poniedziałek, 29 czerwca 2009

ucieczka z peru

mniej wiecej tak to wyglada. jak najszybciej, jak najdalej od tego kraju. Zaczelo sie na granicy ekwadorsko-peruwianskiej, a potem bylo juz tylko gorzej. Z malymi wyjatkami. Granica - Wenezuela przy tej to raj na ziemi. Przyjezdzamy rano autokarem, wysadzaja nas, jak na przygraniczne miasto przystalo, pod granica. Ale granicy nie przekroczymy dopoki nie zdobedziemy wyjazdowego stempla z Ekwadoru. Trzeba sie cofnac 2-3 kilometry za miasto. Taxi 1,5 $. Powrot na granice drugie 1,5 $. Z podatkiem za biala twarz. Zeby dostac sie to punktu granicznego Peru trzeba przedrzec sie przez burdelowaty bazar, przy ktorym stadion dziesieciolecia byl hipermarketem o wysokim standardzie. Idzie z nami jakis naganiacz, ktory zawiezie nas tam taksowka... wymiana waluty, oczywiscie falszywe banknoty ida w ruch, oczywiscie ich nie poznajemy, oczywiscie gdzies w Peru zostaly wydane dalej w swiat. Naganiacz twierdzi, ze ¨no bus, only taxi¨, pytamy policjanta:¨¨bus jest, ale...¨no wiec taxi - facet prowadzi nas za jakies budynki na zadupie tego targowego zadupia granicznego i pokazuje prywatne auto i jakiegos goscia z niewyrazna mina, bedzie nas wiozl. Do punktu granicznego. Ale tam taksowkarz za nami krok w krok. My juz dziekujemy. Nie, bo przeciez trzeba dojechac do busa. W tej samej cenie za 1,30 $. No wiec jedziemy, ale kierunek sie nie zgadza. I taksowkarz zatrzymuje sie na stacji benzynowej, czyli lozko polowe i butelki 5 litrowe po wodzie mineralnej z benzyna, przez lejek benzyna do baku... Po co tankuje na jeden kilometr?? Pytamy gdzie nas wiezie. Do Tumbes, czyli ok 34 kilometrow. No to zawracaj, ale juz. I awantura. Pokazuje ulotke z cenami - 35 $ za 34 kilometry. Pytamy czy jest normalny. Po awanturze zawraca i kaze placic kilka dolcow. Skonczylo sie na poltora dolara, wielkiej awanturze i busie do Tumbes za 1,5 sola, co jest rowne polowie dolara.

Ok, dwie dobre rzeczy w Peru - Huaraz czyli Cordillera Blanca i Machu Picchu (nie liczac ceny). Nie jestem w stanie znalezc ani jednego dobrego slowa o narodzie peruwianskim. Naciagaja na kazdym kroku, do rachunku doliczaja na poczekaniu wymyslone podatki zamieniajac je przy dodatkowych pytaniach na cene za sewis. W Aguas Caljente doliczyli sobie 14 procent. Czy dostali? Oczywiscie nie. Szarpanina na kazdym kroku, wszedzie targowanie, nawet o 50 centow. Patrzenie wszystkim na rece. Do Boliwii praktycznie uciekamy, chociaz wiem, ze to nie jest bezpieczny kraj, zdarzaja sie porwania i takie inne. Ale to samo bylo w Wenezueli, a chavezowska Wenezuela przy Peru to raj dla turystow...

jutro walka na granicy peruwiansko-boliwijskiej, z opisow innych podroznikow wynika, ze moze byc bardzo ciekawie. Bedzie raport z miejsca zdarzenia.

wtorek, 23 czerwca 2009

Laguna 69



to kolejna laguna w Cordillerze Blance. Aklimatyzacja zadzialala, wiec bylo nieco latwiej. Troche wyzej - 4570 metrow. To byl jeden z najbardziej zwariowanych dni w Ameryce Poludniowej. I wlasnie dla wrazen z tego dnia postaram sie tutaj wrocic. Rano umowieni z przewodnikiem mamy jechac na lagune. Guide spoznia sie pol godziny. Norma. Dojezdzamy do miejscowosci, gdzie
mamy sie przesiasc do innego busa. Czekamy, czekamy. Laduja kury na dach, kota w worku do srodka, dynie jakies, blat stolu... Czekamy. Ruszamy po godzinie. My totalnie wsciekli, bo dzien ucieka. Bez niespodzianek zdobywamy lagune. Wracamy na umowione z autobusiarzem miejsce, ale autobus, chociaz przejezdza to sie nie zatrzymuje... Bo ma juz komplet 40 pasazerow w busie, w ktorym przepisowo powinno byc 20. ma juz kure, a moze i krowe na dachu i generalnie ledwo trzyma sie drogi. Czekamy. Czekamy. Ktos mowi pol godziny. Czekamy. Po pol godzinie ktos mowi ¨pol godziny¨. Jedzie pick up, kurzac dookola. Nasz guide rozmawia. Ja nie czekajac na zgode kierowcy laduje sie na pake. W sam srodek workow z ... weglem. Lepsze to niz odchody swini. Jedziemy po gorskich drogach, placzemy od kurzu w oczach i chyba z radosci. Bez mala godzina jazdy z wiatrem we wlosach, kotlina w Cordillerze Blance. Kiedy schodzimy z paki mamy czarne twarze, dzinsy, kurtki. Wszystki. Biegiem na nastepny autobus, bo jeszcze poltorej godziny jazdy do Huaraz, a stamtad mamy nocny autobus do Limy. Wszystko udaje sie zrealizowac. W Limie na wariackich papierach kupujemy bilety, w miasto i autobus do Cusco. I w czasie tej jazdy do Cusco widze cos, co na zawsze pozostanie w mojej pamieci. Gwiazdy. W ilosci tak niesamowitej, w takiej masie, ze omal nie zemdlalam z wrazenia. Kiedy sie ocknelam ogladalam Mleczna Droge. I ogladajac sobie niebo odpowiedzialam sobie na kilka zajebiscie waznych pytan. Po czym spadla jedna z gwiazd...
i zasnelam :)

sobota, 20 czerwca 2009

bajka o wytrwalosci




troszke przeskocze - wybaczcie. Cordillera Blanca. Po doswiadczeniach wulkanicznych srednio wierzylam, ze bede chodzila po Andach. Bo chodzenie na wysokosci powyzej 4000 metrow kojarzylo mi sie z jednym - z meka. Niewiele sie zmienilo od tamtej pory. Ale przynajmniej zdobylam cel. Laguna Churup, jedna z najnizej polozonych lagun w Cordillerze, 4450 m. Prosty trekking. Gdyby nie niewydolne na tej wysokosci pluca. Po 40 minutach przy kazdym kolejnym kroku przeklinalam kazdego wstecz papierosa, ktorego wypalilam w swoim zyciu. Odmiana przyszla na skalkach, wysokosc ok. 4300 m. Mimo zmeczenia ogromna frajda z wchodzenia po stromej scianie na gore. Szczyt wodospadu to cel wyprawy, ale szczytu wodospadu zza skal nie widac. Z ust naszego przewodnika Carlosa w koncu padlo magiczne: ¨jestesmy¨. Wielki usmiech. Taki trekking to chyba przede wszystkim walka z samym soba. Teren nie jest trudny, problemem jest wysokosc. Kazdy krok to nadludzki wysilek. Chce sie plakac, gryzc wszystkich po kolei. Ciagle kolaczace sie po glowie pytanie ¨co ja takiego zrobilam, ze mam sie tak meczyc?¨. Ale radosc ze zdobycia celu jakim byla upragniona laguna jest nie do opisania.

piątek, 19 czerwca 2009

bajka o pokorze



plan na Ekwador byl prosty i zwiezly. zdobywamy wulkan i jedziemy do Peru. Postawilismy w rezultacie (...) na Rucu Pichinchia, u podnoza ktorego lezy Quito - jedno z najciekawiej polozonych miast jakie widzialam. Rozciagniete, miedzy dwoma pasmami wulkanow. Trudno powiedziec, co jest scislym centrum - jest stare miasto, nowe miasto(czyli dzielnica bialych), jest dzielnica biedy i bandytyzmu... czyli generalnie tak jak wszedzie. Ale Quito sie ciagnie i ciagnie jak krowka z Milanowka, a w szerokosci ma zaledwie kilka kilometrow. Za to jest malownicze jak malo ktore miasto. Spojrzcie na zdjecie - ile wulkanow widzicie?


















A teraz?













W calym Ekwadorze jest ich 55. Sporo jak na kraj troche mniejszy od Polski. Ale do rzeczy - probujemy zdobyc wulkan Rucu Pichinchia, zwysokosci ok. 2800 m, bo na takiej wlasnie lezy Quito wjezdzamy na 4100 m. Sesja zdjeciowa, generalnie pelen turystyczny luz. Bez sniadania. Praktycznie bez picia. Wulkan ma wysokosc 4670m. Co to dla nas... Idziemy. Pierwsze zawroty glowy... a ostrzegali... Ciemno przed oczami,ok przystanek. Coraz gorzej z oddechem - coraz czesciej przystanek. W koncu przystanek po 10 metrach w gore wyglada tak, ze klade sie w trawe nie przejmujac sie ani wilgocia, ani temperatura. Ale uparcie ide dalej. Odpuszczam na wysokosci niewiele nizej od 4600 m. , kiedy schodzacy z gory inni turysci mowia, ze raczej dzis pogoda nie sprzyja ogladaniu krateru. Wsciekla na siebie, zla na swiat, na nature, ze stworzyla mnie taka, ze moje pluca nie chca pracowac tak jak ja chce na tej wysokosci. Niestety, nie chca bo i niby czemu mialyby chciec skoro nigdy nie byly na takiej wysokosci, a ich wlasciciel nie zatroszczyl sie o to, zeby mogly dobrze pracowac na tej wysokosci. Nos utarty, dziekuje...


Ale to nie bylo moje ostatnie slowo ;)

piątek, 12 czerwca 2009

rownik

tylko tyle ze zyje, granica bez problemu. kichajac pani w papiery, pociagajac nosem wmawialam, ze nie mam zadnej goraczki, a swinska grypa na pewno mnie nie dopadla. moze i nie dopadla, ale pani na granicy zalecila wizyte w szpitalu w Quito. W Ekwadorze na razie z gorki, wreszcie jakies ludzkie ceny. Ale zwracaja nawet jednodolarowki mowiac ze falszywe. Najlepiej placic 10-centowkami. Chociaz i to moga tu podrobic...

wtorek, 9 czerwca 2009

Bogota never-to-forget

Bogota zegna nas rozgwiezdzonym niebem. Jutro ruszamy do Ekwadoru. Za malo Bogoty, za malo Kolumbii. Powtorzymy... :)

piątek, 5 czerwca 2009

Bogota = deszcz

po calonocnej podrozy wreszcie Bogota, deszczowa i smutna. A ja wreszcie jestem porzadnie zmeczona. W autobusie nie dalo sie spac, bo na przemian gorace i zimne powietrze - kierowca nie poradzil sobie z klimatyzacja. Mam ochote zatrzymac sie tutaj na chwile i nic nie robic.

Wczoraj Manizales i pola kawowe. 64 hektary krzewow kawowych. Setki kilogramow malych zielonych kulek na galeziach, ktore potem wypijamy w postaci malej czarnej. W Kolumbii ciezko wypic dobra kawe, bo ona stad jest eksportowana jeszcze nie palona, a biala. Dopiero we Wloszech i innych krajach, ktore ja importuja nastepuje proces palenia i ziarna sa gotowe do mielenia. I cala Europa moze sie zachwycac kolumbijska kawa.


 
Kolumbia jest podzielona na departamenty. Manizales lezy w Caldas, natomiast Medellin - w ktorym bylam dwa dni wczesniej, drugie co do wielkosci miasto w Kolumbii, lezy w departamencie Antioquia przylegajacym do Caldas. Antioquia to najbardziej pracowity deprament - Medellin wytwarza 8 procent PKB calej Kolumbii, tym samym jest drugim po Bogocie najlepiej rozwinietym ekonomicznie regionem w kraju. Do 2003 roku Medellin bylo jednym z najniebezpieczniejszych miast na swiecie, bo to tu wlasnie dzialal kartel narkotykowy i to tu przebywal boss wszechczasow Pablo Escobar. "El Patron" wpadl na pomysl przemycania kokainy do USA nie w walizkach, a awionetkami. Dzieki temu stal sie jednym z najbogatszych ludzi na swiecie - znalazla sie nawet na sidomym miejscu listy bogaczy magazynu Forbes. Jak to bywa z przestepcami musza byc zlapani. Escobar sam oddal sie w rece policji za lagodniejszy wyrok, ale kiedy wiezienie domowe zaczelo mu doskwierac uciekl. Nie wiadomo jak zginal - czy od kuli sil specjalnych czy popelnil samobojstwo.

czwartek, 4 czerwca 2009

naganiacze - naciagacze


nadal w Kolumbii. droga do Cartageny bez wiekszych przeszkod. Znowu tlumy sprzedawcow ktorzy chca sprzedac cokolwiek, wkladaja przez okno autobusu, wchodza do srodka busa - wciskaja do reki... to norma. Sa ich tlumy. Trzeba znalezc sposob, zebys sie odrozniac. Dwie godziny przed Cartagena (czyli trzy godziny po Santa Marcie) wchodzi mlody czlowiek, na oko 10-12 lat. Pewny krok, spojrzenie w oczy podroznych, opowiada o wafelkach, niemal bez zawahania, bez zajakniecia. Wiekszosci, tego co powiedzial, nie rozumialam, a bylam gotowa kupic od niego wszystko. Sprzedal sporo tych swoich wafalkow - kiedy wyszedl, szczerze mu pogratulowalam. Absolutnie najlepszy sprzedawca uliczno-autobusowy jakiego widzialam. Reszta robi to bez przekonania. Cos wciska do reki, potem zabiera, albo dawaj pieniadze. Oczywiscie lepiej, zebys dal pieniadze. I tak na kazdym przystanku. Dlatego najlepiej podrozowac w nocy i sie nie zatrzymywac...
Cartagena... najpiekniejsze nadmorskie miasto jakie widzialam. Cale kwadraty starych kamieniczek, w wiekszosci juz odnowionych, kazda w innym kolorze. Wszystkie piekne. Oczywiscie turysci, oczywiscie naciagacze, oczywscie dajcie pieniadze. Mnostwo biednych, bezdomnych na ulicach. Pchle targi przeplatane okrutnie drogimi sklepami. Cartagena... perla Kolumbii.
Powered By Blogger