Film "Koneser" - ponad dwie godziny czystej przyjemności oglądania pięknie pokazanej historii miłośnika sztuki - co prawda stetryczałego, gburowatego, bez uśmiechu, ulegającego przyzwyczajeniom, wręcz hołdującego rytuałom codzienności (choć niedostępnym zwykłemu zjadaczowi chleba - stolik w centrum najlepszej restauracji w mieście, jedno krzesło, jedno nakrycie, najlepsze wino, tort urodzinowy z jedną świeczką dogasającą w samotności). Virgil Oldman - VO - w tej roli Geoffrey Rush. Brzydzi się dotykania cudzej własności, dlatego nosi piękne rękawiczki, a ma ich tyle, że codziennie mógłby zakładać inne. Jest dyrektorem domu aukcyjnego, sam prowadzi aukcje, co nie pozostaje bez wpływu na tworzenie jego własnej, tajemnej kolekcji. A wie o niej tylko... Billy, który pomaga mu wylicytować najcenniejsze obrazy. Świetnie poprowadzony scenariusz. Ale - kiedy już reżyser obnażył przed widzem Virgila, kiedy ze skorupy zimnego aroganta wyszedł wrażliwy samotnik, nieradzący sobie z najprostszymi relacjami społecznymi, ciepły, nawet dobry, to dlaczego ten sam reżyser bohatera, którego widz lubi i któremu kibicuje, ten strąca do jeszcze gorszego piekła niż to, w którym był jeszcze pięć minut temu?
I nie wyciąga do niego ręki - "sad end". Oczywiście jak na Tornatore przystało jest nostalgia, piękna muzyka Ennio Morricone (choć nic nowego w tej kwestii kompozytor tutaj nie powiedział) - i mała iskierka nadziei. A raczej iskierka wiary, że nadzieja nie umarła.

