niektore chwile, sytuacje sa warte pamietania w calosci, niektore tylko dla kilku szczegolow. i niektore dla skutkow, ktore niosa. ta jedna sytuacja odnosi sie konkretnie do skutkow.
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
just the moment in life
niektore chwile, sytuacje sa warte pamietania w calosci, niektore tylko dla kilku szczegolow. i niektore dla skutkow, ktore niosa. ta jedna sytuacja odnosi sie konkretnie do skutkow. niedziela, 29 kwietnia 2012
paleta twarzy
brzmi to dziwnie, ale nic nie sprawia mi takiej radosci jak przesuwajace sie przed oczami niczym klatki filmowe nowe twarze - twarze, za ktorymi kryją się ludzie, ich historie, nastroje, charaktery, radości, złośliwości, krzywe spojrzenia. Oczy. Na nowo patrze ludziom w oczy, na nowo - uczę się z nich czytać. Obserwować człowieka, nie spuszczając wzroku na buty.
To dość trudne, kiedy pędzi się przez życie, próbując nie potknąć się na ostrym zakręcie. Kiedy trzeba uważać na to, jak się stawia stopę, żeby nie skręcić kostki. Chociaż przecież umiem chodzić. Trzeba tylko w to uwierzyć i skupić uwagę na oczach.
wtorek, 17 kwietnia 2012
myśl dnia
Everybody is a genius. But if you judge a fish by its ability to climb a tree, it will live its all life believing that it is stupid.
sobota, 14 kwietnia 2012
wyblakłe wspomnienia
jestem wściekła, niesamowicie wściekła, że z powodu: lenistwa, braku czasu spowodowanego nieumiejętnością skoncentrowania się na tym co najważniejsze, lenistwa raz jeszcze, braku priorytetów, i jeszcze raz lenistwa, nie robiłam dokładniejszych notatek z Konga. Oczywiście, mam jakieś zapiski, bo bez języka pisanego po prostu nie funkcjonuję (zabierz mi telefon, komputer, nigdy długopisu czy książki), ale tam zamiast ciekawych obserwacji z miejsca, jakieś emocje, złość na spóźnianie się, narzekanie na żołądek. A analiza tego co wokół? brak...
I następuje taka oto sytuacja, że siadam do zdjęć, które wymagają komentarza, przytoczenia jakiejś sytuacji, cytatu, opisu wrażenia. A tego nie ma!
Coś, co zwróciło moją uwagę teraz, po roku od wyjazdu do DRK, pod wpływem książki Dariusza Rosiaka "Żar. Oddech Afryki", że oni właściwie sami, w pojedynkę, nie istnieją. D. Rosiak opisuje, jak mężczyzna z wioski sprowadził się do Gomy, bo bał się najazdu i grabieży rebeliantów, ale w Gomie nie potrafił sobie poradzić. Nikogo nie znał, nie mógł znaleźć pracy, nie wiedział jak się w tym mieście poruszać, do kogo zwrócić z pytaniem, z prośbą o wsparcie, o wskazanie kierunku. Nie miał tam rodziny, krewnych... Wrócił do wioski, mówiąc: wolę zginąć od kul rebeliantów, niż z głodu".
Kiedy przyjechałam do Gomy, mój współkompan załatwił sprawy z celnikami (trochę krzyku, ale efekt najważniejszy - bez łapówki i innych zbędnych formalności, przekroczyłam granicę), potem było nieco gorzej, bowiem nie mogliśmy znaleźć hotelu, i nikt nie potrafił nam podpowiedzieć gdzie jechać, który wybrać, taksówkarz chciał jechać w wyznaczone miejsce i nie zawracać sobie nami głowy. A Goma to przedsionek piekła - szaro, buro i biednie, spojrzenia wrogie dookoła. Dramatyzm podbijały samochody opancerzone urugwajskiego ONZ'tu wolno snujące się po ulicach (karabiny wycelowane w ulice nie wzbudzają sympatii...). Znaleźliśmy jakiś hotel, poszliśmy więc na obiad z bratem mojego kompana - Katsuvy. Chłopcy pogadali, najedliśmy się, następnego dnia chcieliśmy ruszyć do Parku Wirunga, a już na pewno podjechać do podnóży majestatycznego Nyiragongo. Parę telefonów, jakieś spotkanie z przyjacielem z dawnych lat, zebranie informacji, już wiadomo, że daleko nie zajedziemy, ale "let's get a try". Oczywiście, musieliśmy się wycofać. Po południu wjechaliśmy na mototaxi (każdy na swojej) w jakąś ciemną, biedną dzielnicę w celu odwiedzin brata Katsuvy, mrok zapadł szybko, prądu brak, gwiazd coraz więcej, sprzęt w plecaku coraz bardziej parzy skórę, coraz więcej potknięć o kamienie z zastygłej lawy wulkanicznej. I tak wracamy w tej ciemnicy kongijskiej do hotelu, przez tą dzielnię biedy, a moi kompani nagle wskazują palcem na Nyiragongo - "może chcesz zrobić zdjęcie tej rózowej łuny nad kraterem? w dzień tego nie zobaczysz". I wyjmij aparat, i zacznij robić zdjęcia, jak biały kolor skóry w tej ciemnicy świeci jak latarka.
Do czego zmierzam - że gdyby nie brat, przyjaciele Katsuvy, to nie zrobilibyśmy spokojnie jednego kroku w tym mieście. Że on wiedział gdzie mogę wyjąć aparat, gdzie mogę robić zdjęcia, z kim dyskutować, kiedy się denerwować itd. A Goma to nie jego miasto. Jego jest Bukavu - tam dzięki niemu i jego rodzinie i bliskim mogłam się czuć jak w domu. Czasami.
środa, 11 kwietnia 2012
intensyfikacja wiosenna
gdyby nowe pomysly rodzily sie w takiej masie jak paczki na drzewach, ich realizacja szla tak szybko, sprawnie, efektywnie jak pojawiaja sie nowe liscie, to... to ja tak chce.
sobota, 7 kwietnia 2012
pisanie
po J. Hartwig dziś A. Komorowski zapytał mnie czy piszę - piszę, mnóstwo piszę, setki słów, liter pojedynczych, zdań mniej logicznych, ciągi cyfr, mnóstwo pisaństwa rozlewa się na milionach kartek, w których tonę. Biała papierowa otchłań rodzi się wszędzie tam, gdzie się pojawię i pobędę choć przez chwilę. Ale wartość tego słowa pisanego jest dla mnie tym mniejsza, im więcej mówię. A mówię dużo. Czytając coraz mniej - choć to może złudzenie, bo internetowego języka filtruję całe tomy. Języka innej wartości, słów lżejszych, jakby błahych. Taki sam mam stosunek to swoich słów zapisywanych - znaczą niewiele.
To największy problem przy ułożeniu tekstu do zdjęć, które mam niebawem zaprezentować. Wolę zabawę photoshopem, niż przypominanie sobie historii kryjącej się za postacią z fotografii, konktekstu, wydarzenia. I dobieranie słów.
Kojarzy mi się to z próbą przesunięcia głazu. Uczuciem zimnego metalu kajdanek na nadgarstach, bólem mózgu zalewanego przez cement, wpadającego w czarną dziurę. A przecież wiem, co chcę powiedzieć - że nie ma chyba miejsca większych kontrastów, gdzie obok piękna jest wielkie cierpienie. Gdzie łzy w gorącym słońcu zastygają na twarzy albo po latach w bólu po prostu ich brakuje. Gdzie zieleń tropikalnych lasów kontrastuje z czerwonymi, przekrwionymi oczami rebeliantów, którzy z frustracji i braku innej drogi wyrządzają wiele krzywd. Gdzie młodsze rodzeństwo nosi się na własnych plecach, aż się skończy dwanaście lat, potem swoje własne dzieci. Gdzie za uśmiechem kryją się głębokie rany...
To największy problem przy ułożeniu tekstu do zdjęć, które mam niebawem zaprezentować. Wolę zabawę photoshopem, niż przypominanie sobie historii kryjącej się za postacią z fotografii, konktekstu, wydarzenia. I dobieranie słów.
Kojarzy mi się to z próbą przesunięcia głazu. Uczuciem zimnego metalu kajdanek na nadgarstach, bólem mózgu zalewanego przez cement, wpadającego w czarną dziurę. A przecież wiem, co chcę powiedzieć - że nie ma chyba miejsca większych kontrastów, gdzie obok piękna jest wielkie cierpienie. Gdzie łzy w gorącym słońcu zastygają na twarzy albo po latach w bólu po prostu ich brakuje. Gdzie zieleń tropikalnych lasów kontrastuje z czerwonymi, przekrwionymi oczami rebeliantów, którzy z frustracji i braku innej drogi wyrządzają wiele krzywd. Gdzie młodsze rodzeństwo nosi się na własnych plecach, aż się skończy dwanaście lat, potem swoje własne dzieci. Gdzie za uśmiechem kryją się głębokie rany...
Subskrybuj:
Posty (Atom)



