piątek, 30 grudnia 2011

"Wenecja" J.J.Kolskiego - piękne zdjęcia

"Rozstanie" Asghar Farhadi - piękne zakończenie, jak w życiu - nie ma jednego winnego, nie ma dobrych rozwiązań, ważne są kompromisy. Ktoś zawsze traci. Każdy być może coś zyska. Wszyscy mają inne motywy.

"Huśtawka" T. Lewkowicz - niemożliwe, ale trzyma uwagę.

"Women are heroes" ("Spójrzcie nam w oczy') - nie wiem kim jest ten 27-latek ktory wpadl na pomysl robienia wielkich plakatow, billboardow, powiekszonych oczu kobiet ze slumsow i faveli, ale podobalo mi sie bardzo. Ze pozwolil im mowic, ze sprawil, ze poczuly sie wazne, ze pokazal ich pojedyncze codzienne dramaty, zmagania z nieprzyjazna rzeczywistoscia. Jednoczesnie na zdjeciach oczy kobiet sa usmiechniete, twarze wykrzywione w dziecinnym grymasie, w twarzy kobiety odbija sie spoleczenstwo, jego kondycja - zdaje sie mowic streetartowiec i fotograf. Brazylia, Liberia, Sierra Leone, Kenia, Kambodża, Indie. Zadnych białych kobiet. Łamanie stereotypów poprzez śmiech, uśmiech. Proste, łatwe i powszechnie dostępne. I tak wiele może zmienić.
kiedy zobaczyłam to zdjęcie w Brukseli w 2008 roku, zastanawiałam się, czego to reklama... odpowiedz znalazła mnie po latach ;)



Who are u JR?

czwartek, 1 grudnia 2011

"Jeden dzień" - jedno życie

takiego filmu nie mógłby chyba zrobić mężczyzna. Jego sceny dosłownie chodzą za mną po Warszawie, po Pradze... Niezwykłe spotkania dwojga ludzi, którzy poznali się na początku swojego dorosłego życia, podtrzymywali kontakt, dbali o emocje. Silniejsze, czasem słabsze. Oczywiście w tle tej relacji oboje toczyli swoje życia - ogniste romanse, miłości z rozsądku, alkoholowe libacje, narkotyczne ciągi i kariery bez przyszłości albo utracone w meksykanskiej restauracji marzenia. Miało być inaczej. Mimo to ich drogi regularnie się przecinały - w końcu postanowili spędzić razem życie. Miłość spełniona i happy end? No nie, i od strony dramaturgicznej to nie jest błąd. Ale scena, która wyrywa nagle z hollywoodzkiego letargu i wali niczym pięścią w twarz tak mocno, że boli jeszcze kilka dni po? Był szok, szok powoduje, że się pamięta. A oglądając ten film każdy - świadomie lub nie - dopasowuje go do swojego życia: kto nie próbował szczęścia ze swoim przyjacielem wierząc, że to będzie miłość aż po grób, bo przecież rozumiemy się bez słów? A skoro jest efekt szoku połączony z efektem identyfikacji, to musi być i efekt głębokiej refleksji. Lone Scherfig - gratuluje!

piątek, 18 listopada 2011

sobota, 12 listopada 2011

piątek, 4 listopada 2011

wiekowa pani z bukietem róż czerwonych

kiedy Wanda Błeńska - lekarka, która spędziła ponad 40 lat w Ugandzie opiekując się między innymi trędowatymi (dzięki temu zyskała przydomek "matka trędowatych), skończyła sto lat, pojawił się u niej prezydent z odznaczeniem i dziennikarze, dający się ponieść emocjom z okazji rozmowy z "wiekową" misjonarką. Zadawali trudne pytania o sens życia, o najtrudniejsze momenty i o marzenia. Stuletnia Wanda Błeńska onieśmielona kamerą, reporterem machającym jej nerwowo przed nosem mikrofonem, do bólu szczerze odpowiadała: "ja nie mam marzeń, no może żeby nikogo nie urazić, ale... to raczej nie jest marzenie. wszystko czego potrzebuję - mam".
Wcześniej powiedziała coś niezwykłego:
"Każdy ma swoją drogę życia. Ja myślę, że jeżeli chodzi o młodzież to pielegnować swoje dobre marzenia. Jeżeli człowiek myśli o przyszłości, żeby to było dobre i miłe, wzniosłe to pielęgnować to, to się spełni, a nie odrzucać, a nie odrzucać, że to niemożliwe..."

niedziela, 30 października 2011

magia zwyczajności

nie wiedzialam, ze mozna spedzic dzien rozmawiajac o "miekkim swietle", z upodobaniem brudzic nowe buty w lisciach i zakurzonym warszawskim piasku, ze mozna gapic sie na fale, ktore robi jakis zmotoryzowany ponton i sie do nich smiac, ze mozna pogadac z niezwyklym kloszardem o przewadze zycia bez domu nad zyciem w konflikcie, o przewadze piwa za 6 zlotych w knajpie nad rozgrzewajaca alpaga w bramie, chociaz pije codziennie od kiedy umarl tata... ze mozna polubic nieangazujaca emocjonalnie Norah Jones, ze mozna chodzic po tych samych ulicach Warszawy i zupelnie tego nie dostrzegac, po parku patrzac na drzewa odcinajace sie swoja czernia od zaslanej zoltymi liscmi ziemi... ze mozna wsrod tych zwyczajnych i podobnych do siebie lisci znalezc ten jeden, mimo wszystko inny...

niedziela, 23 października 2011

dla kogo msza?

Katedra praska w Warszawie. Msza jak każda inna - niedziela, poludnie. Wchodze bocznymi drzwiami, w przedsionku dwoch bezdomnych - chroni sie przed chlodem? Drzwi do kosciola uchyla mi maly cyganski chlopiec. Kiedy jeden z ksiezy zaczyna zbierac "na tace", ten malec wbiega do kosciola, rozgladajac sie zawadiacko. Wyzywajace spojrzenie rzuca bezdomnemu, ktory zostal za przeszklonymi drzwiami. Podbiega do kogos - w pierwszej chwili mysle, ze on tez zaczyna zbierac "na tace"... Na szczescie sie myle - podbiega do swojej matki, o cos ja prosi, potem razem z mlodszym bratem zaczynaja ganiac sie po kosciele, co chwila rzucajac spojrzenie smutnemu bezdomnemu za przeszklonymi drzwiami. Po mszy razem z matka i mlodszym bratem rusza do pracy... do zebrania pod kosciolem. To musiala byc kiepska msza, bo ludzie nieskorzy do wrzucania danin. Cyganka blaga tonem ostatecznym tych, ktorzy maja odwage zatrzymac sie przy wejsciu, by na kogos poczekac, zalozyc czapke, rekawiczki...
Nikt z kosciola ich nie wyprosil, mimo, ze na mszy trudno bylo sie skupic. Ale to nie tylko oni... nagle zadzwonil komus telefon - wlasciciel odbierajac wyszedl, trzaskajac drzwiami. Komus zachcialo sie palic (msza wyjakowo dluga), wyszedl i wrocil. Trzasniecie drzwiami razy dwa. I tak w kolo Macieju... Po co sie teraz wlasciwie chodzi do kosciola?

piątek, 14 października 2011

short list

Warszawski Festiwal Filmowy:


1. "Wymyk" ("Courage") Grega Zglińskiego
2. "Taniec bez granic" ("Dance across borders") reż. Anne Bass
3. "Męska historia" ("A Man's Story") reż. Varon Bonicos
4. "Róża" ("Rose") Wojciecha Smarzowskiego
5. "17 godzin" ("17 Hours") reż. Chema de la Pena
6. "Alois Nebel" reż. Tomas Lunak
7. "Crulic - droga na drugą stronę" ("Crulic - the path to beyond") reż. Anca Damian
8. "Porfirio" reż. Alejandro Landes
9. "Jeśli ziarno nie obumrze" ("If the seed doesn't die") reż. Sinisa Dragin
10. "Trzy i pół" ("Three and a half") reż. Naghi Nemati
11. "Znieważona ziemia" ("Land of Oblivion") reż. Michale Boganim

środa, 12 października 2011

"Habemus Papam

- mamy papieża" jak dodaje polski dystrybutor - dla lepszego zrozumienia, albo z przewrotności (żeby podkreślić moc finałowej sceny). Przewrotny, śmieszny, momentami gorzki... Bo kto sobie zadawał pytanie czy papież, wybrany na przywódcę stolicy apostolskiej, cieszy się z tej decyzji? A jeśli sobie zadawał pytanie, to czy przyszło mu do głowy, że może się nie cieszyć? A kardynałowie - mogą być pyszałkowaci, próżni, oderwani od rzeczywistości? Świat wcześniej niedostępny, poprzez film Morettiego wcale nie staje się otwarty, ale być może - mimo że to fikcja i komedia - trochę bardziej ludzki... Jerzy Stuhr wyśmienity, Michel Piccoli jako Papież - nie da się go nie polubić.
najważniejsze, ze Nanni Moretti nie epatuje ludzką słabościa, ale pokazuje, że słabość jest właśnie cechą ludzką.

wtorek, 4 października 2011

autumn

Balanescu Quartet w głowie, rozmyślania nad przykazaniami Leszka Kołakowskiego... i zapach kurzu.

Urszula Flis okiem Marcela Łozińskiego

wracam do starych filmów zrobionych przez M.Ł., "Wizyta" - "zreszta nie wiem który (świat) jest prawdziwszy..., no oczywiście ten, w którym żyję naprawdę, praca, to wszystko..., przecież ja zdaję sobie sprawę, że muszę mieć jakieś podstawy, żeby bujać w obłokach"

niedziela, 2 października 2011

debata o kulturze

zderzanie polityków z artystami wydawało mi się zupełną stratą czasu, ale nie... może zaczną wreszcie siebie słuchać. Z tej dyskusji może niewiele wynika, bo czasu jest mało, politycy są przygotowani na wygłaszanie programu wyborczego, kompletnie nie słuchają pytań, i nie chcą słuchac, bo nie chcą na nie odpowiadać. Powinni dostać stoper i ocenę - jeśli w 30 sekund nie odpowiedzą na pytanie, omija ich kolejna runda. Bo naprawdę czuję, że ci panowie kradną mój czas. Z drugiej strony wreszcie ktoś ich zmusił do wyjścia poza ramy ich programów i wyuczonych haseł. Wreszcie muszą pomyśleć. Wenderlich za zmarnowanie moich 20 sekund powinien być wywalony ze studia, reszty nawet nie słucham, mimo, że ma jakieś elementy odpowiedzi na pytanie. Pojawiają się argumenty, ale w ogóle do mnie nie trafiają: Palikot "zamiast lekcji religii wizyta w teatrze". Do widzenia! "Skończmy bezsensowną wojnę w Afganistanie" - Mariusz Olszewski z PPP. Do widzenia! Jan Ołdakowski, pierwsze zdanie okrągłe jak księżyc w pełni... dalej nic... dalej... nic... I koniec opowiedzi. I nic z niej nie wynika. Artyści zaproszeniem do debaty się przejęli, przygotowali, chcą edukować, chcą pokazać swoje problemy... I też się nie przebijają. O debacie trudno mówić, bo tematów jest tyle, że nie ma dialogu o problemie, tylko przerzucanie się różnymi tematami. O! Ołdakowski pokazał, że płaci za abonament! Znaczy, że Muzeum Powstania Warszawskiego płaci. Z naszych pieniędzy płaci obowiązkową opłatę. Gratulujemy! Zdrojewski... pełnia księżyca... ale ładna. Tak, tego się słucha, nagle większość milknie. A artyści - bardzo konkretnie o swoim podwórku. Z czym jednak trudno dyskutować, bo oni to znają z doświadczenia. Tak czy inaczej - wartość największa, w programie wystąpili ludzie, których warto słuchać, mówię o artystach: Krzysztofa Krauzego, Romana Gutka, Jana A.P. Kaczmarka, Olgierda Łukaszewicza... Wreszcie nie muszę patrzeć na wszędobylskie oblicze Dody czy jej menadżerki. To duża zmiana!

czwartek, 29 września 2011

Hartwig again

podczas wczorajszego wywiadu Julia Hartwig powiedziała kilka złotych myśli, oto część z nich:

w wierszu to albo się można panoszyć, albo trzeba okazać jednak
pewną? może pokora to jest za dużo powiedziane, ale jakieś
takie zrozumienie dla świata i dla tego co zdarzyć się musi.


ciągle tyle sił... skąd?
to nie jest sprawa postanowienia, bo gdybym postanawiała, to
bym częściej pisała, ale jest to sprawa dyspozycji lirycznej,
przygotowania, pewne rzeczy się proszą o pisanie, a niektóre
właśnie są tak niechętne, że nie można ich zakląć w wierszu.

czyste piękno

środa, 21 września 2011

James Dean

tak, "Buntownik bez powodu" - ... (kiedy indziej).
"Człowiek na linie" - znowu o sile przezwyciężania własnych granic, stawianiu celów i ich osiąganiu, ale też o niemocy/nieumiejętności w rezygnowaniu z celu, kiedy ryzyko wydaje się większe, niż zdrowy rozsądek nakazuje. Zasada - "nie spróbujesz, nie przekonasz się" jest zasadą-kluczem. A właściwie sloganem-wytrychem. Zdrowy rozsądek zawsze jest w cenie, tak samo jak umiejętność ryzykowania. Stawianie sobie ambitnych, na pierwszy rzut oka nieosiągalnych celów, ale też umiejętność odwrotu, powiedzenia dość. Cenna i straszliwie bolesna umiejętność. (nie wiem co boli bardziej - krach, czy rezygnacja przed).
Odkrycie dnia, wczorajszego, ale z dzisiejszym uświadomieniem - Balanescu Quartet. te skrzypce dotykają koniuszków moich nerwów i sprawiają, że wyrastają z nich maleńkie pióra, i falują na wietrze, niczym smugi cienia.

Pistorius z listem do Koryntian

kiedy wczoraj pobiegł w Memoriale Kamili Skolimowskiej, pokazał wytatuowany kawałek pleców. Jak później wyjaśnił to fragment listu do Koryntian:
"Ja przeto biegnę nie jakby na oślep;
walczę nie tak, jakbym zadawał ciosy w próżnię,
lecz poskramiam moje ciało
i biorę je w niewolę, abym innym głosząc naukę,
sam przypadkiem nie został uznany za niezdatnego"

Zwyczajny, niezwyczajny.

wtorek, 20 września 2011

Vollmond Piny Bausch w Teatrze Wielkim

Tanztheater Wuppertal Pina Bausch... zapierające dech w piersiach, piękne. Nie zapomnę deszczu, tańca w deszczu, kropli, które niczym cząsteczki tańczyły w przestrzeni sceny i wypełniały ją niemal bez reszty. A wśród nich aktorzy. Choreografia niebywała. brak mi słów po prostu.

http://www.youtube.com/watch?v=jXzZ0uZ1L8c&feature=related

poniedziałek, 19 września 2011

"Fabryka wódki" Jerzego Śladkowskiego

była sobie fabryka, była sobie wódka i były sobie panie pracującego przy jej rozlewaniu i pakowaniu. i zycie się toczy jak ta taśma z bulelkami, to pustymi, to pełnymi, z etykietami, bez. Oczywiście są marzenia, bo wódka ta nie do picia, tylko do pieniędzy zarabiania, więc marzeń nie przyćmiewa. Marzenia o aktorstwie, o wyjeździe, o karierze, studiach. I jest proza życia. Bo dziecko, bo brak męża, bo życie z matką pod jednym dachem, bieda, bajzel. Uciec stąd. Ale jak? Zostawić wszystko, czy zabrać dzieciaka? Ale jak z dzieckiem na Moskwe prawie tysiąc kilometrów. I tak wlewają panie tę wódkę, ulewają trochę do pustej, prywatnej butelki. Kombinują na imprezę rodzinną. I tak z dnia na dzień. Z dnia na dzień. A marzenia są i pozostają marzeniami. No chyba, że bohaterka wstanie, spakuje walizkę i po prostu wyjedzie. I co z tego? Dziecko z matką zostawi. Matka marzenia straci...
Proza życia.
***
"Skóra, w której żyję" Pedro Almodovara - w porządku. Scenariusz świetny, zdjęcia piękne. Reżyseria w porzadku. Historia przemiany mężczyzny w kobietę. O tym, że skórę możesz zmienić, ale duszy nie.
***
"Exils" Tony Gatlif zrobił film o podróży. Kocham. Podróże. Ten film mnie po prostu zanudził na śmierć. Z filmami podróżniczymi jest jak z fotografowaniem lasu - może wyjść albo fantastycznie, albo nie da się tego oglądać. (ok, może częściej spałam niż starałam się oglądać ten film i go nie zrozumiałam. może).

niedziela, 18 września 2011

A jednak pragniemy jej ponad wszystko

Wolność to nie znaczy że będziesz zaraz szczęśliwy
Wolny świat kryje więcej zasadzek niż głucha tyrania
Brytany spuszczone z łańcucha żądze przekraczające horyzont
krok jeszcze splątany w liny starych więzów
które próbują zacisnąć się znowu
Wolność zarówno dla podłych jak i tych
którzy ofiarowali jej siebie w darze
wolność dla tych którzy czując się jak diament czyści
chcieliby kroić ostro oddając się namiętnie
w nową niewolę - nienawiści od której ziemia jak pod dynamitem
rozpęka się zmieniając bieg rzeki

Julia Hartwig

czwartek, 15 września 2011

o niezłych dobrego początkach

Steven Spielberg zrobił w 87 roku "Imperium słońca", wielu do dziś się zachwyca, że przełomowy, wojna bez scen batalistycznych, a jednak poruszająca, że najlepsza rola Johna Malkovicha (jako cwaniaczek Basie), że fenomenalne zdjęcia (Allen Daviau), że muzyka (John Williams). W porządku. Najlepszy w tym filmie - według mnie - był Christian Bale, 11-letni Jim, który gubi się rodzicom podczas ucieczki z Szanghaju. Dobry był w roli i dobrego, i złego Jima. Grzecznego chłopca bawiącego się plastikowymi samolocikami, i kombinatora, który chce wycyganić od lekarza buty zmarłego.
...(a i tak jego najlepsza rola to ta w Batmanie, dlatego brawa dla Spielberga za odkrycie talentu). I chyba zamiast Jamesa Deana ("Na wschód od Edenu" rocznik '55 - ówczesny Harlequin) z przyjemnością wrócę do początków Batmana...

środa, 14 września 2011

Umberto Eco

powiedział w wywiadzie dla świetnego periodyka "Książki" (przeprowadzonym z okazji wydania nowej książki Eco "Cmentarz w Pradze').
"W każdej kulturze, w antropologicznym sensie tego pojęcia, istnieje coś w rodzaju centralnej encyklopedii, której założenia wszyscy podzielają. Mówi ona, że Homer był wielkim poetą, i nie wspomina o innych greckich poetach, o których zapomnieliśmy. Mowi też, że Ziemia krąży wokół Słońca. Ta encyklopedia jest zmieniania, uzupełniana, krytykowana, ale jest punktem odniesienia dla wszystkich. W internecie takich encyklopedii jest dziesięć tysięcy. W zależności od drogi którą ktoś przejdzie przez sieć, teoretycznie możemy mieć sześć miliardów takich encyklopedii. To znaczy, że dzisiejszy internetowy samouk może wiedzieć dziesięć razy więcej niż pani, ale nie wie na przykład kim był Napoleon, bo na tę akurat informację nie natrafił.
Internet produkuje takich właśnie samouków, którzy nie mają wspólnego kodu kulturowego. Ta droga teoretycznie prowadzi do tragedii, komunikacja staje się niemożliwa. W rzeczywistości jednak nic takiego nam nie grozi. Zawsze będą krążyć pewne dominujące idee. Problem polega na tym, że szkoła nie uczy filtrowania informacji z internetu. Na przykład Platon - ponieważ studiowałem filozofię, wiem, czy jakaś strona o nim została stworzona przez szaleńca czy przez eksperta. Ale 13-latek tego nie wie. Trzeba go tego nauczyć. Być może szkoła nie powinna już uczyć kim był Platon, tylko właśnie jak filtrować informacje".

poniedziałek, 12 września 2011

"Duchy Goi"

Milosa Formana. Dobry, po prostu dobry. Natalie Portman świetna.
***
Lao Tse: "Ten, kto nie walczy, nigdy nie przegrywa, a ten kto nigdy nie przegrywa, jest zawsze zwycięzcą". A to dobre...
***
czy jeśli na rynku prasy drukowanej pojawiło się conajmniej kilka świetnych miesięczników, które zebrane razem odpowiadają moim gustom znacznie bardziej, niż te, których marki mają od wielu lat ugruntowaną pozycję i za pośrenictwem ogranego loga sprzedają wyświechtane, wręcz po wielekroć przedrukowywane teksty, to w Internecie też pojawią się strony internetowe ze świetnymi tekstami, wywiadami, reportażem, w których jest zawarta jakaś prawda, myśl, wartość? Czekam z utestnieniem...

"W ciemności"

Agnieszki Holland, który zanim miał swoją polską premierę już został polskim kandydatem do Oskara. Nie oglądałam wszystkich polskich potencjalnych kandydatów, ale ten film nie wydaje mi się trafionym wyborem. Po pierwszze - o wojnie, Holokauście, o ratowaniu Żydów, o heroiźmie w zdemoralizowanym przez nazizm świecie - już było. Po co więc wystawiamy kolejny - w tematyce niezwykle podobny film? Być może drzemie w komisji (powołanej przez Ministra Kultury) potrzeba zmiany wizerunku polskiej postawy wobec Żydów w czasie II wojny światowej? I oto mamy - Leopold Socha, Polak ze Lwowa, kanalarz, drobny złodziejaszek, mąż i ojciec, staje przed okazją nie lada zarobku, nie staje, okazja sama wpada mu w ręce. Żydowscy mieszkańcy jednego z lwowskich domów drążą dziurę w podłodze i szykują sobie drogę ucieczki kanałami. We Lwowie trwają łapanki, wywózki, getto, strach jest wszechobecny. Przebijają się do kanałów i wpadają wprost na Sochę, ten liczy w myślach zarobek za przechowanie Żydów. Stawka - jego zdaniem - okazuje się niewspółmierna do zadania. Bo właściele mieszkania z dziurą w podłodze ściagają krewnych, znajomych, to za dużo żeby ukryć wszystkich. Szybka kalkulacja - kilkunastu idzie w głębsze tunele kanałów, reszta zostaje, reszta się nie zmieści. Historia jest przewidywalna. Uderza naturalizm zdjęć, ludzie zdają się dosłownie ginąć na oczach widza, smród kanałów wylewa się za ekran, a szczury piszczą tuż przy stopie. Brawa dla Jolanty Dylewskiej za zdjęcia kanałowego życia - wydawałoby się, że prócz monotonii mroku pomieszanego z wilgocią i niewielkimi strumieniami światła niewiele uda się wydobyć. Udało się! Blisko 70 procent ponad dwuipółgodzinnego filmu dzieje się w kanałach i zdjęciami naprawdę nie można się znudzić. Oddają realizm, zresztą nie tylko tam - na ulicy podczas strzelanin, bomardowań, wieszania podejrzanych, podczas miłości - zwierzęcej, zimnej, wyrachowanej.
Ale Oscar w kategorii nieanglojęzycznej nie jest przyznawany wyłącznie za zdjęcia, a za cały film. A w całym filmie coś kuleje. Momentami za długi, niekiedy aktorzy grają zbyt topornie. Przewidywalność - wytłumaczalna. Najmocniejsze - post scriptum. Po wojennej rzeźni, kiedy przychodzi częściowy "happy end" (bo tu wojna nie patyczkuje się z nikim - giną przyjaciele, członkowie rodzin bohaterów, przypadkowa grupa ludzi za jedno istnienie), kiedy widzowi odpuszcza napiecie, sam się uśmiecha do ludzi, którzy właśnie opuszczają mroczne kanały, post scriptum jest jak cios w sam nos - z zaskoczenia, bez szans na asekurację. I może o to właśnie chodziło?

piątek, 9 września 2011

środa, 7 września 2011

Ukryte w słowach...

...które nie zostają wypowiedziane. "Ukryte" Michaela Haneke jest niezwykłe, bo po pierwsze z całą masą niedopowiedzeń, grą, która pobudza wyobraźnie do uzupełnień brakujących informacji. A tych informacji jest tak mało, że wyobraźnia tylko podsuwa kolejne powody, dla których dramaturgia sytuacji rozgrywa się tak a nie inaczej. Magiczna jest ostatnia scena filmu. Plan ogólny wejścia do szkoły, stoi kilka grupek młodych ludzi, rozmawiają, przemieszczają się - podchodzą, odchodzą, oczywiście kamera nie "mówi" nam na kogo mamy patrzeć, nie kieruje naszej uwagi na konkretny punkt, sytuację, osobę, po jakimś czasie w tej masie różnych sytuacji dotrzegamy syna Algierczyka, który podszedł do syna krytyka literackiego, odciąga go od znajomych, stają z boku i o czymś rozmawiają, potem syn krytyka idzie wolnym, nienerwowym krokiem do szkoły, jak po odbyciu normalnej pogawędki z kolegą. i właściwie cały film jest pełen takich niedopowiedzeń, widz sam musi się wysilić, żeby znaleźć sens w danej scenie czy nawet całym filmie. Krytyk literacki zaczyna dostawać kasety z nagraniami sprzed jego własnego domu, wejście jest filmowane przez kilka godzin - komuś zależy na tym, żeby czuł się obserwowany, potem tajemnicza postać zaczyna wysyłać do niego kartki z kreskówką chłopca plującego krwią, lub z poderżniętym gardłem. Te dziwne przesyłki zaczynają też trafiać do pracy i kolegów krytyka, jedna kartka zostaje też wysłana do szkoły syna. Krytyk zaczyna kogoś podejrzewać po tym jak dostaje kasetę z nagraniem sprzed jego rodzinnego domu, w którym się wychował. Potem kolejną z nagraniem drogi do czyjegoś mieszkania. Jedzie tą samą drogą i puka do drzwi. Otwiera jego kolega z dzieciństwa. Powoli krytyk musi zdradzić żonie (Juliette Binoche), dlaczego algierski chłopiec mieszkał u jego rodziców, a kiedy jego rodzice zginęli w Paryżu w czasie jakiegoś powstania, dlaczego nagle trafił do sierocińca. Pojawia się więc kontekst polityczny. (też w momencie potrącenia czarnoskórego rowerzysty krytyk pozwala sobie na rasistowskie insynuacje, podpuszczony przez rowerzystę). Nieokreślony strach, który z każdą sceną, nową kasetą się nasila, powoduje, że mimo braku realnego zagrożenia, krytyk zdradza mroczne sekrety z dzieciństwa. Brak słów, jak w przypadku syna Algierczyka, który przychodzi do krytyka do pracy, po tym jak jego ojciec popełnia samobójstwo, jest bardziej prowokujące niż niejedno wyzwisko czy oskarżenie, które mógłby powiedzieć. I skuteczne. Brak słów może być silniejszym komunikatem niż jego miliony. I może wywołać najróżniejsze domysły i reakcje. Dobry film. Nagroda w Cannes za reżyserię w 2005 roku.
***
nowa płyta, a właściwie trzypak Zbigniewa Preisnera "Voices" - większość utworów znam, bo powstały do filmów Kieślowskiego, albo pojawiły się na płycie zimowej sprzedawanej przy okazji któregoś Bożego Narodzenia. Tamta płyta mi zaginęła, zostało tylko opakowanie z autografem Preisnera. Teraz ten trzypak przypomina mi te piosenki, które tam były, i które i tak znam na pamieć. Wisienka na torcie i nowość to utwory do sztuki Danse Macabre, których nie znam jeszcze.
Preisner to dla mnie Mount Everest wśród kompozytorów muzyki filmowej.

niedziela, 4 września 2011

stare klisze filmowe

"Mania. Historia pracownicy fabryki papierosów", reż. Eugen Illes, prod. Niemcy, 1918, w roli głównej: Pola Negri; bez nadmiernej egzaltacji i melodramatyzowania. długość 85 minut - idealna. Akcja dzięki temu w miarę wartka, ogląda sią świetnie. Szczególnie jak orkiestrą grającą na żywo muzykę do filmu dyryguje Jerzy Maksymiuk. Kadry czasami tak wypełnione rekwizytami, gestami aktorów, że kilkudziesięciosekundowa akcja dziejąca się w jednym kadrze doskonale się sprzedaje. Rekonstrukcja odzyskała go dla mojego pokolenia.
***
rekord świata kobiet w biegu na 5000 m - 14.11.15. moj? 30.40..... mozna?
***
"Gigante", reż. Adrian Biniez, Urugwaj, 2009. kiepski.

czwartek, 1 września 2011

klisze filmowe

Giuseppe Tornatore, tak - ten od "Cinema Paradiso" - zrobił dwa lata temu nostalgiczny film o miasteczku sycylijskim: "Baaria". Nie zabrakło elementu kluczowego, bez ktorego caly film byłby dla mnie nudną przydługą opowieścią z niegłupim zakończeniem. ...taśmy filmowe. Jeden z bohaterów zamiast zbierać obrazki, naklejki z samochodami, czyli to, co chłopcy w szkole zazwyczaj zbierają, kolekcjonuje kawałki filmów! Po dwóch-trzech klatkach jest w stanie odgadnąć z jakiego filmu one pochodzą. Genialne! Ok, film był niezły - świetne zdjęcia, pełne zachodzącego słońca, kurzu i rozgrzanej ziemi. Historia ciągnęła się jak saga rodzinna w jakims tasiemcu (film trwa 145 minut), ale miała swój urok - i rodzina, i historia. I zakończenie - było trochę jak przebudzenie: oglądamy, przysypiamy, niczego już sie nie spodziewamy, a na koniec glówny bohater budzi się z drzemki/letargu, a my razem z nim :). Lekko nostalgiczno-kołysankowa muzyka Ennio Morricone podtrzymywała tylko ten stan.
***
i jeszcze jedna sytuacja - ostatnio po centrum warszawy, konkretnie rog swietokrzyskiej i marszalkowskiej kraza mlodzi panowie probujac sprzedac podreczniki. pytaja wszystkich, podchodza i do mnie:
- jakies podreczniki potrzebne? - pyta mlodzieniec wysuwajac w moja strone jakas zolta karteczke, pewnie z adresem ksiegarni z tymiz podrecznikami.
- skonczylam edukacje - mowie, on zawiedziony, ja nie.
mysle sobie, jaki on chcialby mi podrecznik sprzedac skoro nie wygladam na uczennice, i na matke uczniow tez nie. Bo podrecznika pt. "jak zyc?" zapewne nie ma...

środa, 31 sierpnia 2011

picie na czas

takie mialam wrazenie, kiedy bylam dzisiaj na wernisazu w jednej z warszawskich galerii. przemily kierownik, ciekawa wystawa, centrum miasta. polowa gosci na "krzywy ryj". pani T. wynosi tace z winem bialym i czerwonym w szklankach. stawia na parapecie. juz za idaca pania T. ciagnal sie sznurek osob, teraz nastepuje istny szturm na parapet, po dwie, trzy szklanki. przelewanie do jednej. wypijanie duszkiem. podpijanie kolegow lub bezpanskich. towarzystwo sie kreci jak pszczoly wokol kwiatka, az wino nie zniknie. kiedy zrodelko juz zupelnie wyschlo i zanosi sie, ze pani T. wiecej nie doniesie, jeden pan siedzac na niskim parapecie w otoczeniu szklanek po winach o roznym zabarwieniu, mowi do kolegi "po fachu" wykrzywiajac buzie: "ale to biale, to niedobre...". waszystkim dogodzic sie nie da. najtrudniej tym, ktorzy na "krzywy ryj"...

wtorek, 30 sierpnia 2011

...

najpierw nocny seans - film "Fałszerze" Stefana Ruzowitzkiego, poranny odbior zdjec, kolejne zlecenie, wydruki dokumentow, do domu, szykowanie teczek, nerwowo, bo plyty zle wypalone, a czasu coraz mniej. W koncu dostarczenie, ale cos nie tak, nie wiadomo czy przejdzie. Po odbior Zorki S. Moja "nowa" mala Zorka! Dziesieciominutowe szkolenie przez najbardziej serdecznego pochmurniaka. Jewszcze ksiagarnio-antykwariat, ktory wyglada jak skladowisko ksiazek z polowy Warszawy i ruszyc sie juz nie ma miejsca w tych ksiazkowych korytarzach. "Ostatni Mohikanin" sam wpadl mi w rece, cena 1 zloty. I do pana A. na "przymiarki". I... prezent. Bizuteria z pogranicza Afganistanu i Pakistanu. Pierscionek zareczynowy! O! Moze Birma? Czemu nie? Kiedy? Jakie masz wady? I wisienka na torcie: nowy Woody Allen i "O polnocy w Paryzu". Let's do it, let's fall in love...

co dalej Libio?

Wojciech Jagielski w swoim ostatnim tekscie w weekendowej Wyborczej: "Arabskie rewolucje - poza zwykłą zmianą reżimów - mogą oznaczać schyłek epoki dominacji Europy i jej młodszej siostry Ameryki w światowej polityce. Kapuściński to przewidział i(...) twierdził, że po dekolonizacji politycznej sprzed pół wieku nastąpią dekolonizacje znacznie od niej ważniejsze - gospodarcza i kulturowa. Triumfem demokracji może się okazać nie obalenie Kaddafiego i Mubaraka, lecz wolne wybory w Libii lub Egipcie wygrane przez Bractwo Muzułmańskie. I pokorne uznanie tego faktu przez nieufny wobec islamu Zachód".

czwartek, 25 sierpnia 2011

"to wielkie szczęście osiągnąć taki stan, kiedy nie ma się pretensji do świata"...

... tak powiedziała w wywiadzie dla Tygodnika Powszechnego Julia Hartwig. Wywiad ukazał się kilka dni po Jej 90. urodzinach. Julia Hartwig powiedziała też coś, co osobiście uważam za osiągnięcie stanu doskonałego: "(Praca umysłowa jest wyniszczająca i wzbogacająca zarazem. Kiedy wydaję nową książkę brakuje mi czasu na zrobienie wszystkiego, dzień jest za krótki.) Nawet dzisiaj z trudem kończę dzień. Wpół do pierwszej w nocy zmuszam się do odłożenia pracy, żeby nie mieć zmarnowanego poranka. Bo jak za późno wstanę, to mam wyrzuty sumienia."
W wieku 90 lat być tak zachłannym na twórczą ekspresję, przygotowywanie intelektualnej uczty dla innych, to wydaje się być nadludzkie.

środa, 24 sierpnia 2011

"Ja też!"

Czy można zrobić ciekawy film o osobach niepełnosprawnych - ich potrzebach, emocjach i marzeniach bez wzbudzania litości, współczucia, niechęci? Można. Obraz Daniela na długo pozostaje w pamięci nie dlatego, że zdobył to, co w realnym życiu byłoby niemożliwe do osiągnięcia, ale dlatego, że jego świat w tym filmie jest zwyczajniejszy, realniejszy, normalniejszy niż ludzi, którzy go otaczają. Pokazuje, że niepełnosprawność to nie klatka, z której nie można się wydostać. Ograniczenia dane przez naturę nigdy nie znikną, ale otoczenie często ich nie pomaga ich zmniejszyć, lecz tworzy nowe. Daniela mistrzowsko zagrał Pablo Pineda.
reż. Antonion Naharro, Alvaro Pastor

Italia - tak blisko...

kiedy planowalam wyjazd do Włoch pomyślałam sobie: "to kompletnie nie mój kierunek, za blisko, za mało egzotycznie, pewnie wszędzie będzie woda i czysta pościel". Nie pomyliłam się, i nie pomyliłam się też co do tego, że to trochę nie moja bajka. Mam niedosyt świata, brudnego plecaka, nowych ludzi na drodze, potu lejącego się z czoła, i rozklekotanego autobusu z przesterowaną muzyką karaibską... Ale do Włoch też trzeba było kiedyś pojechać :) bo z wyjątkiem tych kilku niuansów było fantastycznie: wystawa Bressona w katakumbach Werony, Biennale w Wenecji, Uffizi we Florencji, kamienista plaża w Riomaggiore. Oczywiscie w asyście tłumów turystów.


piątek, 18 marca 2011

DR Congo - never to forget

od czego zacząć? wrażeń, wspomnień jest tyle, że w głowie panuje chaos, rozbicie, gonitwa myśli, potrzeba wyłączenia się z normalnego biegu świata... jak? nie wiem. może powrót do normalnego rytmu będzie ratunkiem, ale na razie mi nie wychodzi. czytam newsy, przeglądam portale i wszystko mnie nudzi, o japońskim tsunami nie czytam, oglądam obrazy Jamesa Nachtwey'a stamtąd, nie kończę, nużą mnie.. chciałabym do domu, do spokoju, rodzącej się zieleni. ale wiem jak będzie - pytania, szukanie jak najlepszej odpowiedzi, przeżycia, zdjęcia, kto jest kim, a dlaczego tak, a dlaczego te dzieci takie wychudzone, a przecież wytarcie nosa nic nikogo nie kosztuje, a te ulice - nie szkoda im samochodów, a te ubranka - przecież upranie nie kosztuje dużo... tutaj wszystko wydaje się takie proste. wszystko jest na wyciągniecie ręki, jak nie jest - wystarczy pójść do sklepu za rogiem i kupić.




mimo braku dobrych butów, mimo braku boisk, mimo braku piłki są jednymi z najlepszych młodych graczy jakich widziałam. To Goma, chłopcy grają na podłodze domu, który został zmieciony przez wulkaniczną lawę kilka lat temu, wulkaniczny żwir rani ich stopy - zdają się  nie czuć bólu. 



Goma to kurz, to ulice z lawy wulkanicznej, rowero-hulajnogi, to drogi tonące w śmieciach, to magiczne jezioro Kivu, to dymiacy wulkan Nyiragongo, z którego krateru w ciągu dnia ulatnia się dym, a w nocy świeci różową ognistą poświatą. Wysokość 3500 metrów. Można wejść na szczyt, można zobaczyć bulgoczący ogień we wnętrzu, wulkanu, we wnętrzu ziemi. Wrócę, żeby to zobaczyć.

piątek, 25 lutego 2011

Goma nie gryzie! Goma doesn't bite!

Granica rwandyjsko - kongijska. Z jednej strony potezny chaos, z drugiej wszystko dziala z zadziwiajaca sprawnoscia. Jak zwykle dlugi pas drogi wygladajacy na "ziemię niczyją", zupelnie nie przypominajacy w niczym obrazkow z pieknej, zielonej i wypucowanej Rwandy. Tlumy ludzi - zebracy mieszaja sie z tymi ktorzy chca przekroczyc granice. Na wozkach inwalidzkich, bez nog, brudni prosza o pieniadze. Probuja cos sprzedac, ale ciezko nawet wzbudzic w sobie litosc na widok brudnych opakowan i kupic cokolwiek. Ostatnie formalnosci przed opuszczeniem Rwandy w nowym budynku imigracyjnym, podloga tak lsni, ze mozna sie w niej przegladac. Potem z kazdym krokiem coraz gorzej, coraz wiecej kamieni zamiast asfaltu, coraz ciemniej - doslownie, coraz bardziej ponuro. To przez lawe, ktora co jakis czas wyplywa z Nyiragongo, niszczy miasto, pozostawia ludzi z tym, co uda im sie udzwignac na glowie albo plecach. Pierwsza kontrola - uwazne ogladanie okladki paszportu. Mowisz po francusku? Nie... Ok. Kolejna kontrola - mily pan cos pogadal, nawet po angielsku trosze pobrylowal, "the door number two" - powiedzial i szeroko sie usmiechnal. Nie bylo zadnych drzwi, ledwie okienko dla petenta. Paszport, jakis wyrostek zaczyna sie wydzierac po francusku, mowie, ze nie rozumiem, nie znam tego jezyka, to on jeszcze glosniej, brwi sciagniete, plik kongijskich banknotow w reku, idzie w moja strone. I... wyhamowal, i zaczal sie drzec na kogos innego, kto stal w kolejce do okienka obok. Moj paszport przeszedl w bardzo mile rece pana w a'la hawajskiej koszuli. Wpisal dane do zeszytu, sprawdzil w innym zeszycie, czy w Polsce urzeduje konsul, ktory mogl wydac mi wize. Zgodzilo sie. O ksiazeczke szczepien nie pytal. Krotko, formalnie, tresciwie. Witamy w Kongu... Szaro, buro, ponuro i biedniej byc chyba nie moze. Township. Jesli mialabym sobie wyobrazac przedsionek piekla, to chyba bylby to taki wlasnie obraz... Zadnej ulicy, ledwie uklepana droga, o kamienie mozna sie zabic, po bokach w rynsztokach stoi smierdzacy gesty szlam. Hotel znalezc bardzo trudno, turysci by chcieli przyjezdzac i ogladac dymiacy wulkan, jezioro Kivu, goryle, ale gdzie spac, co jesc? Znajdujemy, mamy wszystko. Wieczorem po obiedzie spacer na piechote do hotelu - moze kilometr, ciemno... A zawsze mowili, ze wieczorem nosa z hotelu nie wystawiac... Szczerze mowiac, o jakim ci ludzie zagrozeniu mowia? nie mam pojecia... Pewnie gdybym byla z bialym kompanem, byloby gorzej. Ba, nawet nie wystawilabym tego nosa za drzwi. Ale sytuacja wyglada zgola inaczej i niech tak pozostanie.  

poniedziałek, 21 lutego 2011

ready, steady, go!

dwa miesiące intensywnych przygotowań, czytania książek, przekopywania internetu, kontaktów, nie-kontaktów, udanych, nie-zdobytych... to musi wystarczyć. ktos powiedzial na poczatku, ze jak sie jedzie do Konga, trzeba odrobic prace domowa. ale moze sie okazac tak jak na kazdej klasowce - ze nie trafilo sie w pytania, albo nauczyciel nieslusznie posadzil o sciaganie. w najgorszym wypadku wywali z klasy... no coz... zycie to nie klasowka, i tu nikt nikogo do domu nie odesle. ale bez tego ryzyka zycie mialoby zupelnie inny smak :)




środa, 12 stycznia 2011

bezsenne noce

kto jeszcze nie spal? druga wa nocy, Warszawa czyms zajeta, czyta? moze telewizje oglada? o dziwo, kiedy obudzilam sie o 7, w dwoch z tych okien jeszcze/juz palilo sie swiatlo :)
Powered By Blogger