wtorek, 20 sierpnia 2013

Giuseppe, jak mogłeś!

Film "Koneser" - ponad dwie godziny czystej przyjemności oglądania pięknie pokazanej historii miłośnika sztuki - co prawda stetryczałego, gburowatego, bez uśmiechu, ulegającego przyzwyczajeniom, wręcz hołdującego rytuałom codzienności (choć niedostępnym zwykłemu zjadaczowi chleba - stolik w centrum najlepszej restauracji w mieście, jedno krzesło, jedno nakrycie, najlepsze wino, tort urodzinowy z jedną świeczką dogasającą w samotności). Virgil Oldman - VO - w tej roli Geoffrey Rush. Brzydzi się dotykania cudzej własności, dlatego nosi piękne rękawiczki, a ma ich tyle, że codziennie mógłby zakładać inne. Jest dyrektorem domu aukcyjnego, sam prowadzi aukcje, co nie pozostaje bez wpływu na tworzenie jego własnej, tajemnej kolekcji. A wie o niej tylko... Billy, który pomaga mu wylicytować najcenniejsze obrazy. Świetnie poprowadzony scenariusz. Ale - kiedy już reżyser obnażył przed widzem Virgila, kiedy ze skorupy zimnego aroganta wyszedł wrażliwy samotnik, nieradzący sobie z najprostszymi relacjami społecznymi, ciepły, nawet dobry, to dlaczego ten sam reżyser bohatera, którego widz lubi i któremu kibicuje, ten strąca do jeszcze gorszego piekła niż to, w którym był jeszcze pięć minut temu? 
I nie wyciąga do niego ręki - "sad end". Oczywiście jak na Tornatore przystało jest nostalgia, piękna muzyka Ennio Morricone (choć nic nowego w tej kwestii kompozytor tutaj nie powiedział) - i mała iskierka nadziei. A raczej iskierka wiary, że nadzieja nie umarła.  



poniedziałek, 12 sierpnia 2013

noc Perseidow

Był sobie pewien Perseusz i od jego imienia nazwano gwiazdozbiór. Bo był bogiem, który lubił spełniać marzenia - zabił złą Meduzę, z której głowy zamiast włosów wyrastały węże, uwolnił Andromedę, którą poślubił i spłodził jej sześciu synów i córkę. A że był synem potężnego Zeusa, to wiadomo, że musiał mieć nadludzkie możliwości. No więc ma - ten gwiazdozbiór, dość nietypowy, bo zanim się rozsypał spełnił wiele życzeń. Na przykład sprawił, że na ziemię zstąpiło niebo, i że to co nie mieściło się w głowie, nagle znalazło w niej miejsce i uzasadnienie. Że przestrzeń przeznaczona dla jednej osoby nagle doznała cudownego rozmnożenia, a raczej lepszego zagospodarowania przestrzennego. I nagle pozwoliła dostrzec, ze w przestrzeni idealnej są pewne niedoskonałości - ale to trwało tylko ułamek sekundy, tyle ile mrugnięcie powieką, bowiem niemal od razu okazało się, że niedoskonałość jest uzupełniona ideałem. Który w dodatku wygląda jak człowiek! Je, oddycha, gapi się w monitor komputera, śpi, podobno chrapie i drapie się w pośladek. Który śni na jawie ten sam sen co ja. Z dzieciństwa pamiętam jak z kuzynką zasypiałyśmy razem zetknięte głowami, bo podobno wtedy śni się ten sam sen. Nie udało nam się tego udowodnić. Mam natomiast nienamacalny, ale emocjonalny dowód na to, że wystarczyło żyć, w miarę, w zgodzie z samym sobą, trochę błądzić, trochę mylić drogi, trochę słuchać głosu serca, a czasem rozumu. I szukać swojego szczęścia - nie cudzego. Realizować swój plan na życie, nie wszystkich dookoła. I na chwilę zapomnieć o świecie, a pomyśleć tylko i wyłącznie o sobie. Zaglądając w głąb własnego serca zadać sobie to jedno, najistotniejsze pytanie - czy tego właśnie szukam przez całe życie. Odpowiedzi mogą być dwie. Nigdy "nie wiem". Tu nie ma miejsca na błąd, na zawahanie, na wątpliwości. Jest tak albo nie. (...) I, podobnie jak ten wszechświat, który znajdując się na wysokości Piotrkowa Trybunalskiego, pędzi teraz w stronę rozsądku i przyziemnego życia, nie mam najmniejszych wątpliwości.

wtorek, 6 sierpnia 2013

pierwszy dzień

w moim życiu, który trwał 32 godziny. W swoje przesunięte o cztery chwile południe osiągnął taką temperaturę, że buty wtapiały się w asfalt, zostawiając trwały ślad na chodniku katowickiej historii.


Powered By Blogger