środa, 8 grudnia 2010

zanim zaczniesz marzyc...

...zastanow sie dwa razy, bo twoje marzenia moga zaczac sie spelniac... trzy miesiace na research i przygotowania, potem wyjazd w teren. czas przemyslec, co jest niewarte uwagi, co moze poczekac, co musi byc zrobione przed wyjazdem... mieszanka strachu, podniecenia, ciekawosci, na moment swiat zastygl i trwa...

poniedziałek, 29 listopada 2010

greetings from Brussels

oglądam cnn - z jednej strony wałkują wyciek na wikileaks, co chwila nowe dokumenty wypływają do Internetu... ale miedzy tymi tysiącami dokumentów maja czas na obszerne zrelacjonowanie wyborów na Haiti w cieniu grasującej cholery. wchodzę na polskie portale, ani słowa... za to świetnie sie sprzedaje news o tym, ze wpadł argentyński "Fritzl". Nakręcanie takich informacji kierowane jest przez proste myślenie (i logiczne) - odbiorca nie musi nic wiedzieć (nawet gdzie jest Argentyna, bo co to zmieni?), żeby zrozumieć takiego newsa, wiec nie będzie sie czul urażony, znudzony, za głupi. Nikt tak nie lubi sie czuć, prawda? Siedmiu marynarzy zaginęło na Morzu Czarnym - perspektywiczne, można tym grzać przez dobry tydzień, bo albo sie znajda martwi, to juz dramaturgia zbudowana i rozbudzona empatia, a jak sie znajda żywi, to poleją sie łzy wzruszenia, jak przy chilijskich górnikach... nie ważność informacji sprawia, ze jest ona wysoko postawiona w hierarchii informacji w programie czy gazecie czy innym portalu, ale szybki efekt. Albo efekt brazylijskiego serialu – obliczony na miesiące z mocnym punktem kulminacyjnym. Nie ma informacji, które wymagają od dziennikarza wiedzy, zrozumienia tematu, bo nie ma takich dziennikarzy... i właśnie dlatego ich nie ma, bo nikogo z managerów informacji nie interesują takie tematy. Węgierski kolega powiedział dziś, że Kapuściński miał szczęście, że żył w tak ciekawych czasach i że był  wybrańcem, bo mógł podróżować po krajach, które były wtedy niedostępne dla większości. To prawda oczywiście, ale to co się dzieje dzisiaj też zmienia nasz świat. Co prawda - może nie rozpadnie się blok Sowiecki, ale na naszych oczach kończy się hegemonia Ameryki, czy ktoś w Polsce o tym mówi? Czy ktoś mówi o ludobójstwie w DR Kongo? Czy w Polsce mówi się w wojnach narkotykowych w Meksyku - czy ktoś  rozumie o co tam chodzi? A wydawałoby się, że narkotyki i trupy będą się "sprzedawać"... Może gdyby Angelina pojechała i zaapelowała do gangów o pokój?....

niedziela, 28 listopada 2010

w drodze

znowu pakuje walizke, wszystko przygotowane do drogi, ulubiona muzyka zagra w uszach w odpowiednim momencie. wreszcie... jak najszybciej...

piątek, 26 listopada 2010

lepiej pozno niz wcale


mój pierwszy film :) gdzieś w Kolumbii - między Medellin a Manizales, zielone wzgórza porośnięte palmami, banowcami, bambusami... i plantacje kawy - obok kokainy to najbardziej eksportowy towar tego kraju.


zdjęcia i montaż: ruda :)

środa, 10 listopada 2010

czwartek, 26 sierpnia 2010

...

"Przestałem marzyć. Jak człowiek nie marzy – umiera."
autor słów: Ryszard Riedel

czwartek, 19 sierpnia 2010

to co nieuchronne

"Kiedy los w jakiejś formie zwraca się bezpośrednio ku nam, nazywając nas po imieniu, zawsze na spodzie niepokoju i lęku promieniuje pewnego rodzaju przyciąganie, ponieważ człowiek chce nie tylko żyć za wszelką cenę, chce też poznać do końca swój los i chce swój los przyjąć za wszelką cenę, nawet za cenę niebezpieczeństwa i unicestwienia". 

Sandor Marai "Żar", tłum. Feliks Netz 

czwartek, 24 czerwca 2010

to co dla nich najcenniejsze


przeglądając filmy z Bangladeszu powtarzająca się sytuacja rzuciła mi się w oczy - dzieci przy studni. Dzieciaki biegły wszędzie, gdzie skierowana była kamera, chciały się znaleźć w kadrze, nie wiedząc dokładnie do czego to czarne urządzenie służy. Po prostu patrzyły w obiektyw, przepychały się, żeby być bliżej "centrum", ale też robiły to, co myślały,  że od nich oczekujemy, czyli na przykład tłoczyły sie przy studni z wodą. Piły prosto z kranu, myły glowę, płukały stopy pod czystym, wręcz kryształowym strumieniem. Robiły to z dumą, kubek z wodą podnosiły do ust jak czarę zwycięstwa. Dzieci w Bangladeszu było cale mnóstwo. Ale żadne - ŻADNE - nie pokazało nam swojej zabawki. ŻADNE nie pochwaliło się szmacianą, ręcznie zrobioną lalką, piłką... Wszystkie wydawały się dumne, że mogą pić wodę.

sobota, 5 czerwca 2010

tropik ale nieco inny

Mój Daleki Wschód to Bangladesz - nigdy wcześniej nie byłam tak daleko w tę stronę świata. Pierwszy oddech tropikalnym powietrzem - znajomy z Wenezueli. Tropiki wszędzie pachną i smakują tak samo? A-b-s-o-l-u-t-n-i-e n-i-e. Zaduch niemiłosierny - po pierwszej minucie na zewnątrz ubranie klei się do ciała, a po plecach żwawo pomykają kolejne strużki potu. Ponad 40 stopni - w cieniu, słońcu, bez znaczenia. Dopadamy klimatyzowany autobus, bo jesteśmy wybrańcami. Mamy coś, o czym inni nawet nie mają odwagi marzyć. Nie - nie tylko zawartość portfeli. Ale i miejsce, z którego przyjechaliśmy. I kolor skóry. Od tej pory gdziekolwiek się pojawiamy towarzyszą nam wielkie oczy wbite w szyby naszego autobusu, otwarte z zaciekawienia buzie - jesteśmy zjawiskiem. Kiedy próbujemy się dostać do hotelu, w czasie niemiłosiernie długiego postoju w korku co jakiś czas ktoś wali albo w karoserię samochodu albo stuka za długimi i brudnymi paznokciami w szybę. Okropny dźwięk - można dać banknot, żeby namolny żebrak tylko przestał stukać, ale nikt nie wyciągnie pieniędzy, bo każdy nasz ruch jest obserwowany przez kilkadziesiąt par, czasem równie mocno potrzebujących jedzenia, oczu. Danie jednemu pieniedzy - może oznaczać  wyrok. Próbujemy zamknąć oczy, po długiej podróży marzymy o prysznicu i łóżku. Przejechanie kilku kilometrów zajęło prawie dwie godziny. Niemal wyszarpujemy recepcjonistce nasze karty z czipem i znikamy na drzwiami pokojów.
Upał i wilgoć są tak okrutne, że wyjęty na zewnątrz aparat natychmiast paruje.


Przy każdym wdechu ma się wrażenie, że to ostatni haust powietrza przed wymiotami. Smród jest niemiłosierny. Trudno odróżnić kram z warzywami od sterty śmieci. "Sklep" z warzywami obok straganu z kurami i patroszenie ryb. Zdechły ptak po nogami. Wmieszany w resztki warzyw, plastikowych torebek, pióra po kurczaku i ludzkie ekskrementy. Śmierdzi, to najgorsze. Od tego ten wbity w nas z każdej strony wzrok. Nie chcesz kupić - weź więc prezent, mango, marchewkę. Co tylko chcesz - spróbuj mojego - zdają się mówić. Ale jak tu spróbować, jak ameba i żółtaczka pokarmowa tylko czyha na takie okazje. Do plecaka i do hotelu. Ale już wiem,  że nigdy tego nie spróbuję. Następna ulica to parking dla riksz, warsztat, a między tym wszystkim... szkoła. Tabliczki, kredy, nauczyciel - na kocu okołu dwadzieścioro dzieci. Dopadają nas - nie rozumiemy ich języka, ale rozumiemy, że chcą żeby zrobić  im zdjęcia. Spełnienie ich marzenia dla nas jest dziecinnie proste. Krzyk radości. Robimy kilkadziesiąt zdjęć, pozują, skaczą. Wszyscy chcą uścisnąć rękę.



dzień drugi - ruszamy w teren. Autobus, bagaże, aparaty w ręce. Jedziemy na północ w okolice Sirajganj. Uderza bieda. Wychudzeni ludzie, w brudnych ubraniach, owinięci chustą wokół pasa. Można odnieść wrażenie, że w tym kraju punktem honoru jest mieć swoją rikszę. P:odobno w samej Dakce jest ich między 400 a 600 tysięcy (oczywiście nikt nie dba o ich zarejestrowanie, o podatkach - mniemam - w ogóle nie ma mowy. Co nie znaczy, że to dobry zarobek, to znaczy tylko, że to jedyna szansa na zarobek. Zarobek wysokości 3 euro dziennie. Średnio.

piątek, 4 czerwca 2010

południowy Daleki Wschód

kto raz był w Belgradzie - atmosfery ulic nie zapomni chyba do końca życia, bo jest ona nieporównywalna z niczym innym. Miasto muzyki. Miasto zwyczajnych ludzi. Gdziekolwiek bylismy, z kimkolwiek rozmawialismy mialam wrazenie ze to jest miejsce gdzie mogę się z stu procentach czuć sobą. To nie jest proste nie musieć niczego udawać. Że jest się mądrzejszym, że bardziej/mniej wyluzowanym, że bardziej/mniej zadowolonym/usatysfakcjonowanym... Nie, tutaj po prostu można robić swoje.



Masz ochotę tańczyć na ulicy? po prostu to rób. Z drugiej strony miasto przygnębiające - wciąż straszą budynki zbombardowane dekadę temu. Pośród normalności to jedyny świadek pamięci minionej wojny.


Po zachwycie Belgradem, po nocy z rakiją i przebojami wszystkich epok we wszystkich językach świata - samolot do Dhaki. Największej nędzy, dusznego smrodu, największego zaludnienia i miejsca najczęstszych kataklizmów naturalnych. Zrezygnowanie, życie z dnia na dzień. Brak czegokolwiek, a nawet jeśli już coś się ma, to najlepiej sprzedać, żeby nie dźwigać przy ucieczce przed kolejną powodzią. A jeśli nie sprzedać, to zabić i zjeść, bo i tak nie będzie gdzie trzymać - na maleńkiej wysepce na wiekim powodziowym jeziorze. Jedna wielka bieda. Bangladesz.  

wtorek, 18 maja 2010

droga na Południe

szykuje sie droga przez meke. Nie lece samolotem, zeby przypadkiem pyl wulkaniczny ktory od miesiaca paralizuje co jakis czas Europe - wypluwajac ze swego wnetrza cos na ksztalt glebistych oparow. Ok, droga na Poludnie moze byc piekna - tak jak opisywal jak Andrzej Stasiuk. Wiec pociag... i w droge na Balkany. no wiec nie tak predko. Bilet moze i tani, moze i w jedna strone. Ale tym razem rowniez z chmur, ale deszcz. Z duzej chmury wielki deszcz. Polska zalana, Wegry zalane. Serbia zalana. Gleboki oddech - bedzie dobrze. Jutro milion rzeczy do zalatwienia. zdjecia do wizy, waluta, ktora tez skacze jak szalona - dziennie potrafi zaliczyc kilkudziesieciagroszowe roznice. potwierdzenia, papiery, dyski. I powrot z Belgradu chyba bedzie nadluzszym i najbardziej szalonym powrotem do domu. Zeby tylko nie bylo chmury, zeby zniknela powodz... zeby wszystko sie udalo... :)

sobota, 23 stycznia 2010

poniedziałek, 4 stycznia 2010

droga do nieba?




Bogota - miasto zatracenia.
Trudno było z niego wyjezdzać. Przyjechalismy w mglisty deszczowy poranek. Od szostej czatowalismy na autobus z czarna tabliczka ktory zawiozłby nas do La Candelarii, w której upatrzylismy sobie hostel o dumnie brzmiacej nazwie Musicology. Okazal się tak jak cala muzyka Prince - iście ksiązęcy! Spedzilismy chyba 5 dni w Bogocie, akurat byly wybory w Unii Europejskiej, ambasada nasza usmiechnięta i zaskoczona, ze turysci z Polski wybierają właśnie Kolumbię na kraj podrózy. mnostwo sklepow, dzikich antykwariatow z ksiazkami za grosze, niedzielnych pchlich targow, pirackich plyt porozkladanych na chodnikach tak jak w Warszawie. Ha! I Kieslowski wsrod nich. najlepsze imprezy, calkiem  niezle piwo, najbardziej zwariowani ludzi, i niekonczące się mury wymalowane graffiti - chyba nigdy w zyciu wiecej na oczy nie widzialam....(no, zaraz po CCS). To taki Berlin Ameryki Poludniowej. Tak, tak to widze... :)



Powered By Blogger