego bezpieczeństwa;
3. Berlin stawia zasieki;
4. oddziela króliki od zagrożenia (psów, ludzi... ), żołnierze chronią króliki;
5.  Berlin stawia mur, powstaje pas bezpiecznej trawy;
6. to więzienie, ale też bezpieczeństwo pod okiem opiekuńczych żołnierzy;
7. trawa rośnie, żołnierze pilnują, a króliki sie rozmnarzają i wylegują na słońcu, usypiając pierwotny instynkt;
8. niektóre z jakigoś powodu - być może w poszukiwaniu przestrzeni do życia - zaczynają drążyć tunele;
9. padają pierwsze strzały, kolejne, coraz intensywniejsze ataki zaczynają się na króliki;
10. królików coraz mniej, coraz bardziej przerażone, ale nie mają się gdzie schować;
11. i nagle... robi się wyrwa w murze. króliki mogą swobodnie szukać swieżej trawy;
12. i zasiedlać plac Poczdamski;
13. ludzie zaczynają na nie polować, bez większego problemu, bo te nieprzyzwyczajone do zagrożenia;
14. w końcu znowu trafiają do niewoli (dla własnego dobra!), bo nie dla wszystkch starczyło miejsca w parkach miejskich;

ależ to proste, mądre, dobitne, symboliczne i rewelacyjnie pokazane. dlaczego tak późno to zobaczyłam????

sobota, 15 września 2012

"Cichy Ocean"

"poszło, i jakby na to nie patrzeć projekt de facto zakończył się sukcesem". Emisja jutro. 13 minut. Satysfakcja.

piątek, 7 września 2012

był Bogiem?

teledysk "Jestem Bogiem" obejrzane przez 8 milionów 600 tysięcy internautów. Na dwa tygodnie przed premierą filmu "Jesteś Bogiem". W paźdzerniku sięgnie 10 milionów może. (fanów filmu na facebooku 66 tysięcy). Bo ci, którzy wychowali się na Paktofonice maniakalnie będą sobie przypominać stare kawałki, słuchać ich w pracy, w samochodzie. Na smartfonach w tramwajach. Ci, którzy Paktofonikę znają tylko z kart historii i youtube będą ją poznawać głębiej, albo naciskać repeat do znudzenia bez głębszej refleksji.
Paktofonika mnie nie ominęła, ale weszła w moje życie, kiedy się właśnie kończyła, nie ma mitu, nie ma posągu. Jest poruszająca historia zagubionego chłopaka, którego przerosła rzeczywistość.

 Film jest oparty na faktach, choć nie ma ambicji dokumentalnych i nie odtwarza wszystkich wątków zgodnie z prawdą. Historia Magika i spółki miała być symbolem, sprowadzonym przez scenarzystę Macieja Pisuka do uniwersum. Pewne fakty jednak sprawiają, że wielu będzie w tym widzieć tylko historię Paktofoniki i basta.
Dlaczego wybitny. Świetnie wyreżyserowany przez Leszka Dawida - nie ma przestojów, są emocje, od pierwszych minut wiadomo kto jest wodzem, i za kim idzie tłum. Mimo, że to nie z persektywy Magika jest opowiadany film, ale jego przyjaciół Focusa i Rahima. Gra aktorska wbija w ścianę - Marcin Kowalczyk (bez dwóch zdań nagroda Cybulskiego), Tomasz Schuchardt i Dawid Ogrodnik też rewelacyjni. Marcin Kowalczyk przypominał mi kolegów z liceum, ich spsoób mówienia, podwórkowe "pojebało cię?" w tym filmie nabiera innego sensu. Jego wyraz twarzy, gesty, szukanie telefonu po kieszeniach... - kupuje każdą sekundę z jego udziałem w tym filmie. Arkadiusz Jakubik - klasa sama w sobie. Muzyka doskonale wyważona - nie ma filmu muzycznego, jest świetnie wykorzystany potencjał twórczości Paktofoniki i trochę więcej. Montaż w porządku. Zdjęcia - lekko zielonkawa końcówka lat 90.tych, taki brak nasycenia jak na VHS. blokowiska wielkie, wielopiętrowe i obdrapane, domofony skrzeczące, kraty zardzewiałe, polonez Caro. Uwielbiam je. Kawał naprawdę dobrej roboty. Nie potrafię znaleźć słabej strony.
Zanim film wszedł do kin, bo jeszcze nie wszedł, dyskusja w internecie rozgrzewa się do czerwoności. Chodzi oczywiście o budowanie mitu Magika, Paktofoniki na ich ćpaniu, balowaniu i samobójstwie lidera. Po obejrzeniu filmu nie mam poczucia budowania kultu jednostki. Wręcz przeciwnie - pokazuje slabego, zagubionego chłopaka, i jego jeszcze bardziej nieporadnych kumpli, którzy przyklejają się do lidera jak do psiego ogona,  bo brak im odwagi, żeby iść własną drogą. I tacy jesteśmy. Tak myślę. Mimo to, każdy z nich miał motywację w odpowiednim momencie, dlatego stworzyli to, co mieli czas stworzyć.
Ciekawe, czy opinie na forach zmienią się, kiedy film wejdzie do kin, ciekawe, czy ktoś zauważy uniwersalizm historii. Ciekawe, czy ktoś spojrzy na siebie - czego pragnął, co zrobił żeby się wyrwać z tego świata w którym nie chciał tkwić i gdzie jest teraz.
No własnie, a co z pozostałymi chłopakami?

piątek, 31 sierpnia 2012

bezinteresowność - to nie istnieje

wchodzę do swojej klatki, kamienica, centrum Warszawy, za mną starszy pan przyspiesza kroku, żeby drzwi, które otwieram sprawnie kodem nie zamknęły mu się przed nosem. Słyszę dźwięk odblokowanego zamka, pociągam za klamkę i odwracam się do pana z uśmiechem:
- proszę wchodzić
- pani przodem, dziękuję, że pani zaczekała, nastepnym razem ja się pani odwdzięczę i otworzę drzwi
- nie musi się pan odwdzięczać, miło mi, że mogłam to dla pana zrobić
on patrzy zdumiony zza ciemnych okularów:
- dziś nic nie ma za darmo
- jednak jest, za życzliwość czasem nie trzeba dawać nic w zamian.
- oj, nie ma życzliwości, uśmiech też kosztuje.
wsiadamy do windy, winda rusza
- ja pani nie znam, pani tu długo mieszka?
- trzy lata
- tak sie zagadałem, że zapomniałem wcisnąć swój guzik, ale własciwie mogę z pania jechać na szóste pietro
- ale tu nie ma...
- to bez znaczenia. do zobaczenia - musze jeszcze kiedyś wpaść na panią.
 
I zniknął za drzwiami z numerem 21.
W dziwnym entuzjaźmie. Z uśmiechem od ucha do ucha.
 
Rzeczywiście nie ma nic za darmo. Kiedy mówię kwiaciarce na Placu Zbawiciela "dzień dobry", bo kiedyś kupiłam u niej niezapominajki zawsze patrzy na mnie zdziwiona, i w tym swoim zaskoczeniu czasem zapomina odpowiedzieć.
 
Ile było w Rumunii takich sytuacji, że ktoś o coś pytał, zagadywał, po rumuńsku, odruchowo wręcz, a kiedy słyszał obcy język, uśmiechał się nieśmiało i gestami pokazywał, że po angielsku to nie bardzo potrafi, albo wręcz przeciwnie - zaczynał trajkotać po angielsku ile to jeszcze rzeczy zostało do zobaczenia. Bez złości. Bez agresji, że oto nie potrafią się odnaleźć w sytuacji z obcym, nie rozumieją, nie potrafią zareagować. Kiedy widzą zagubionego obcego, chcą pomóc, choćby gestem, jednym słowem, dzwonią do znajomego, który mówi po angielsku, dają do telefonu. Nie uciekają od siebie nawzajem. Nie chowają głowy w piasek. Nie odwracają wzroku zakłopotani. Tworzą wspólnotę, czują się jej pełnoprawnymi członkami. Jeszcze potrafią ze sobą rozmawiać.

Ale do rzeczy - bo co my właściwie miałyśmy z tej ich bezinteresowności?
1. taksówkarz w Cluj-Napoca, godzina 22.00, dwie turystystki, zero rumuńskiego, chcą gdzieś jechać, a jak to na taksówkarza przystało, facet z krzyżem z diamentów na plecach nie wie gdzie akurat ta ulica się znajduje, pytamy o cenę, coś tłumaczy, w końcu mówimy - nie mamy lei, czy 5 euro będzie ok, macha ręką, nie wiadomo czy zrozumiał. na pewno się zgubił parę razy, w końcu z pomocą innych taksówkarzy, policji i własnej inwencji dojeżdżamy pod hostel. chcę płacić - pokazuje jakiś kubek przy skrzyni biegów i każe wrzucić miedziaki, nie sprawdza ile, pewnie ich nawet nie wymieni w kantorze bo to monety, czyli dla niego kurs za darmo. idzie do hostelu, sprawdza czy to ten, pyta czy czegoś jeszcze potrzebujemy, pojawiają się oferty narkotykowe, daje bagaż, na skrawku gazety swój numer telefonu i znika w ulicznym ruchu. uśmiech od ucha do ucha.
2. Piatra Neamt - wypożyczalnia rowerów, wspomniany wyżej Daniel rozmawia z kolegą, który rowery pożycza, my prawie na migi, rowery dostajemy, Daniel rusza za nami, "nie dogadacie się, a ja znam kilka słów po angielsku, tu można spotkać złych ludzi, gdzie chcecie jechać?", no więc jedzie i nam towarzyszy, czasem coś zagada, coś pokaże, na basen wskaże drogę, to nad jezioro, i tak jeździmy, w końcu zatrzymujemy się w kurorcie basenowym, on załatwia miejsce gdzie możemy trzymać niezapięte rowery i iść się spokojnie kąpać. No to piwo, fanta i rozmowy nad mapą gdzie my tymi rowerami możemy pojechać: "tu możecie, a tu za daleko. Ale ja mam samochód. Tylko nie mam benzyny". "Ile chcesz za jeżdżenie przez cały dzień, benzynę kupimy?" "Nic nie chcę" (????). Naprawdę nic nie chciał.
3. Iasi - chłopak koleżanki, cały dzień jeżdżenia po Bukowinie, pytamy o benzynę, ile? Nic. Zakaz zadawania więcej tego pytania. U niej nocleg. Lodówka zapełniona lokalnymi specjałami. Żebyśmy wszystkiego spróbowały. Całodzienne wycieczki po mieście. A co w zamian???
4. Braszów - tu chyba nic nie było takiego wyjątkowego, chociaż gdyby się zastanowić, to może ta pani na przystanku w Branie, która nas pogoniła do jeszcze jakiegoś muzeum, którego i tak nie znalazłyśmy.
Tak czy inaczej - dlaczego mnie to tak strasznie dziwi???   

czwartek, 30 sierpnia 2012

on the road again

właściwie już po "w drodze". to była podróż pełna zaskoczeń, odbudowywania wiary w ludzi, w ich bezinteresowność. Był strach przed wypadkiem podczas jazdy po rumuńskich drogach z kierowcą szaleńcem, były uciekające spod stóp tory rumuńsko-węgierskie oglądane z pociągu do Budapesztu, był stary, rozgrzany passat przypadkowo poznanego Daniela, był kurz, piach w butach, odciski, popękany lakier na paznokciach. I uczucie wolności.
 
 
 
Rumunia ma twarz uśmiechniętego mężczyzny w średnim wieku, w kapeluszu, lekko wytartych spodniach od garnituru, koszuli w kratkę, bez zarostu, trochę za długimi włosami, z bystrym, piwnookim spojrzeniem. Ma też twarz młodzieńca, który ciało zapisuje tatuażami, nie wychyla nosa poza Braszów, a jeśli ma pomysły podróżnicze, to niekoniczenie trzymają się one kupy. Obaj pracują dorywczo, nie bardzo przejmując się dniem jutrzejszym.



Rumunia ma twarz zieloną, pełną wzgórz, wysuszoną letnim słońcem, pachnącą już jesienią, dźwięczącą pojedynczymi suchymi liścmi kasztanowców. Jest soczysta jak arbuz, kwaskowa jak białe mołdawskie wino, intensywna niczym borowiki w sosie śmietanowo-cebulowym z polewą czosnkową.
 
Rumunia lubi rozmawiać, pytać, szukać kontaktu, lubi przyglądać się, ale nie wgapiać, nie jest natrętna jak mucha, jest ostrożna jak wróbel, który szuka okruchów chleba na werandzie restauracji. Nie chce przeszkadzać, jest trochę niesmiała, ale potrzebuje drugiego człowieka. Jest otwarta w postawie i w intencjach. To wystarczy, żeby nie pozwoliła o sobie zapomnieć.

gorzki smak "Karmelu"

Nadine Labaki, libańska reżyserka, autorka filmu "Karmel" (i "Dokąd teraz?") w wywiadzie dla "Zwierciadła" na sugestię, że być może "problemem [sposobu traktowania tradycji przez libańskie społeczeństwo] jest paradoksalnie bliskość w rodzinach, czego niepełne rodziny europejskie mogą zazdrościć. Że oto w krajach arabskich nikt nie jest pozostawiony sam sobie", odpowiedziała: "Łączy nas niewidoczna pępowina, która jednak tłamsi naszą indywidualność i pragnienia, bo domaga się respektowania tradycji".
 
Libańskie kobiety dążą do indywidualizmu, jak najbardziej swobodnego wyrażania samych siebie, wolności w decydowaniu kiedy, z kim i jak. A Zachód już dawno to osiągnął i czuje, że wpadł w pułapkę, bo oto wolność pociągnęła za sobą samotność. Im bardziej wolni, tym większa pustka wokół nas. Bo nagle okazuje się, że dla wielu wolność kończy się tam gdzie jest granica intymnej strefy bezpieczeństwa, ciągle poszerzanej, coraz paniczniej chronionej, coraz bardziej absurdalnej.

piątek, 10 sierpnia 2012

long list

trochę się tego uzbierało, od końca:
1. Prometeusz reż. Ridley Scott (majstersztyk!!!)
2. Wrong reż. Quentin Dupieux (podobał mi się - im bardziej absurdalny, tym lepszy)
3. "Mroczny Rycerz Powraca" rez. Christopher Nolan (fabuła gorsza, chociaż poprzednia część też nie grzeszyła nadmierną błyskotliwością akcji - za dużo powtórzeń pododnych zdarzeń, tym razem było coś niesamowitego - muzyka wbijała po prostu w fotel. Christian Bale... też :)
4. Spider-Man (nie będziemy przyjaciółmi, nawet nie pamiętam tytułu ;)
5. "Bez wstydu" rez. Filip Marczewski (... nie wiem... ani gra aktorska nie zachwyciła, ani scenariusz szczególnie nie zaskoczył, zdjęcia świetne - niewiele poza tym).
6. "Alpy"  - na pewno bardziej przypadł mi do gustu niż "Kieł", ale to nadal nie do końca moja bajka.
7. "Siostra twojej siostry" - nie wiem dlaczego, ale bardzo. Mimo, że historia niezbyt porywająca, może trochę zaskakująca, ale prosta i tyle. W tym filmie, jego prostocie, ostatniej scenie było coś ciekawego.
8. Valhalla. Mroczny wojownik - jeśli wyznacznikiem tego, czy ktoś się zna na kinie artystycznym jest to czy mu sie podobała Valhalla, przyznaję - jestem estetycznym zerem. Nie przekonał mnie ten film.

T-Mobile Nowe Horyzonty:
1. "Za wzgórzami" - wyróżnienie na Berlinale dla aktorek
2. "Twoja siostra"
3. "Jutro" - rosyjski mocument
4. "Człowiek pogryzł psa"
5. "Sekretny świat" - Meksyk
6. "Like someone in love" - reż. Abbas Kiarostami (bardzo, bardzo, bardzo)
7. "WR - tajemnicy organizmu"
8. "Być jak M/ichael Madsen" - szkoda czasu nawet na czytanie opisu
9. "Cztery słońca"

To definitywnie nazywa się "Lato w kinie". Pare filmów zgubiłam na pewno po drodze, może nie są tego warte... (przyznaję, widziałam "Project X" - i nie zamierzam tego załować.)

środa, 8 sierpnia 2012

rezygnacja

przychodzi taki moment, kiedy nic się nie układa tak jak powinno, a właściwie dociera do świadomości, to co było odsuwane w najciemniejsze zakątki umysłu, że już od dawna jest daleko od ok., i trzeba zmienić, działać, ruszyć z miejsca. to oczywiście kosztuje - bo zaczynają się konfrontacje, negocjacje, trudne rozmowy z przedstawicielami nowych idei i jeszcze trudniejsze z obrońcami naszego trwania w starym porządku. Ale kiedy już się wystawi ten nos przed szereg, kiedy już wszyscy patrzą zdziwieni, że ktoś się wychylił, miał czelność zburzyć cyrkulację powietrza, którym wszyscy oddychają i ani myślą pobierać mniej tlenu, to warto nie rezygnować, tylko od razu zrobić pewny krok do przodu. Nawet jeśli miałoby to wywołać delikatny huragan.
Ryzyko oczywiście jest. Można trafić na koniec kolejki. Można pluć sobie w brodę, że nie tak miało być. Ale jestem pewna, że nigdy, przenigdy nie zakiełkuje myśl - mogłam się przecież nie ruszać. Nawet amatorski biegacz nie myśli o tych pięknych i piekielnych kilometrach, które właśnie przebiegł, ale szuka motywacji do pokonania tych, które przed nim.
Poza tym kto (zdroworozsądkowy) w momencie wyciągania ręki po laur zakłada od razu porażkę?


sobota, 4 sierpnia 2012

palcem po mapie

to zawsze tak jest - kiedy już decyzja zostaje podjęta, kierunek - południe (tym razem), i nadchodzi ten najważniejszy moment, czyli otworzenie mapy i wybieranie punktów, które trzeba odwiedzić, następuje przełom. to taka cezura. koniec czegoś i początek czegoś innego. zawsze to samo mrowienie w kręgosłupie. nie ma nic przyjemniejszego niż przygotowywanie nawet najprostszej wyprawy. kółka na mapie, znaki zapytania, skreślanie miejsc, których nie uda się odwiedzić. cóż za słodki smak rezygnowania z czegoś kosztem czegoś innego, a właściwie "w imię" lepszego. (??) innego, po prostu innego.
moment, kiedy mapa z obco brzmiącymi nazwami, początkowo nie do powtórzenia, zostaje wyryta w pamięci. równie podniecające jest już tylko zmienianie pociągów, autobusów i spotykanie ludzi. robienie zdjęć. te wszystkie odwiedzane obiekty, miasta, zamki schodzą na drugi plan...

czwartek, 2 sierpnia 2012

jak odejść będąc pod szczytem

kiedy ostatnio rozmwiałam z kapitanem Tomaszem Cichockim najbardziej ciekawiło mnie, co dało mu siłę, żeby przez osiem lat planować samotny rejs dookoła świata bez zawijania do portów i ani na chwilę nie zawahać się w realizacji tego planu. pytam go - dlaczego ludzie całe życie marzą, a nie realizują tych marzeń. Odpowiedź mnie zaskoczyła:

"jak znaleźć ten swój Mount Everest? Jak na niego wejść?"
"Ty się boisz go szukać. A wiesz dlaczego boisz się go szukać? Nie dlatego, że ty go nie zdobędziesz, tylko dlatego, że boisz się, że odejdziesz spod szczytu. Najgorzej jest wrócić na tarczy".
"(...) ja czasami spotykam ludzi, którzy mówią, wiesz co Cichy - ja to bym tak wziął i popłynął tak jak ty - mówię: to bierz i płyń. Tylko, że wiesz stary ja mam robotę, żona nie wiadomo czy się zgodzi. I na tym polega cały dowcip. Jeśli chcesz sobie przemeblować życie, jeśli naprawdę czegoś pragniesz to jest to osiągalne, ale nie ma tak, że coś przychodzi za darmo. To jest ciężka praca, to jest ogromne poświęcenie. Ja mówię, że życie jest jak sklep - z której półki sobie coś weźmiesz, to z tym pójdziesz do kasy, jak chcesz z dolnej - proszę bardzo, jak z górnej - musisz stanąć na palcach. Ale wszystko jest osiągalne".

poniedziałek, 25 czerwca 2012

zdobywanie biegunów

Marek Kamiński - od chłopaka małego usiedzieć nie może, jeździ, chodzi, maszeruje, ciągnie sanki, w buszu, po śniegach, lodach, chodzi po topniejęcym lodzie na wiosną rozgrzewanym jeziorze. I robi na mnie niezmniennie ogromne wrażenie. Jak pisze w książce "Moje bieguny" - najwięcej podróży udało mu się przeżyć w dzieciństwie, potem miejsca zaczęły być podobne do siebie i niczego nowego nie można było poznać. "Zobaczyłem, że nie warto szukać w życiu łatwych dróg, bo nigdzie nas one nie zaprowadzą - a życie jest zbyt krótkie żeby uczyć się  na błędach".












Najbardziej podoba mi się jednak ten fragment (a niewiele zdążyłam przeczytać) o wyskoczeniu z pociągu na rozbicie nosa i kolan. I co? I śladu najmniejszego po potłuczeniach już dawno nie ma :)

Ale jak poznać skalę trudności drogi? Kiedy kończy się łatwa, a zaczyna trudność i od czego to zależy?
I po co wybierać i szukać tej trudnej, skoro można iść na wprost?

Ale - tak czy inaczej - szukając czy znajdując - można się takich książek naczytać na pęczki, a i tak to niewiele daje, bo jak się nie ma siły w sobie to można co najwyżej sobie niepotrzebnie ciśnienie podnosić i robić apetyt na coś, co i tak nie będzie nawet w zasięgu naszych marzeń.

czwartek, 14 czerwca 2012

short list

1. Vanilla Sky reż. Cameron Crowe
myślę, że cały ten film to był jeden długi sen. każda sytuacja zaczyna się jak bajka a kończy jak koszmar, amplituda uderzeń serca rośnie z podobną, i całkiem sporą częstotliwością do 130 uderzeń na minutę, trzyma w napięciu, zdecydowanie do ostatniej sceny. uwielbiam takie filmy, bo choć są nierealne i dzieją się albo w chorym umyśle, albo we śnie, to wzbudzają potężny niepokój. chociaż scenariusz można było dopracować (pod tym względem Fight Club zdecydowanie lepszy);

2. Kupiliśmy zoo reż. Cameron Crowe
bez sensu; cukierowa historia do poduszki;

3. W pogoni za szczęściem rez. Gabriele Muccino
tak niespójny, niekonsekwentny scenariusz, że aż szkoda kasy na robienie takich filmów. bajka dla wyjątkowo nieuważnych, zmęczonych albo niemyślących widzów;

4. Brat reż. Marcel Rasquin (Wenezuela) - ten film zrobił na mnie niesamowite wrażenie, być może od wzruszenia na widok ulic Caracas, bardzo jasno zarysowane postaci, precyzyjny scenariusz, dobra historia, ciekawe zakończenie, zupełnie nieoczekiwane; to był wenezuelski kandydat do Oskara i ja dałabym mu szansę, choćby dlatego, że mało filmów w ogóle przedostaje się z Wenezueli na szeroki rynek, poza tym nie było w nim czuć reżimowej ręki. Gorzka prawda - dzieciaki biegające ze spluwami, używający ich z byle powodu i w byle sytuacjach,  jedyne prawo, którym rządzą się wenezuelskie slumsy to prawo siły własnych mięsni i strachu;

5. Uwodziciel reż. Declan Donnellan, Nick Ormerod
przyjemny dla oka, dobre zdjęcia, nawet niezła historia, odprężający;

6. Ambasador reż. Mads Bruegger
film pokazuje dlaczego w Afryce jest jak jest, czyli rozwój w tempie żółwia, wszechobecna korupcja i wszędobylska kombinatorka obok totalnej amatorszczyzny. Ambasador w okularach tak różni sie od tego bez okularów - i w zachowaniu i w wyglądzie, że aż trudno uwierzyć, że to dwie i te same osoby. A jednak - dwulicowość Europy też pozostawia wiele do życzenia;

sobota, 2 czerwca 2012

niemoc pisania

nie moge pisać, słowa mi się nie układają tak gładko w logiczną i stylistycznie ciekawą całość jak kiedyś, jak jeszcze kilka tygodni temu. Mam problem z tekstem krótkim i prostym, mam problem z ubraniem swoich myśli w zdania. Czytam mniej więcej tyle samo, mniej książek, więcej internetu i gazet. Ale to jednak wciąż tekst, i to poprawny. Martwie się, bo język pisany był moją domeną, siłą, przewagą, wartością. Tymczasem staje się standardowy, nijaki, nawet czasami brakuje mu minimum, czyli poprawności.






fot. wystawa fotografii i myśli Aleksandra Rodczenki, Kraków 2012, Miesiac Fotografii

poniedziałek, 21 maja 2012

po Planete+

to nie był mój festiwal - co drugi film, który wybrałam świadomie lub trafiłam nań przypadkowo po prostu mi się nie podobał. Najbliżej moich oczekiwań był "Pałac" Tomka Wolskiego, mimo, że o fabule można zapomnieć, wiadomo co się wydarzy na końcu, właściwie jest to zbiór postaci, ich historii tworzących charakter budynku. Wartość największa - smutni panowie nie siedzą na czarnym tle i nie opowiadają jak to kiedyś było cudownie, a teraz jest ciężko. Sytuacje, wyłapana specyfika miejsca, zapach, koloryt. Zdjęcia kojarzyły mi się z fotografiami Tomasza Wiecha, ale teraz chyba bym się z tego wycofała.
"Uzależnieni od miłości" - mimo, że gadany setkowo, był ciekawy. Kobieta lat 38, meżczyzna chyba 23. Ona ma już trójkę dzieci, on jeszcze prawdpodobnie nie. Ona biała, on czarny. Ona chyba pracuje, on nie. Ona wielka, on chudzina. Same kontrasty. Zakończenie tworzy wartość filmu, ona zachodzi w ciążę, mimo, że tego nie chce. On się na coś wścieka, odpina mikrofon i wychodzi. Ona zostaje sama, mimo, że nie chciała z nim dziecka, wiedząc, że jest niedojrzały i że będzie musiała go utrzymywać. Uzależnienia tutaj nie ma, może bardziej zależność, potrzeba bycia z kimś.
"Precz z mojego podwórka" - skazani za przestępstwa seksualne, trafiają pod most w Miami, bo muszą żyć w jakiejś odleglości od miejsc, gdzie przebywają dzieci, a tak naprawdę nie mają gdzie żyć, bo wszędzie są dzieci. Brak rozwiązań systemowych umożliwiających wejście na nowo tych ludzi w społeczeństwo. Choć na własne życzenie, wykluczeni. Zabrakło mi kilku, dla mnie, kluczowych pytań. Bohaterowie - dwaj - tłumaczą się ze swoich występków, mówią, że nie wiedzieli, że ma 15 lat, mówiła przecież że ma 19, albo byłem pod wpływem narkotyków, nie wiem co tak naprawdę się stało. Elementy się nie łączą - nagle jeden się zwierza, że jest uzależniony od pornografii. Jak to się ma do 15-latki? Za dużo muszę sobie dopowiadać jako widz i czuję, że błądze. A nie powinnam.

niedziela, 13 maja 2012

Planete+ Doc

piąty rok - mój z festiwalem Planete Doc. Zmieniał nazwę conajmniej kilka razy, poziom wciąż wysoki, najwyższy. Przy dobrych wiatrach można się zamknąć na dziesięć dni w Kinotece i nie wychylać z niej nosa - gdyby jeszcze mieli coś dobrego do jedzenia...

"Projekt Nim" - reż. James Marsh, film otwarcia, opowieść o szympansie - ofierze radykalnego eksperymentu, mającego udowodnić, że szympansy wychowywane z ludźmi mogą rozwinąć cechy ludzkie, jak na przykład umiejętność porozumiewania się ludzkim językiem. Niepokorny, im starszy tym bardziej agresywny - staje się zabawką przekazywaną z rąk do rąk kolejnym studentom, badaczom. W końcu trafia do klatki. Tym razem eksperymentuje się na nim leki na wirusowe zapalenie wątroby i HIV. Porzucony przez niemal wszystkich, zapomniany, odtrącony. Profesor, który był pomysłodawcą eksperymentu, nadal jeździ od telewizji do telewizji, opowiadając o swoim wizjonerskim projekcie, choć w końcu przyznaje, że eksperyment się nie powiódł. Gdzie jest Nim? przypomni sobie za parę lat. A Nim tymczasem katowany igłami, zamkniętą przestrzenią, powoli umiera. Znajduje się pozytywny bohater wśród jego byłych opiekunów i wyciąga go z piekła. Ale czy Nimowi można jeszcze pomóc? Wstrząsający, poruszający film.

"Chwała dziwkom" - reż. Michael Glawogger, jeden z najbardziej kontrowersyjnych obrazów festiwalu. Rzeczywiście - pokazanie świata prostytucji, relacji między prostytutkami a klientami, warunków pracy tych kobiet w Tajlandii, Bangladeszu, Meksyku. Nic właściwie nie zaskakuje, nie szokuje nawet. Wielu rzeczy możemy się domyślać, bo prosytucja to biznes jak każdy inny. Chodzi o kasę, przyjemność jest sprawą drugorzędną. Między klientem a usługodawcą toczy się gra - on jest panem przed drzwiami, kiedy targują cenę, ona jest panem, kiedy zamkną się drzwi. Prosty układ. Choć to poniżające dla obu stron, bez słowa sprzeciwu godzą się na taką konwencję. W każdym kraju jest inny temperament - w Bangladeszu kobiety wręcz na siłę wpychają swoją ofiarę do pokoju, sa władcze wobec mężczyzn, w gestach, słowach pokazują swoją dominację. W Tajlandii wyglądają pięknie i robią co do nich należy bez zbędnych dyskusji. Czasem dobrze sie przy tym bawiąć. W Meksyku - kokietują, prężą się w zalotnych gestach pokazując jak najwięcej ciała. Niektóre po cięzkiej pracy padają upalone crackiem. Wszędzie jest to sposób na życie. Od klienta do klienta - dzień za dniem, noc za nocą. Kondom za kondomem. I tak kręci się świat.  

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

just the moment in life

niektore chwile, sytuacje sa warte pamietania w calosci, niektore tylko dla kilku szczegolow. i niektore dla skutkow, ktore niosa. ta jedna sytuacja odnosi sie konkretnie do skutkow.


niedziela, 29 kwietnia 2012

paleta twarzy



brzmi to dziwnie, ale nic nie sprawia mi takiej radosci jak przesuwajace sie przed oczami niczym klatki filmowe nowe twarze - twarze, za ktorymi kryją się ludzie, ich historie, nastroje, charaktery, radości, złośliwości, krzywe spojrzenia. Oczy. Na nowo patrze ludziom w oczy, na nowo - uczę się z nich czytać. Obserwować człowieka, nie spuszczając wzroku na buty.
To dość trudne, kiedy pędzi się przez życie, próbując nie potknąć się na ostrym zakręcie. Kiedy trzeba uważać na to, jak się stawia stopę, żeby nie skręcić kostki. Chociaż przecież umiem chodzić. Trzeba tylko w to uwierzyć i skupić uwagę na oczach.

wtorek, 17 kwietnia 2012

myśl dnia

Everybody is a genius. But if you judge a fish by its ability to climb a tree, it will live its all life believing that it is stupid.

sobota, 14 kwietnia 2012

wyblakłe wspomnienia

jestem wściekła, niesamowicie wściekła, że z powodu: lenistwa, braku czasu spowodowanego nieumiejętnością skoncentrowania się na tym co najważniejsze, lenistwa raz jeszcze, braku priorytetów, i jeszcze raz lenistwa, nie robiłam dokładniejszych notatek z Konga. Oczywiście, mam jakieś zapiski, bo bez języka pisanego po prostu nie funkcjonuję (zabierz mi telefon, komputer, nigdy długopisu czy książki), ale tam zamiast ciekawych obserwacji z miejsca, jakieś emocje, złość na spóźnianie się, narzekanie na żołądek. A analiza tego co wokół? brak...

I następuje taka oto sytuacja, że siadam do zdjęć, które wymagają komentarza, przytoczenia jakiejś sytuacji, cytatu, opisu wrażenia. A tego nie ma!

Coś, co zwróciło moją uwagę teraz, po roku od wyjazdu do DRK, pod wpływem książki Dariusza Rosiaka "Żar. Oddech Afryki", że oni właściwie sami, w pojedynkę, nie istnieją. D. Rosiak opisuje, jak mężczyzna z wioski sprowadził się do Gomy, bo bał się najazdu i grabieży rebeliantów, ale w Gomie nie potrafił sobie poradzić. Nikogo nie znał, nie mógł znaleźć pracy, nie wiedział jak się w tym mieście poruszać, do kogo zwrócić z pytaniem, z prośbą o wsparcie, o wskazanie kierunku. Nie miał tam rodziny, krewnych... Wrócił do wioski, mówiąc: wolę zginąć od kul rebeliantów, niż z głodu". Kiedy przyjechałam do Gomy, mój współkompan załatwił sprawy z celnikami (trochę krzyku, ale efekt najważniejszy - bez łapówki i innych zbędnych formalności, przekroczyłam granicę), potem było nieco gorzej, bowiem nie mogliśmy znaleźć hotelu, i nikt nie potrafił nam podpowiedzieć gdzie jechać, który wybrać, taksówkarz chciał jechać w wyznaczone miejsce i nie zawracać sobie nami głowy. A Goma to przedsionek piekła - szaro, buro i biednie, spojrzenia wrogie dookoła. Dramatyzm podbijały samochody opancerzone urugwajskiego ONZ'tu wolno snujące się po ulicach (karabiny wycelowane w ulice nie wzbudzają sympatii...). Znaleźliśmy jakiś hotel, poszliśmy więc na obiad z bratem mojego kompana - Katsuvy. Chłopcy pogadali, najedliśmy się, następnego dnia chcieliśmy ruszyć do Parku Wirunga, a już na pewno podjechać do podnóży majestatycznego Nyiragongo. Parę telefonów, jakieś spotkanie z przyjacielem z dawnych lat, zebranie informacji, już wiadomo, że daleko nie zajedziemy, ale "let's get a try". Oczywiście, musieliśmy się wycofać. Po południu wjechaliśmy na mototaxi (każdy na swojej) w jakąś ciemną, biedną dzielnicę w celu odwiedzin brata Katsuvy, mrok zapadł szybko, prądu brak, gwiazd coraz więcej, sprzęt w plecaku coraz bardziej parzy skórę, coraz więcej potknięć o kamienie z zastygłej lawy wulkanicznej. I tak wracamy w tej ciemnicy kongijskiej do hotelu, przez tą dzielnię biedy, a moi kompani nagle wskazują palcem na Nyiragongo - "może chcesz zrobić zdjęcie tej rózowej łuny nad kraterem? w dzień tego nie zobaczysz". I wyjmij aparat, i zacznij robić zdjęcia, jak biały kolor skóry w tej ciemnicy świeci jak latarka.
Do czego zmierzam - że gdyby nie brat, przyjaciele Katsuvy, to nie zrobilibyśmy spokojnie jednego kroku w tym mieście. Że on wiedział gdzie mogę wyjąć aparat, gdzie mogę robić zdjęcia, z kim dyskutować, kiedy się denerwować itd. A Goma to nie jego miasto. Jego jest Bukavu - tam dzięki niemu i jego rodzinie i bliskim mogłam się czuć jak w domu. Czasami.


środa, 11 kwietnia 2012

intensyfikacja wiosenna

gdyby nowe pomysly rodzily sie w takiej masie jak paczki na drzewach, ich realizacja szla tak szybko, sprawnie, efektywnie jak pojawiaja sie nowe liscie, to... to ja tak chce.

sobota, 7 kwietnia 2012

pisanie

po J. Hartwig dziś A. Komorowski zapytał mnie czy piszę - piszę, mnóstwo piszę, setki słów, liter pojedynczych, zdań mniej logicznych, ciągi cyfr, mnóstwo pisaństwa rozlewa się na milionach kartek, w których tonę. Biała papierowa otchłań rodzi się wszędzie tam, gdzie się pojawię i pobędę choć przez chwilę. Ale wartość tego słowa pisanego jest dla mnie tym mniejsza, im więcej mówię. A mówię dużo. Czytając coraz mniej - choć to może złudzenie, bo internetowego języka filtruję całe tomy. Języka innej wartości, słów lżejszych, jakby błahych. Taki sam mam stosunek to swoich słów zapisywanych - znaczą niewiele.



To największy problem przy ułożeniu tekstu do zdjęć, które mam niebawem zaprezentować. Wolę zabawę photoshopem, niż przypominanie sobie historii kryjącej się za postacią z fotografii, konktekstu, wydarzenia. I dobieranie słów.

Kojarzy mi się to z próbą przesunięcia głazu. Uczuciem zimnego metalu kajdanek na nadgarstach, bólem mózgu zalewanego przez cement, wpadającego w czarną dziurę. A przecież wiem, co chcę powiedzieć - że nie ma chyba miejsca większych kontrastów, gdzie obok piękna jest wielkie cierpienie. Gdzie łzy w gorącym słońcu zastygają na twarzy albo po latach w bólu po prostu ich brakuje. Gdzie zieleń tropikalnych lasów kontrastuje z czerwonymi, przekrwionymi oczami rebeliantów, którzy z frustracji i braku innej drogi wyrządzają wiele krzywd. Gdzie młodsze rodzeństwo nosi się na własnych plecach, aż się skończy dwanaście lat, potem swoje własne dzieci. Gdzie za uśmiechem kryją się głębokie rany...

wtorek, 20 marca 2012

Danuta Szaflarska, lat 97, aktorka

Przeżyłam wojnę, powstanie, ciężkie okresy, ale to nie ma nic do rzeczy, może to pomaga, że ja jestem wesoła, że ja z wieloma rzeczami się godzę, godzę się ze starością. Ja się cieszę życiem, wiem, że każdego dnia mogę umrzeć, ale trudno, nie ma innego wyjścia, nikt nie ma, ale można się cieszyć każdym dniem.
19.03.2012

sobota, 17 marca 2012

masa filmów

po kolei, w kolejności totalnie przypadkowej, ostatnie dwa tygodnie??

1. John Carter
2. Ostatnia miłość na ziemi - smutek
3. Code Blue - Urszula Antoniak - boli
4. Nikt nie woła - Kazimierz Kutz
5. Mój tydzień z Marylin
6. Wstyd - rewelacja
7. Przygody Tintina
8. Na imię masz Justine
9. reszty nie pamietam

czwartek, 23 lutego 2012

"Strasznie głośno, niesamowicie blisko"

czyli po angielsku "Extremely loud, incredibly close" Stephena Daldry'ego ("Lektor", "Godziny", "Billy Elliot") - 11-letni Oskar Shell poszukuje zamka, do którego pasowałby klucz znaleziony w szafie taty, który zginął w jednej z wież World Trade Centre 11.września. Klucz ma znaczenie symboliczne, odnalezienie zamka chłopiec traktuje jako misję, którą powierzył mu tata, aby dać mu jakiś znak. To świetnie pokazane rozpracowywanie swoich emocji, traumy. Wydaje się, że chłopiec oślepiony dotarciem do celu i żalem do obcych, którzy odebrali mu ojca, zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością - osaczają go dźwięki, cierpi na bezsenność, jest nadpobudliwy, opryskliwy. Jak mały odkrywca ciągle robi plany, projekty, obliczenia, niby tak jak każdy z nas, ale on działa jak opętany nie zwracając uwagi niemal na nikogo i na nic. Matka spokojnie go obserwuje. Wydaje się, że zsuwa się po równi pochyłej w ciemną otchłań swojej psychiki. A tymczasem to wszystko okazuje się dla niego najskuteczniejszą terapią.
Świetny Thomas Horn, jak zwykle bardzo dobry Tom Hanks, niezła Sandra Bullock - wreszcie wiarygodne, psychologiczne, konsekwentne kino.

środa, 22 lutego 2012

"Spadkobiercy"

film Alexandra Payne'a, z Georgem Clooney'em w roli głównej. Nawet nie chce mi sie pisać o tym filmie, bo mi się po prostu nie podobał. Nie, spocony, zgarbiony Clooney nie zagrał według mnie brawurowo, nie zagrał nawet dobrze. Że można pokazać odchodzenie bliskiej osoby z humorem i lekkością? No można, tylko po co? Że nastolatka może wyrzucać z siebie "fuck" i "shit" z częstotliwością pojawiania się komentarzy pod nową spektakularną akcją Krzysztofa Rutkowskiego? Nie, nie wciągnął mnie ten film. Nie rozbawił. Nie zachwycił.

wtorek, 14 lutego 2012

"Andrzej Wajda. Róbmy zdjęcie"

konstrukcja tego dokumentu dowodzi, że wcale nie musi na koniec wybuchnąć żadna bomba, ani mina, żeby film był ciekawy - jeśli jest dobry bohater, osią akcji nie musi być narastające napięcie i zaskakujący punkt kulminacyjny, a na pzykład chronologia wydarzeń. Oczywiście, chronologia nie musi idealnie odzwierciadlać rzeczywistości. Bo tu na pewno tak nie było. Na początku reżyser się męczy, przeklina, aktorzy nie grają tak jak on chce, wszystko się gubi (łącznie z aktorami), wszystko jest szarpane, także włosy z głowy. Wajda cedzi przez zęby kąśliwe uwagi, przekleństwa, rzuca hasła o niemocy i braku umiejętności. Kompletna klapa. Powoli jednak zarówno praca reżysera nad filmem jak i dokument nabierają rytmu, reżyser coraz częściej się uśmiecha, tu udzieli wywiadu, tam zrobi sobie zdjęcie z młodą aktorką, przez ramię rzuci jakąś życiową mądrość i że reżyserowanie w gruncie rzeczy to fajne zajęcie..., a film oczywiście dalej powstaje. Potem niby mimochodem pod koniec zdjęć powie, że mógłby jeszcze tydzień tak pracować. Ale nie dłużej! Już czujemy że to będzie sukces. A że będzie to wiemy nie z filmu dokumentalnego, tylko z ekranów, jeśli film oglądaliśmy, albo z powszechnego zainteresowania czyli na przykład z mediów, albo - jeśli jesteśmy juz kompletnymi ignorantami - może nam sie obiło o uszy, że film dostał nominację do Oscara. Czyli wszystko przewidywalne. Ale przyjemnie przewidywalne.

niedziela, 12 lutego 2012

"Z daleka widok jest piekny"

Zupelnie nie potrafię się ustosunkować do tego filmu. Surowy obraz, jeszcze surowsza gra aktorów. Brak emocji. Najwięcej emocji pokazuje chora psychicznie matka bohatera Pawła, wokół którego toczy się film. Wioska, gdzieś w Polsce, nie wiadomo jak duża, jak rozłożona, kim są jej mieszkańcy, bo większość z nich poznajemy, kiedy okradają dom Pawła. Pod osłoną nocy, jakby to miało usprawiedliwić czynione zło. Zła jest dużo, o czym ma to świadczyć - że człowiek jest z natury zły i nie każdy doznaje olśnienia na koniec filmu i przechodzi widowiskową przemianę w pozytywnego bohatera? Tak to tłumaczyli twórcy filmu - Wilhelm i Anka Sasnal. Że zło nie musi mieć przyczyny, może po prostu w człowieku być. Niektóre sceny zupełnie ze sobą nie powiązane. Brak budowania relacji do postaci. Widz się z nikim nie utożsamia. To nie zarzuty, taki jest ten film. Troche przypomina mi "Dom Zły" Smarzowskiego.

poniedziałek, 6 lutego 2012

"El premio"

czyli "Nagroda" - argentyński film w reżyserii Pauli Markovitch opowiada o rzeczywistosci lat 70.tych w kraju rzadzonym przez wojskowych. Terror i strach widziany oczami dziewczynki, ktora razem z matka musi sie ukrywac. Ojca nie ma, zniknął, zginął - nie wiadomo, ale to właśnie z jego powodu matka z córką nie mogą zdradzić swojej tożsamości. Losów ojca nie poznamy - jedno słowo które go może określać to "pesymista", ale chyba tutaj nie w znaczeniu cechy charakteru, a raczej negatywnej odpowiedzi na jakieś pytanie. tak mi się wydaje.
zdjęcia Wojciecha Staronia - magiczne, wręcz dokumentalne. Świetnie zagrały dwie dziewczynki, koleżanki ze szkolnej ławki i przyjaciółki "z podwórka" (w tym filmie raczej z plaży).

niedziela, 29 stycznia 2012

tydzień średnich filmów

"Była sobie dziewczyna" reż. Paul Englishby (2009) - fabuła filmu prostsza niż tytuł. Młoda, ładna dziewczyna, inteligentna, marzenie (bardziej jej rodziców) to Oksford, niespodziewanie w strugach deszczu pojawia się miłość, która rujnuje zaprogramowane pod egzaminy na najlepszy uniwersytet życie, miłość oczywiście okazuje się złudzeniem, co nie znaczy, że błędy popełnione przez bohaterkę są nie do naprawienia. Jaki z tego morał?

"Dziewczyna za tatuażem" reż. David Fincher - widząc nominację do Oskara za montaż myślę sobie - będzie wydarzenie, mając w pamięci sposób zmontowania filmu "The Social Network". Co zrobił pan Fincher? Montażowo nie zaskoczył w ogóle, bo tam gdzie montaż miał/mógłby zaskoczyć, tam montażyści zastosowali te same manewry, co przy poprzednim filmie. Niestety, to samo z muzyką - "The Social Network" oglądałam chyba pięć razy, muzykę znam na pamięć, i jak słyszałam podobną w "Dziewczynie z tatuażem" to czułam się trochę oszukana. Fincher rok temu dostał Oskary właśnie za montaż i muzyke. Niech mu to wystarczy. Rooney Mara w porządku.

"Czas wojny" reż. Steven Spielberg - niektórzy na forach internetowych domagają się dosłownego tłumaczenia tytułu filmu z "The horse war", czyli koń bojowy, ale ten tytuł brzmiałby średnio. "Czas wojny" tak naprawdę poza świetnymi zdjęciami Janusza Kamińskiego, historią z potencjałem, ale niezbyt umiejętnie wykorzystanym nie ma nic oryginalnego, pociągającego, wstrząsającego. Wzruszającego. Bo tam gdzie miejsce na wzruszenie i łzy, czyli powrót bohaterów do domu, reżyserowi zabrakło pomysłu na finał, pokazał więc kilkanaście podobnych do siebie ujęć, w których nie dzieje się nic. Tu Kamiński przesadził też ze światłem, ale niech Amerykańska Akademia Filmowa mu to wybaczy...

czwartek, 19 stycznia 2012

"Musimy porozmawiać o Kevinie"

oglądając ten film można sobie zadawać mnóstwo pytań: dlaczego matka Kevina nie prosi nikogo o pomoc, dlaczego jej mąż jest nieludzko ślepy na jej spostrzeżenia i obawy, dlaczego któreś z nich nie wymierzy wreszcie rozkapryszonemu, nabzdyczonemu gówniarzowi solidnego klapsa? kiedy film się kończy po głowie kołacze się kolejne - jak do tego doszło? i nie ma odpowiedzi. Ten film nie daje ŻADNEJ odpowiedzi, mnoży tylko pytania. Zaglądając głęboko, pod kołdrę, do toalety, w zakamarki domu i duszy - matki i syna. A między nimi non stop iskry, napięcie, milcząca konfrontacja. Wulkan kipi i wreszcie eksploduje... i niszczy wszystko, co napotka na swojej drodze. Nie przypadkowo. Najbardziej matkę. Niszczy ją do doszczętnie. I mimo to, zakończenie z założenia powinno być inne.
Niesamowity film.
Czy psychopata rodzi się psychopatą, czy psychopatą się staje? Czy czyni go nim otoczenie, czy pozostaje bez wpływu na chorą osobowość?


Co ciekawe reżyserka filmu - Lynne Ramsey nie ma swoich dzieci, a film powstał w pewnym sensie właśnie z lęku przed macierzyństwem, przed spełnieniem najgorszego scenariusza na temat bycia matką i posiadania rodziny. Tak powiedziała Tilda Swinton w wywiadzie dla tygodnika "Polityka" (2/2012). Powiedziała też kilka słów o tym, co nie znalazło się w filmie, a co mogłoby dużo tłumaczyć: "W scenie, która chyba nie weszła do filmu, matka pyta, dlaczego jej nie zabił. Jeśli bierze się udział w przedstawieniu - odpowiada Kevin - to nie eliminuje się swojej publiczności. Nie pobrzmiewa to kompleks Edypa?".

piątek, 13 stycznia 2012

the epicentre of laziness

Z jednej strony można sobie pozwolić na marazm, nic-nie-robienie, niestaranie się, niewalczenie, na nijakość, na wypłowiałe kolory, na widzenie świata przez zakurzoną szybę bez wewnętrznego imperatywu, że trzeba zrobić wszystko, żeby odzyskać ostrość widzenia.

I trzeba pozwolić, żeby się samo odczepiło, poukładało, znudziło się.

Ale kiedy się czeka, a to nie mija, tylko jeszcze bardziej się nie chce szukać kolorytu świata, coraz mniej rzeczy przyprawia o przyspieszony rytm serca, czerwień zalewająca szyję pod wpływem emocji jest coraz mniej czerwona, a zieleń zafascynowanych oczu coraz mniej intensywna. Co wtedy?
Może czasem nie musi być przymusu, że trzeba iść do przodu, być dobrym, najlepszym, że czasem wystarczy być. Chłonąć muzykę bez żadnego innego celu niż cel sam w sobie. Odpuścić. Nie myśleć. Nie naciskać. Nie pospieszać. Świat wymusi pośpiech, działanie. Niech świat robi swoje, a ja swoje.



"Człowiek z Hawru"
"Almanya"
cos przespałam - szkoda gadać ("Sherlock Holmes - gra cieni")
"Popiół i diament"
"Fight club" jeszcze raz
"Sekret jej oczu"

niedziela, 1 stycznia 2012

New Year's Day

jeżeli ten rok rozpoczął taki słoneczny i ciepły dzień, to to nie może być kiepski rok.

Powered By Blogger