sobota, 14 kwietnia 2012

wyblakłe wspomnienia

jestem wściekła, niesamowicie wściekła, że z powodu: lenistwa, braku czasu spowodowanego nieumiejętnością skoncentrowania się na tym co najważniejsze, lenistwa raz jeszcze, braku priorytetów, i jeszcze raz lenistwa, nie robiłam dokładniejszych notatek z Konga. Oczywiście, mam jakieś zapiski, bo bez języka pisanego po prostu nie funkcjonuję (zabierz mi telefon, komputer, nigdy długopisu czy książki), ale tam zamiast ciekawych obserwacji z miejsca, jakieś emocje, złość na spóźnianie się, narzekanie na żołądek. A analiza tego co wokół? brak...

I następuje taka oto sytuacja, że siadam do zdjęć, które wymagają komentarza, przytoczenia jakiejś sytuacji, cytatu, opisu wrażenia. A tego nie ma!

Coś, co zwróciło moją uwagę teraz, po roku od wyjazdu do DRK, pod wpływem książki Dariusza Rosiaka "Żar. Oddech Afryki", że oni właściwie sami, w pojedynkę, nie istnieją. D. Rosiak opisuje, jak mężczyzna z wioski sprowadził się do Gomy, bo bał się najazdu i grabieży rebeliantów, ale w Gomie nie potrafił sobie poradzić. Nikogo nie znał, nie mógł znaleźć pracy, nie wiedział jak się w tym mieście poruszać, do kogo zwrócić z pytaniem, z prośbą o wsparcie, o wskazanie kierunku. Nie miał tam rodziny, krewnych... Wrócił do wioski, mówiąc: wolę zginąć od kul rebeliantów, niż z głodu". Kiedy przyjechałam do Gomy, mój współkompan załatwił sprawy z celnikami (trochę krzyku, ale efekt najważniejszy - bez łapówki i innych zbędnych formalności, przekroczyłam granicę), potem było nieco gorzej, bowiem nie mogliśmy znaleźć hotelu, i nikt nie potrafił nam podpowiedzieć gdzie jechać, który wybrać, taksówkarz chciał jechać w wyznaczone miejsce i nie zawracać sobie nami głowy. A Goma to przedsionek piekła - szaro, buro i biednie, spojrzenia wrogie dookoła. Dramatyzm podbijały samochody opancerzone urugwajskiego ONZ'tu wolno snujące się po ulicach (karabiny wycelowane w ulice nie wzbudzają sympatii...). Znaleźliśmy jakiś hotel, poszliśmy więc na obiad z bratem mojego kompana - Katsuvy. Chłopcy pogadali, najedliśmy się, następnego dnia chcieliśmy ruszyć do Parku Wirunga, a już na pewno podjechać do podnóży majestatycznego Nyiragongo. Parę telefonów, jakieś spotkanie z przyjacielem z dawnych lat, zebranie informacji, już wiadomo, że daleko nie zajedziemy, ale "let's get a try". Oczywiście, musieliśmy się wycofać. Po południu wjechaliśmy na mototaxi (każdy na swojej) w jakąś ciemną, biedną dzielnicę w celu odwiedzin brata Katsuvy, mrok zapadł szybko, prądu brak, gwiazd coraz więcej, sprzęt w plecaku coraz bardziej parzy skórę, coraz więcej potknięć o kamienie z zastygłej lawy wulkanicznej. I tak wracamy w tej ciemnicy kongijskiej do hotelu, przez tą dzielnię biedy, a moi kompani nagle wskazują palcem na Nyiragongo - "może chcesz zrobić zdjęcie tej rózowej łuny nad kraterem? w dzień tego nie zobaczysz". I wyjmij aparat, i zacznij robić zdjęcia, jak biały kolor skóry w tej ciemnicy świeci jak latarka.
Do czego zmierzam - że gdyby nie brat, przyjaciele Katsuvy, to nie zrobilibyśmy spokojnie jednego kroku w tym mieście. Że on wiedział gdzie mogę wyjąć aparat, gdzie mogę robić zdjęcia, z kim dyskutować, kiedy się denerwować itd. A Goma to nie jego miasto. Jego jest Bukavu - tam dzięki niemu i jego rodzinie i bliskim mogłam się czuć jak w domu. Czasami.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Powered By Blogger