Agnieszki Holland, który zanim miał swoją polską premierę już został polskim kandydatem do Oskara. Nie oglądałam wszystkich polskich potencjalnych kandydatów, ale ten film nie wydaje mi się trafionym wyborem. Po pierwszze - o wojnie, Holokauście, o ratowaniu Żydów, o heroiźmie w zdemoralizowanym przez nazizm świecie - już było. Po co więc wystawiamy kolejny - w tematyce niezwykle podobny film? Być może drzemie w komisji (powołanej przez Ministra Kultury) potrzeba zmiany wizerunku polskiej postawy wobec Żydów w czasie II wojny światowej? I oto mamy - Leopold Socha, Polak ze Lwowa, kanalarz, drobny złodziejaszek, mąż i ojciec, staje przed okazją nie lada zarobku, nie staje, okazja sama wpada mu w ręce. Żydowscy mieszkańcy jednego z lwowskich domów drążą dziurę w podłodze i szykują sobie drogę ucieczki kanałami. We Lwowie trwają łapanki, wywózki, getto, strach jest wszechobecny. Przebijają się do kanałów i wpadają wprost na Sochę, ten liczy w myślach zarobek za przechowanie Żydów. Stawka - jego zdaniem - okazuje się niewspółmierna do zadania. Bo właściele mieszkania z dziurą w podłodze ściagają krewnych, znajomych, to za dużo żeby ukryć wszystkich. Szybka kalkulacja - kilkunastu idzie w głębsze tunele kanałów, reszta zostaje, reszta się nie zmieści. Historia jest przewidywalna. Uderza naturalizm zdjęć, ludzie zdają się dosłownie ginąć na oczach widza, smród kanałów wylewa się za ekran, a szczury piszczą tuż przy stopie. Brawa dla Jolanty Dylewskiej za zdjęcia kanałowego życia - wydawałoby się, że prócz monotonii mroku pomieszanego z wilgocią i niewielkimi strumieniami światła niewiele uda się wydobyć. Udało się! Blisko 70 procent ponad dwuipółgodzinnego filmu dzieje się w kanałach i zdjęciami naprawdę nie można się znudzić. Oddają realizm, zresztą nie tylko tam - na ulicy podczas strzelanin, bomardowań, wieszania podejrzanych, podczas miłości - zwierzęcej, zimnej, wyrachowanej.
Ale Oscar w kategorii nieanglojęzycznej nie jest przyznawany wyłącznie za zdjęcia, a za cały film. A w całym filmie coś kuleje. Momentami za długi, niekiedy aktorzy grają zbyt topornie. Przewidywalność - wytłumaczalna. Najmocniejsze - post scriptum. Po wojennej rzeźni, kiedy przychodzi częściowy "happy end" (bo tu wojna nie patyczkuje się z nikim - giną przyjaciele, członkowie rodzin bohaterów, przypadkowa grupa ludzi za jedno istnienie), kiedy widzowi odpuszcza napiecie, sam się uśmiecha do ludzi, którzy właśnie opuszczają mroczne kanały, post scriptum jest jak cios w sam nos - z zaskoczenia, bez szans na asekurację. I może o to właśnie chodziło?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz