piątek, 31 sierpnia 2012

bezinteresowność - to nie istnieje

wchodzę do swojej klatki, kamienica, centrum Warszawy, za mną starszy pan przyspiesza kroku, żeby drzwi, które otwieram sprawnie kodem nie zamknęły mu się przed nosem. Słyszę dźwięk odblokowanego zamka, pociągam za klamkę i odwracam się do pana z uśmiechem:
- proszę wchodzić
- pani przodem, dziękuję, że pani zaczekała, nastepnym razem ja się pani odwdzięczę i otworzę drzwi
- nie musi się pan odwdzięczać, miło mi, że mogłam to dla pana zrobić
on patrzy zdumiony zza ciemnych okularów:
- dziś nic nie ma za darmo
- jednak jest, za życzliwość czasem nie trzeba dawać nic w zamian.
- oj, nie ma życzliwości, uśmiech też kosztuje.
wsiadamy do windy, winda rusza
- ja pani nie znam, pani tu długo mieszka?
- trzy lata
- tak sie zagadałem, że zapomniałem wcisnąć swój guzik, ale własciwie mogę z pania jechać na szóste pietro
- ale tu nie ma...
- to bez znaczenia. do zobaczenia - musze jeszcze kiedyś wpaść na panią.
 
I zniknął za drzwiami z numerem 21.
W dziwnym entuzjaźmie. Z uśmiechem od ucha do ucha.
 
Rzeczywiście nie ma nic za darmo. Kiedy mówię kwiaciarce na Placu Zbawiciela "dzień dobry", bo kiedyś kupiłam u niej niezapominajki zawsze patrzy na mnie zdziwiona, i w tym swoim zaskoczeniu czasem zapomina odpowiedzieć.
 
Ile było w Rumunii takich sytuacji, że ktoś o coś pytał, zagadywał, po rumuńsku, odruchowo wręcz, a kiedy słyszał obcy język, uśmiechał się nieśmiało i gestami pokazywał, że po angielsku to nie bardzo potrafi, albo wręcz przeciwnie - zaczynał trajkotać po angielsku ile to jeszcze rzeczy zostało do zobaczenia. Bez złości. Bez agresji, że oto nie potrafią się odnaleźć w sytuacji z obcym, nie rozumieją, nie potrafią zareagować. Kiedy widzą zagubionego obcego, chcą pomóc, choćby gestem, jednym słowem, dzwonią do znajomego, który mówi po angielsku, dają do telefonu. Nie uciekają od siebie nawzajem. Nie chowają głowy w piasek. Nie odwracają wzroku zakłopotani. Tworzą wspólnotę, czują się jej pełnoprawnymi członkami. Jeszcze potrafią ze sobą rozmawiać.

Ale do rzeczy - bo co my właściwie miałyśmy z tej ich bezinteresowności?
1. taksówkarz w Cluj-Napoca, godzina 22.00, dwie turystystki, zero rumuńskiego, chcą gdzieś jechać, a jak to na taksówkarza przystało, facet z krzyżem z diamentów na plecach nie wie gdzie akurat ta ulica się znajduje, pytamy o cenę, coś tłumaczy, w końcu mówimy - nie mamy lei, czy 5 euro będzie ok, macha ręką, nie wiadomo czy zrozumiał. na pewno się zgubił parę razy, w końcu z pomocą innych taksówkarzy, policji i własnej inwencji dojeżdżamy pod hostel. chcę płacić - pokazuje jakiś kubek przy skrzyni biegów i każe wrzucić miedziaki, nie sprawdza ile, pewnie ich nawet nie wymieni w kantorze bo to monety, czyli dla niego kurs za darmo. idzie do hostelu, sprawdza czy to ten, pyta czy czegoś jeszcze potrzebujemy, pojawiają się oferty narkotykowe, daje bagaż, na skrawku gazety swój numer telefonu i znika w ulicznym ruchu. uśmiech od ucha do ucha.
2. Piatra Neamt - wypożyczalnia rowerów, wspomniany wyżej Daniel rozmawia z kolegą, który rowery pożycza, my prawie na migi, rowery dostajemy, Daniel rusza za nami, "nie dogadacie się, a ja znam kilka słów po angielsku, tu można spotkać złych ludzi, gdzie chcecie jechać?", no więc jedzie i nam towarzyszy, czasem coś zagada, coś pokaże, na basen wskaże drogę, to nad jezioro, i tak jeździmy, w końcu zatrzymujemy się w kurorcie basenowym, on załatwia miejsce gdzie możemy trzymać niezapięte rowery i iść się spokojnie kąpać. No to piwo, fanta i rozmowy nad mapą gdzie my tymi rowerami możemy pojechać: "tu możecie, a tu za daleko. Ale ja mam samochód. Tylko nie mam benzyny". "Ile chcesz za jeżdżenie przez cały dzień, benzynę kupimy?" "Nic nie chcę" (????). Naprawdę nic nie chciał.
3. Iasi - chłopak koleżanki, cały dzień jeżdżenia po Bukowinie, pytamy o benzynę, ile? Nic. Zakaz zadawania więcej tego pytania. U niej nocleg. Lodówka zapełniona lokalnymi specjałami. Żebyśmy wszystkiego spróbowały. Całodzienne wycieczki po mieście. A co w zamian???
4. Braszów - tu chyba nic nie było takiego wyjątkowego, chociaż gdyby się zastanowić, to może ta pani na przystanku w Branie, która nas pogoniła do jeszcze jakiegoś muzeum, którego i tak nie znalazłyśmy.
Tak czy inaczej - dlaczego mnie to tak strasznie dziwi???   

czwartek, 30 sierpnia 2012

on the road again

właściwie już po "w drodze". to była podróż pełna zaskoczeń, odbudowywania wiary w ludzi, w ich bezinteresowność. Był strach przed wypadkiem podczas jazdy po rumuńskich drogach z kierowcą szaleńcem, były uciekające spod stóp tory rumuńsko-węgierskie oglądane z pociągu do Budapesztu, był stary, rozgrzany passat przypadkowo poznanego Daniela, był kurz, piach w butach, odciski, popękany lakier na paznokciach. I uczucie wolności.
 
 
 
Rumunia ma twarz uśmiechniętego mężczyzny w średnim wieku, w kapeluszu, lekko wytartych spodniach od garnituru, koszuli w kratkę, bez zarostu, trochę za długimi włosami, z bystrym, piwnookim spojrzeniem. Ma też twarz młodzieńca, który ciało zapisuje tatuażami, nie wychyla nosa poza Braszów, a jeśli ma pomysły podróżnicze, to niekoniczenie trzymają się one kupy. Obaj pracują dorywczo, nie bardzo przejmując się dniem jutrzejszym.



Rumunia ma twarz zieloną, pełną wzgórz, wysuszoną letnim słońcem, pachnącą już jesienią, dźwięczącą pojedynczymi suchymi liścmi kasztanowców. Jest soczysta jak arbuz, kwaskowa jak białe mołdawskie wino, intensywna niczym borowiki w sosie śmietanowo-cebulowym z polewą czosnkową.
 
Rumunia lubi rozmawiać, pytać, szukać kontaktu, lubi przyglądać się, ale nie wgapiać, nie jest natrętna jak mucha, jest ostrożna jak wróbel, który szuka okruchów chleba na werandzie restauracji. Nie chce przeszkadzać, jest trochę niesmiała, ale potrzebuje drugiego człowieka. Jest otwarta w postawie i w intencjach. To wystarczy, żeby nie pozwoliła o sobie zapomnieć.

gorzki smak "Karmelu"

Nadine Labaki, libańska reżyserka, autorka filmu "Karmel" (i "Dokąd teraz?") w wywiadzie dla "Zwierciadła" na sugestię, że być może "problemem [sposobu traktowania tradycji przez libańskie społeczeństwo] jest paradoksalnie bliskość w rodzinach, czego niepełne rodziny europejskie mogą zazdrościć. Że oto w krajach arabskich nikt nie jest pozostawiony sam sobie", odpowiedziała: "Łączy nas niewidoczna pępowina, która jednak tłamsi naszą indywidualność i pragnienia, bo domaga się respektowania tradycji".
 
Libańskie kobiety dążą do indywidualizmu, jak najbardziej swobodnego wyrażania samych siebie, wolności w decydowaniu kiedy, z kim i jak. A Zachód już dawno to osiągnął i czuje, że wpadł w pułapkę, bo oto wolność pociągnęła za sobą samotność. Im bardziej wolni, tym większa pustka wokół nas. Bo nagle okazuje się, że dla wielu wolność kończy się tam gdzie jest granica intymnej strefy bezpieczeństwa, ciągle poszerzanej, coraz paniczniej chronionej, coraz bardziej absurdalnej.

piątek, 10 sierpnia 2012

long list

trochę się tego uzbierało, od końca:
1. Prometeusz reż. Ridley Scott (majstersztyk!!!)
2. Wrong reż. Quentin Dupieux (podobał mi się - im bardziej absurdalny, tym lepszy)
3. "Mroczny Rycerz Powraca" rez. Christopher Nolan (fabuła gorsza, chociaż poprzednia część też nie grzeszyła nadmierną błyskotliwością akcji - za dużo powtórzeń pododnych zdarzeń, tym razem było coś niesamowitego - muzyka wbijała po prostu w fotel. Christian Bale... też :)
4. Spider-Man (nie będziemy przyjaciółmi, nawet nie pamiętam tytułu ;)
5. "Bez wstydu" rez. Filip Marczewski (... nie wiem... ani gra aktorska nie zachwyciła, ani scenariusz szczególnie nie zaskoczył, zdjęcia świetne - niewiele poza tym).
6. "Alpy"  - na pewno bardziej przypadł mi do gustu niż "Kieł", ale to nadal nie do końca moja bajka.
7. "Siostra twojej siostry" - nie wiem dlaczego, ale bardzo. Mimo, że historia niezbyt porywająca, może trochę zaskakująca, ale prosta i tyle. W tym filmie, jego prostocie, ostatniej scenie było coś ciekawego.
8. Valhalla. Mroczny wojownik - jeśli wyznacznikiem tego, czy ktoś się zna na kinie artystycznym jest to czy mu sie podobała Valhalla, przyznaję - jestem estetycznym zerem. Nie przekonał mnie ten film.

T-Mobile Nowe Horyzonty:
1. "Za wzgórzami" - wyróżnienie na Berlinale dla aktorek
2. "Twoja siostra"
3. "Jutro" - rosyjski mocument
4. "Człowiek pogryzł psa"
5. "Sekretny świat" - Meksyk
6. "Like someone in love" - reż. Abbas Kiarostami (bardzo, bardzo, bardzo)
7. "WR - tajemnicy organizmu"
8. "Być jak M/ichael Madsen" - szkoda czasu nawet na czytanie opisu
9. "Cztery słońca"

To definitywnie nazywa się "Lato w kinie". Pare filmów zgubiłam na pewno po drodze, może nie są tego warte... (przyznaję, widziałam "Project X" - i nie zamierzam tego załować.)

środa, 8 sierpnia 2012

rezygnacja

przychodzi taki moment, kiedy nic się nie układa tak jak powinno, a właściwie dociera do świadomości, to co było odsuwane w najciemniejsze zakątki umysłu, że już od dawna jest daleko od ok., i trzeba zmienić, działać, ruszyć z miejsca. to oczywiście kosztuje - bo zaczynają się konfrontacje, negocjacje, trudne rozmowy z przedstawicielami nowych idei i jeszcze trudniejsze z obrońcami naszego trwania w starym porządku. Ale kiedy już się wystawi ten nos przed szereg, kiedy już wszyscy patrzą zdziwieni, że ktoś się wychylił, miał czelność zburzyć cyrkulację powietrza, którym wszyscy oddychają i ani myślą pobierać mniej tlenu, to warto nie rezygnować, tylko od razu zrobić pewny krok do przodu. Nawet jeśli miałoby to wywołać delikatny huragan.
Ryzyko oczywiście jest. Można trafić na koniec kolejki. Można pluć sobie w brodę, że nie tak miało być. Ale jestem pewna, że nigdy, przenigdy nie zakiełkuje myśl - mogłam się przecież nie ruszać. Nawet amatorski biegacz nie myśli o tych pięknych i piekielnych kilometrach, które właśnie przebiegł, ale szuka motywacji do pokonania tych, które przed nim.
Poza tym kto (zdroworozsądkowy) w momencie wyciągania ręki po laur zakłada od razu porażkę?


sobota, 4 sierpnia 2012

palcem po mapie

to zawsze tak jest - kiedy już decyzja zostaje podjęta, kierunek - południe (tym razem), i nadchodzi ten najważniejszy moment, czyli otworzenie mapy i wybieranie punktów, które trzeba odwiedzić, następuje przełom. to taka cezura. koniec czegoś i początek czegoś innego. zawsze to samo mrowienie w kręgosłupie. nie ma nic przyjemniejszego niż przygotowywanie nawet najprostszej wyprawy. kółka na mapie, znaki zapytania, skreślanie miejsc, których nie uda się odwiedzić. cóż za słodki smak rezygnowania z czegoś kosztem czegoś innego, a właściwie "w imię" lepszego. (??) innego, po prostu innego.
moment, kiedy mapa z obco brzmiącymi nazwami, początkowo nie do powtórzenia, zostaje wyryta w pamięci. równie podniecające jest już tylko zmienianie pociągów, autobusów i spotykanie ludzi. robienie zdjęć. te wszystkie odwiedzane obiekty, miasta, zamki schodzą na drugi plan...

czwartek, 2 sierpnia 2012

jak odejść będąc pod szczytem

kiedy ostatnio rozmwiałam z kapitanem Tomaszem Cichockim najbardziej ciekawiło mnie, co dało mu siłę, żeby przez osiem lat planować samotny rejs dookoła świata bez zawijania do portów i ani na chwilę nie zawahać się w realizacji tego planu. pytam go - dlaczego ludzie całe życie marzą, a nie realizują tych marzeń. Odpowiedź mnie zaskoczyła:

"jak znaleźć ten swój Mount Everest? Jak na niego wejść?"
"Ty się boisz go szukać. A wiesz dlaczego boisz się go szukać? Nie dlatego, że ty go nie zdobędziesz, tylko dlatego, że boisz się, że odejdziesz spod szczytu. Najgorzej jest wrócić na tarczy".
"(...) ja czasami spotykam ludzi, którzy mówią, wiesz co Cichy - ja to bym tak wziął i popłynął tak jak ty - mówię: to bierz i płyń. Tylko, że wiesz stary ja mam robotę, żona nie wiadomo czy się zgodzi. I na tym polega cały dowcip. Jeśli chcesz sobie przemeblować życie, jeśli naprawdę czegoś pragniesz to jest to osiągalne, ale nie ma tak, że coś przychodzi za darmo. To jest ciężka praca, to jest ogromne poświęcenie. Ja mówię, że życie jest jak sklep - z której półki sobie coś weźmiesz, to z tym pójdziesz do kasy, jak chcesz z dolnej - proszę bardzo, jak z górnej - musisz stanąć na palcach. Ale wszystko jest osiągalne".

Powered By Blogger