środa, 26 września 2012

"Motyl i skafander"

dzień z cyklu tych, które mogłyby trwać wieczne, zawieszony w próżni, nieistniejący niczym dotyk pióra przelatującego obok nosa, unoszonego delikatnym podmuchem wiatru. Tak nierzeczywisty jak roztańczony promień słońca odbijający się na ścieżce spomiędzy pełnych liści gałęzi. Jest, nie ma go. Jest tu, jest tam. Nie ma. Jest. Tańczy. Bawi się zmysłami. Gra na nosie. Ciepło. Zimno.
 
Dzień kiedy można czytać do późna noc wcześniej, wstać nie niepokojonym budzikiem o poranku, wyjść po świeże bułki i gazetę, zrobić najlepsze śniadanie na świecie, wyjąć kubek na specjalną okazję - nalać do niego kawy i rozkoszować się każdą jej kropą aż do dna. Kiedy można czytać  książkę, naprzemiennie włączając film na podstawie tejże książki i porównywać scenariusz filmowy z pierwowzorem. Kiedy jesienne słońce wywołuje 23 stopniowe ciepło. Kiedy można zapakować torbę, usiąść w parku ujazdowskim i czytając zagapiać się na ludzi, pająka stąpającego ostrożnie po ramieniu. Kiedy wieczorem przy kasie do kina dostać bilet.
 
Kiedy film "Motyl i skafander" wydaje się tak pasujący do odrealnionej rzeczywistości. Kiedy chwila jest jak dotknięcie klawisza fortepianiu - najważniejsza, grająca na wrażliwej strunie uwalniającej łzy. Kiedy dotyk własnej ręki jest zaskoczeniem. Kiedy życie wydaje się chwilą ulotną niczym sen.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Powered By Blogger