środa, 26 września 2012

"Motyl i skafander"

dzień z cyklu tych, które mogłyby trwać wieczne, zawieszony w próżni, nieistniejący niczym dotyk pióra przelatującego obok nosa, unoszonego delikatnym podmuchem wiatru. Tak nierzeczywisty jak roztańczony promień słońca odbijający się na ścieżce spomiędzy pełnych liści gałęzi. Jest, nie ma go. Jest tu, jest tam. Nie ma. Jest. Tańczy. Bawi się zmysłami. Gra na nosie. Ciepło. Zimno.
 
Dzień kiedy można czytać do późna noc wcześniej, wstać nie niepokojonym budzikiem o poranku, wyjść po świeże bułki i gazetę, zrobić najlepsze śniadanie na świecie, wyjąć kubek na specjalną okazję - nalać do niego kawy i rozkoszować się każdą jej kropą aż do dna. Kiedy można czytać  książkę, naprzemiennie włączając film na podstawie tejże książki i porównywać scenariusz filmowy z pierwowzorem. Kiedy jesienne słońce wywołuje 23 stopniowe ciepło. Kiedy można zapakować torbę, usiąść w parku ujazdowskim i czytając zagapiać się na ludzi, pająka stąpającego ostrożnie po ramieniu. Kiedy wieczorem przy kasie do kina dostać bilet.
 
Kiedy film "Motyl i skafander" wydaje się tak pasujący do odrealnionej rzeczywistości. Kiedy chwila jest jak dotknięcie klawisza fortepianiu - najważniejsza, grająca na wrażliwej strunie uwalniającej łzy. Kiedy dotyk własnej ręki jest zaskoczeniem. Kiedy życie wydaje się chwilą ulotną niczym sen.

niedziela, 23 września 2012

filozofia Jagielskiego

wywiad Dariusza Rosiaka z Wojciechem Jagielskim ("Plus Minus" Rzeczpospolita 22-23.09.2012). Kilka miesięcy po ukazaniu się książki "Wypalanie traw" (zresztą książki niesamowitej), i jak na Wojtka Jagielskiego przystało nie tylko pisze, ale i mówi niesamowicie. Oto fragment:

"Nie będąc Afrykaninem, nie możesz napisać o Afryce z punktu widzenia Afrykanina. Ale rezygnacja z pisania byłaby gorsza niż podejmowanie nawet koślawych prób. Wszystko zależy od tego, jak szczery, przyzwoity jesteś wobec ludzi, o których piszesz, i tematu, który podejmujesz. Jednak wiem, że pewnych rzeczy nie będę w stanie opowiedzieć. (...)
 
(...) twoja wiarygodność dziennikarska jest jak cnota - można ją stracić tylko raz. Z błędu się wytłumaczysz, z kłamstwa nie. Karygodne jest traktowanie ludzi, którzy powierzą ci twoją historię jak jakieś klocki lego w twojej grze, budowanie z prawdziwych ludzi piramidy, która jest wyłącznie wytworem twojej wyobraźni. Jeśli chcesz tak zrobić to pisz powieści, inaczej manipulujesz ludźmi".
 
Pamiętam, jak ktoś opowiadał mi historię dotyczącą manipulacji jednego z polskich czołowych reporterów i jego problemach z wydaniem książki na rynku kraju, który opisywał i ten ktoś podkreślał, że trzeba pisać tak, żeby się tego nie wstydzić, kiedy przeczyta to twój bohater. Potem kiedy byłam w Kongu i zastanawialiśmy się z Katsuvą co możemy filmować i jak mamy filmować, żeby nie urazić ludzi, o których robimy materiał. Żeby nie przekraczać granicy. Nie czarować się, że one nigdy tego nie obejrzą, bo tam gdzie mieszkają, nie ma nawet prądu. To nie ma znaczenia. Znaczenie ma to, że to ona i jej historia, opowiedziała, bo zaufała. Tu nie ma miejsca na żadną dyskusję i kompromisy.

sobota, 22 września 2012

"a że to właśnie jest Everest moich marzeń...

...lepiej być nie może, jak będzie - się okaże". Paktofonika. Trochę to trwało, ale stało się. Łódź, filmówka, zaczynam w październiku, za niecały miesiąc. Z jednej strony cieszę się, jak rzadko kiedy, z drugiej - patrzę na reakcje ludzi, którym mówie: "to był Everest moich marzeń i udało się". W sumie po co patrzeć na innych - reakcje powinny być dość monotonne - "gratuluję, fajnie, wow". Jak się okazuje, nie do końca - "nic ci to nie da", "po co ci ta szkoła", "za taką kasę to jest jakieś oszustwo, a nie studia". Hmm, miło było tego posłuchać. Uczucie, jakby ktoś jednym ruchem maczety obciął skrzydła, a ja spadałabym z tych swoich obłoków na ziemie, waląc centralnie głową w beton. Szkoda. (przegryzłam, wcale nie szkoda!)
 





Kilka słów o łódzkim Domu Studenta. Nigdy nie sądziłam, że trafię jeszcze kiedyś do takiego miejsca. Samo wejście nawet w ułamku nie zapowiada tego, co czeka na piętrze. Swoim wyglądem, i tym samym atmosferą (chociaż był totalnie wyludniony, bo rok akademicki jeszcze się nie zaczął) nie przypomina żadnego miejsca, w którym kiedykolwiek byłam. Pokój, trzy łóżka, meblościanka, poszewki na pościel pachnące krochmalem i... tak sprane, że prawie rozpadają się w rękach, komuś już się musiały rozpaść, bo dziurawe. Czyste, to najważniejsze. Dużo przestrzeni, ale przestrzeni tak obrzydliwej, pełnej pustych białych ścian, stołów imitujących biurka. Jedyna uroda to pomalowane ściany przez jakąś stęsknioną za estetyką dziewczyną. Łazienka wspólna dla wszystkich - chyba jedna na całym piętrze...
 



No i ta Łódź, miasto do którego nigdy mnie nie ciągnęło, bo nie było powodu. Miasto fabryczne, kamieniczne, kojarzące mi się z alkoholem i bezdomnymi psami. Szerokimi ulicami, brzydotą wszechobecną. W to wszystko wrzuconymi wielkimi billboardami, udającymi wielobarwność miejsca. Niestety, tego zszarzałego powietrza nic nie jest w stanie zmienić. Ale będę tu teraz spędzać cztery dni w miesiącu i jestem pewna, że to będą jedne z najciekawszych dni mojego życia.

 
 

czwartek, 20 września 2012

"Królik po berlińsku"

Bartka Konopki, żadna nowość. Film oceniony jako świetny, nominowany do Oscara w kategorii film dokumentalny. I słusznie.
skrót.
1. króliki mieszkają blisko ludzi;
2. szukają trawy, ale też względnego bezpieczeństwa;
3. Berlin stawia zasieki;
4. oddziela króliki od zagrożenia (psów, ludzi... ), żołnierze chronią króliki;
5.  Berlin stawia mur, powstaje pas bezpiecznej trawy;
6. to więzienie, ale też bezpieczeństwo pod okiem opiekuńczych żołnierzy;
7. trawa rośnie, żołnierze pilnują, a króliki sie rozmnarzają i wylegują na słońcu, usypiając pierwotny instynkt;
8. niektóre z jakigoś powodu - być może w poszukiwaniu przestrzeni do życia - zaczynają drążyć tunele;
9. padają pierwsze strzały, kolejne, coraz intensywniejsze ataki zaczynają się na króliki;
10. królików coraz mniej, coraz bardziej przerażone, ale nie mają się gdzie schować;
11. i nagle... robi się wyrwa w murze. króliki mogą swobodnie szukać swieżej trawy;
12. i zasiedlać plac Poczdamski;
13. ludzie zaczynają na nie polować, bez większego problemu, bo te nieprzyzwyczajone do zagrożenia;
14. w końcu znowu trafiają do niewoli (dla własnego dobra!), bo nie dla wszystkch starczyło miejsca w parkach miejskich;

ależ to proste, mądre, dobitne, symboliczne i rewelacyjnie pokazane. dlaczego tak późno to zobaczyłam????

sobota, 15 września 2012

"Cichy Ocean"

"poszło, i jakby na to nie patrzeć projekt de facto zakończył się sukcesem". Emisja jutro. 13 minut. Satysfakcja.

piątek, 7 września 2012

był Bogiem?

teledysk "Jestem Bogiem" obejrzane przez 8 milionów 600 tysięcy internautów. Na dwa tygodnie przed premierą filmu "Jesteś Bogiem". W paźdzerniku sięgnie 10 milionów może. (fanów filmu na facebooku 66 tysięcy). Bo ci, którzy wychowali się na Paktofonice maniakalnie będą sobie przypominać stare kawałki, słuchać ich w pracy, w samochodzie. Na smartfonach w tramwajach. Ci, którzy Paktofonikę znają tylko z kart historii i youtube będą ją poznawać głębiej, albo naciskać repeat do znudzenia bez głębszej refleksji.
Paktofonika mnie nie ominęła, ale weszła w moje życie, kiedy się właśnie kończyła, nie ma mitu, nie ma posągu. Jest poruszająca historia zagubionego chłopaka, którego przerosła rzeczywistość.

 Film jest oparty na faktach, choć nie ma ambicji dokumentalnych i nie odtwarza wszystkich wątków zgodnie z prawdą. Historia Magika i spółki miała być symbolem, sprowadzonym przez scenarzystę Macieja Pisuka do uniwersum. Pewne fakty jednak sprawiają, że wielu będzie w tym widzieć tylko historię Paktofoniki i basta.
Dlaczego wybitny. Świetnie wyreżyserowany przez Leszka Dawida - nie ma przestojów, są emocje, od pierwszych minut wiadomo kto jest wodzem, i za kim idzie tłum. Mimo, że to nie z persektywy Magika jest opowiadany film, ale jego przyjaciół Focusa i Rahima. Gra aktorska wbija w ścianę - Marcin Kowalczyk (bez dwóch zdań nagroda Cybulskiego), Tomasz Schuchardt i Dawid Ogrodnik też rewelacyjni. Marcin Kowalczyk przypominał mi kolegów z liceum, ich spsoób mówienia, podwórkowe "pojebało cię?" w tym filmie nabiera innego sensu. Jego wyraz twarzy, gesty, szukanie telefonu po kieszeniach... - kupuje każdą sekundę z jego udziałem w tym filmie. Arkadiusz Jakubik - klasa sama w sobie. Muzyka doskonale wyważona - nie ma filmu muzycznego, jest świetnie wykorzystany potencjał twórczości Paktofoniki i trochę więcej. Montaż w porządku. Zdjęcia - lekko zielonkawa końcówka lat 90.tych, taki brak nasycenia jak na VHS. blokowiska wielkie, wielopiętrowe i obdrapane, domofony skrzeczące, kraty zardzewiałe, polonez Caro. Uwielbiam je. Kawał naprawdę dobrej roboty. Nie potrafię znaleźć słabej strony.
Zanim film wszedł do kin, bo jeszcze nie wszedł, dyskusja w internecie rozgrzewa się do czerwoności. Chodzi oczywiście o budowanie mitu Magika, Paktofoniki na ich ćpaniu, balowaniu i samobójstwie lidera. Po obejrzeniu filmu nie mam poczucia budowania kultu jednostki. Wręcz przeciwnie - pokazuje slabego, zagubionego chłopaka, i jego jeszcze bardziej nieporadnych kumpli, którzy przyklejają się do lidera jak do psiego ogona,  bo brak im odwagi, żeby iść własną drogą. I tacy jesteśmy. Tak myślę. Mimo to, każdy z nich miał motywację w odpowiednim momencie, dlatego stworzyli to, co mieli czas stworzyć.
Ciekawe, czy opinie na forach zmienią się, kiedy film wejdzie do kin, ciekawe, czy ktoś zauważy uniwersalizm historii. Ciekawe, czy ktoś spojrzy na siebie - czego pragnął, co zrobił żeby się wyrwać z tego świata w którym nie chciał tkwić i gdzie jest teraz.
No własnie, a co z pozostałymi chłopakami?
Powered By Blogger