poniedziałek, 25 czerwca 2012

zdobywanie biegunów

Marek Kamiński - od chłopaka małego usiedzieć nie może, jeździ, chodzi, maszeruje, ciągnie sanki, w buszu, po śniegach, lodach, chodzi po topniejęcym lodzie na wiosną rozgrzewanym jeziorze. I robi na mnie niezmniennie ogromne wrażenie. Jak pisze w książce "Moje bieguny" - najwięcej podróży udało mu się przeżyć w dzieciństwie, potem miejsca zaczęły być podobne do siebie i niczego nowego nie można było poznać. "Zobaczyłem, że nie warto szukać w życiu łatwych dróg, bo nigdzie nas one nie zaprowadzą - a życie jest zbyt krótkie żeby uczyć się  na błędach".












Najbardziej podoba mi się jednak ten fragment (a niewiele zdążyłam przeczytać) o wyskoczeniu z pociągu na rozbicie nosa i kolan. I co? I śladu najmniejszego po potłuczeniach już dawno nie ma :)

Ale jak poznać skalę trudności drogi? Kiedy kończy się łatwa, a zaczyna trudność i od czego to zależy?
I po co wybierać i szukać tej trudnej, skoro można iść na wprost?

Ale - tak czy inaczej - szukając czy znajdując - można się takich książek naczytać na pęczki, a i tak to niewiele daje, bo jak się nie ma siły w sobie to można co najwyżej sobie niepotrzebnie ciśnienie podnosić i robić apetyt na coś, co i tak nie będzie nawet w zasięgu naszych marzeń.

czwartek, 14 czerwca 2012

short list

1. Vanilla Sky reż. Cameron Crowe
myślę, że cały ten film to był jeden długi sen. każda sytuacja zaczyna się jak bajka a kończy jak koszmar, amplituda uderzeń serca rośnie z podobną, i całkiem sporą częstotliwością do 130 uderzeń na minutę, trzyma w napięciu, zdecydowanie do ostatniej sceny. uwielbiam takie filmy, bo choć są nierealne i dzieją się albo w chorym umyśle, albo we śnie, to wzbudzają potężny niepokój. chociaż scenariusz można było dopracować (pod tym względem Fight Club zdecydowanie lepszy);

2. Kupiliśmy zoo reż. Cameron Crowe
bez sensu; cukierowa historia do poduszki;

3. W pogoni za szczęściem rez. Gabriele Muccino
tak niespójny, niekonsekwentny scenariusz, że aż szkoda kasy na robienie takich filmów. bajka dla wyjątkowo nieuważnych, zmęczonych albo niemyślących widzów;

4. Brat reż. Marcel Rasquin (Wenezuela) - ten film zrobił na mnie niesamowite wrażenie, być może od wzruszenia na widok ulic Caracas, bardzo jasno zarysowane postaci, precyzyjny scenariusz, dobra historia, ciekawe zakończenie, zupełnie nieoczekiwane; to był wenezuelski kandydat do Oskara i ja dałabym mu szansę, choćby dlatego, że mało filmów w ogóle przedostaje się z Wenezueli na szeroki rynek, poza tym nie było w nim czuć reżimowej ręki. Gorzka prawda - dzieciaki biegające ze spluwami, używający ich z byle powodu i w byle sytuacjach,  jedyne prawo, którym rządzą się wenezuelskie slumsy to prawo siły własnych mięsni i strachu;

5. Uwodziciel reż. Declan Donnellan, Nick Ormerod
przyjemny dla oka, dobre zdjęcia, nawet niezła historia, odprężający;

6. Ambasador reż. Mads Bruegger
film pokazuje dlaczego w Afryce jest jak jest, czyli rozwój w tempie żółwia, wszechobecna korupcja i wszędobylska kombinatorka obok totalnej amatorszczyzny. Ambasador w okularach tak różni sie od tego bez okularów - i w zachowaniu i w wyglądzie, że aż trudno uwierzyć, że to dwie i te same osoby. A jednak - dwulicowość Europy też pozostawia wiele do życzenia;

sobota, 2 czerwca 2012

niemoc pisania

nie moge pisać, słowa mi się nie układają tak gładko w logiczną i stylistycznie ciekawą całość jak kiedyś, jak jeszcze kilka tygodni temu. Mam problem z tekstem krótkim i prostym, mam problem z ubraniem swoich myśli w zdania. Czytam mniej więcej tyle samo, mniej książek, więcej internetu i gazet. Ale to jednak wciąż tekst, i to poprawny. Martwie się, bo język pisany był moją domeną, siłą, przewagą, wartością. Tymczasem staje się standardowy, nijaki, nawet czasami brakuje mu minimum, czyli poprawności.






fot. wystawa fotografii i myśli Aleksandra Rodczenki, Kraków 2012, Miesiac Fotografii
Powered By Blogger