wtorek, 29 grudnia 2009

uporczywość pamięci

dostałam ostatnio jakąś składankę hitów kończącego się właśnie roku - nie przepadam, więc rzuciłam w kąt. odmieniło mi się nagle, odpaliłam, jedna, druga piosenka, wszystkie przewijaly sie przez poranne pasmo Trójki... Elektroniczny i delikatnie mówiąć sezonowy kawalek "We are the people" Empire of the sun też jest mi znany, ale może trafił wreszcie na swój dzień. Słucham go w kółko, bo w jakis magiczny sposób przywiódł wspomnnienia sprzed kilku lat. Mogłam niemal poczuć zapach tamtych dni. Wielomiesięczne czyszczenie pamięci nie przyniosło rezultatu. Wystarczył rytmiczny beat imperium słońca....


z tej okazji tegoroczne imperium wysokich temperatur - Wenezuela, plaża w Choroni, najcieplejsze miejce na ziemi, przyczyna wielu poparzeń, ale też niezapomnianych wspomnień, wartych pamiętania :)
*****
to samo morze - Karaibskie, ale w Kolumbii, park Tayrona w podróży między Santa Martą a Cartageną - napiękniejszym miastem na ziemi, poparzenia - i owszem. Ale wspomnienia zupełnie inne. Nie wiem, które lepsze...


zaraz potem w podrozy po Kolumbii przekonalam sie, że albo plotki o tym kraju są mocno przesaodzone, albo Alvaro Uribe - obecny prezydent zrobił tu porządek. Nikt nie podkładał kokainy do plecaka, a tym bardziej nie wyciągał ukradkiem portfela, nikt nie przystawiał lufy do skroni, nie krzyczał, nie porywał, nie wywoził do dżungli. Za znalezienie się w dżunglii, przynajmniej tej na Karaibach przy Kanale Panamskim trzeba było słono zapłacić - im bardziej się było obcokrajowcem, tym drożej to kosztowało. Ale nigdzie wcześniej, ani nigdzie potem tak dobrze nie targowało się cen jak w Kolumbii. Pertraktowanie ceny jest wpisane w obowiazki zawodowe. Dla białago to kawał dobrej szkoły.

niedziela, 20 grudnia 2009



opuszczamy Choroni - ten sam kierowca z maczeta... za kilka godzin mamy samolot do Europy. Bez problemow dotrzemy do Caracas, bez problemow dotrzemy do lotniska, po kilku wyrywkowych kontrolach odprawimy sie na lot do Madrytu. w sklepie bezclowym kupimy duzo slodyczy i wenezuelskie kakao. Lot... to juz?
****

w poszukiwaniu nowego sensu

czwartek, 17 grudnia 2009


wreszcie mam nowy komputer i wreszcie po pół roku od powrotu z AP udalo mi się ściągnąć filmy i zdjęcia z SD kart...
oby jednak to zdjęcie nie okazało się prorocze... no fuckin' escapes!
Leszek Kołakowski w mini-wykładzie o "podrózach" napisał: instynkt ciekawości, szukanie nowego, fascynacja tym, co nieznane, jest to rodzaj życia, w którym zakłada się, że choćby bezwiednie, pewien obraz świata, pewną 'filozofię'. Zakłada się mianowicie, ze świat w którym przebywamy, świat naszego doświadczenia, jest czegoś wart...

bardzo budujące, szczególnie w dobie świata w kryzysie - wartości, idei, moralności. Czegoś wart... Skoro jest ciekawość, ogromna siła, która pcha naprzód i dalej i gdzieś tam, gdzie nas jeszcze nie było, to musi to być coś warte. A jeślie nie świat to chociaż my i nasze plany. A jeśli my, to i ten świat wokół...

sobota, 3 października 2009

post mortem

zapomniałam o czymś ważnym. o wielu rzeczach zapomniałam tu napisać, i może kiedyś nadrobię jak milion obowiązków zejdzie z mojej głowy i przepalony dysk w komputerze ulegnie wymianie, lub zamianie na nowy komputer cały.
zapomniałam wspomnieć o pewnej osobie, która przez dwa miesiące towarzyszyła mi w podróży. dość ryzykowną podjęliśmy decyzję, bo chociaż znaliśmy się od kilku lat, to nigdy wcześniej razem nie wyjeżdżaliśmy. Ale propozycja padła, deklaracje obu stron też. Realizacja pomysłu szła nadzwyczaj sprawnie.
Dwanaście tysięcy kilometrów wspólnej podrózy, niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę razem. Mozna się zmeczyc, poklocic milion razy, rzucic wszystko w cholere, zabić... Albo iść na kompromisy, uzupełniać się, współpracować i wreszcie poznać lepiej drugą osobę. I co najważniejsze - siebie. Swoje mocne strony i słabości. Bezcenna lekcja życia na kursie intensywnym.
Dobry kompan to 90% sukcesu każdej podróży - bliskiej czy dalekiej. Żadne miejsce nie będzie tak samo piękne, intrygujące, jak w towarzystwie ciekawej osoby. A czas w podrózy nigdy nie będzie równie cenny jak w towarzystwie osoby, którą się ceni i szanuje. Która jest ciekawa, ma swoje pasje i chce się z nimi dzielić. Która jest partnerem, a nie małym uzupełnieniem. Która chce przede wszystkim dawać, a nie brać. Która się podzieli ostatnim kawałkiem czekolady wysoko w górach Cordillery Blanki. I pozwoli zjeść swoje pokruszone na mąkę ciastka w chwili głodu na Salar de Uyuni.
Takich ludzi jest niewielu. Ja na takiego trafiłam. Dziekuję, Leszku...

środa, 19 sierpnia 2009

Potosi - miasto



Potosi ma niezwykla historie i piekne zabytki - oto kilka z nich.




niedziela, 16 sierpnia 2009

Potosi



















Potosi to jedno z najpiękniejszych miast jakie widziałam. Ku wielkiemu zaskoczeniu - ponieważ przemieszczaliśmy się już w takim tempie pod koniec naszej wyprawy czyli od południa Peru do niemal całej Boliwii, ze nie było czasu czytać, szperać po internecie czy chociaż zgłębiać footprinta. Dlatego myślałam, że Potosi to tylko kopalnie i bieda-miasteczko górnicze. Nic bardziej błędnego. Obok całego kopalnianego życia i najbardziej kartorzniczej pracy jaka w zyciu widziałam, mozna zwiedzic piekne miasto, ktorego zabytki znajduja sie na liscie UNESCO. Samo miasto lezy na wysokosci niemal 4000 metrów. W XVI wieku, jak głosi legenda, pewien Indianin pasąc swoje owce, wyrwał kępkę trawy na zboczu góry, pod trawą zalśniło w słońcu najprawdziwsze srebro. Indianin został wyklęty przez miasto, bo do Potosi zaczęli ściągać dziwnej maści poszukiwacze cennego kruszcu. To pół biedy - chcą, niech kopią. Ale nieszczęście polegało na tym, że srebro wydobywali
rękami rdzennej ludności Potosi. Ilu ludzi zginęło w kopalniach z rąk srebrnikowych konkwistadorów i z powodu pracy w nieludzkich warunkach - nikt nie jest w stanie policzyć. To są miliony ofiar kopalni. Górnicy zyją średnio 40 lat. Nie tylko rdzenni Indianie ginęli w kopalniach. Hiszpanie sprowadzili ok. 30 000 afrykańskich niewolników. Ich potomkowie zyja do dzis w Boliwii, zajmują się m.in. uprawą liści koki.

















Ten męzczyzna pracuje w kopalni średnio 7-8 godzin dziennie. Wchodzi rano, wychodzi po południu. Zarabia ok. 50 bolivianów dziennie, co w przeliczeniu na zlotowki daje ok. 25 zlotych. Na wysokosci 4 200 metrow (bo na takiej jest wejscie do kopalni) schodzi w dol 25 metrowym cienkim tunelem. Jego zadanie to wydobycie na powierzchnie jakiegos kamienia, zeby go wydobyc musi rozwalic sciane, zeby ja rozwalic podklada dynamit, zeby nie zginac, musi zdazyc wydostac sie z tej waskiej dlugiej na 25 metrow dziury, zanim dynamit wybuchnie. Przy nas ledwo mu sie udaje. Kiedy otwiera nam drewniana bramke wypluwa z siebie zółć. Kiedy wroci na dol zaladuje 50 kilo tych kamieni na plecy i zataszczy je na zewnatrz, zeby sprzedac. Robi sobie przerwe - dajemy mu liscie koki i butelke gazowanego napoju, na oko plyn do mycia naczyn rozcienczony z woda. Siada i beznamientnie zuje liscie. To prawdopodobnie jego jedyny posilek w ciagu calego dnia, nie ma ani warunkow do normalnego jedzenia, ani pieniedzy. A koka zabija glod skutecznie. Pozwala przetrwac w tych warunkach. Sa miejsca gdzie gazy sa tak intensywne, i ilosc tlenu w powietrzu tak mala, ze dla nas jest kompletnie niemozliwe przebywanie tam. A oni tam normalnie pracuja. Ich twarze nie maja zazwyczaj zadnego wyrazu, emocji. Wygladaja jak zjawy, ktore mechanicznie wykonuja swoje czynnosci lacznie z wkladaniem do buzi i zuciem lisci, chociaz to jedyna chwila wytchnienia w czasie ich pracy. Nigdy nie widzialam ludzi tak ciezko pracujacych, w tak nieludzkich warunkach, w tak niebezpiecznym miejscu, gdzie jedyna ochrona jest kask na glowe... I wszystko absolutnie wszystko robia wlasnymi rekami.



niedziela, 26 lipca 2009

wracajac do peruwianskiej granicy...

ilosc wrazen i emocji jaka towarzyszy powrotowi po takiej podrozy nie pozwala zebrac mysli jeszcze bardziej niz sama podroz.
Kiedy myslami wracam do przekraczania granic na poludniowoamerykanskim kontynencie, to tak... ekwadorsko-peruwianska byla istnym koszmarem. Za to zegnanie Peru odbylo sie bez wiekszego bolu. Oczywiscie nastawienie bylo odpowiednie po traumatycznych doswiadczeniach, ale granica peruwiansko-boliwijska okazala sie najspokojniejsza granica jaka w zyciu przekraczalam. Procz budki z panem do stemplowania paszportu i punktu xero nie bylo tam nic. Ach, oczywiscie punkty wymiany walut, pieniadze nie-lewe, kurs nie-bandycki. Troche jak we snie. Po przekroczeniu granicy odwrocilam sie za siebie, a tam billboard - "Peru, kraj wolny od swinskiej grypy". Potem przeprawa przez Titicace - oczywiscie droga wodna, autobus tez, a jakze.
Ale przekroczenie granicy boliwijskiej wcale nie zakonczylo peruwianskich problemow. Slyszelismy wczesniej o zapowiedziach strajku generalnego polegajacego na zablokowaniu wszystkich wiekszych drog na poludniu kraju, slyszelismy tez, ze strajkujacy dogadali sie z prezydentem. Potem o strajkach cicho, glucho. Zeby nie straszyc turystow, ktorzy jak przyjada do kraju Inkow, a nie wjada na Machu Picchu, bo strajk, to i tak gdzies zostawia swoje dolary. Szybki plan na Salar de Uyuni, potem w nocy do Potosi, zeby zwiedzic kopalnie.
I w Potosi wreszcie luz, bo zrealizowalismy plan. Spokojnie wracamy do La Paz, chill out, zakupy. Spokojnie do Limy, z nadwyzka dwoch dni. Na dworcu autobusowym w La Paz nasz plan rozsypal sie w drobny mak - "biletow do Peru nie sprzedajemy przez najblizsze trzy dni, potem sie zobaczy". Potem to juz bylo za pozno, wiec zaplacilismy bandycko drogo za bilet lotniczy do Limy. Oczywiscie soczyscie przeklinajac po drodze. Mimo ogolnie zlego nastawienia do Peru po przylocie mila niespodzianka - sami sympatyczni ludzie, nie naciagaja, w autobusie placimy tyle, co wszyscy. Jakos wszystko zaczyna sie trzymac kupy.

niedziela, 12 lipca 2009

kolo w ksztalcie wieloboku

wyladowalam w Caracas, nagle wszystko wydaje sie spokojne, nie slychac klaksonow, samochody jezdza spokojniej, ludzie sie przygladaja, ale juz to nie przeszkadza. nie peszy, nie drazni. inaczej. ten sam hostel. czuje jakbym wrocila do ukochanego, dlugo wyczekiwanego miejsca. te same dzwieki cykadopodobnych miejskich konikow polnych, szczekanie tych samych psow, warsztaty samochodowe tuz za rogiem i od czasu do czasu ryk reperowanego silnika. nie wiem czy to dlatego ze sobota i wszyscy wariaci gdzies powyjezdzali. czy to dlatego ze la paz bylo takie glosne, a w limie autobus ledwo dojechal do miejsca celu bo sie zepsul pare razy po drodze... nie wiem. ale czuje dziwny spokoj. przede mna milion rzeczy do opisania, czesc zapisana gdzies na przypadkowych kartkach w najbardziej przypadkowych miejscach, wiele historii do odtworzenia, wiele przemyslen do uporzadkowania. zdjec do pokazania. filmow do zmontowania... i jedno jedyne najwazniejsze - kolejna podroz do zaplanowania. w to jedyne najwazniejsze miejsce - do Ameryki Poludniowej :)

poniedziałek, 29 czerwca 2009

ucieczka z peru

mniej wiecej tak to wyglada. jak najszybciej, jak najdalej od tego kraju. Zaczelo sie na granicy ekwadorsko-peruwianskiej, a potem bylo juz tylko gorzej. Z malymi wyjatkami. Granica - Wenezuela przy tej to raj na ziemi. Przyjezdzamy rano autokarem, wysadzaja nas, jak na przygraniczne miasto przystalo, pod granica. Ale granicy nie przekroczymy dopoki nie zdobedziemy wyjazdowego stempla z Ekwadoru. Trzeba sie cofnac 2-3 kilometry za miasto. Taxi 1,5 $. Powrot na granice drugie 1,5 $. Z podatkiem za biala twarz. Zeby dostac sie to punktu granicznego Peru trzeba przedrzec sie przez burdelowaty bazar, przy ktorym stadion dziesieciolecia byl hipermarketem o wysokim standardzie. Idzie z nami jakis naganiacz, ktory zawiezie nas tam taksowka... wymiana waluty, oczywiscie falszywe banknoty ida w ruch, oczywiscie ich nie poznajemy, oczywiscie gdzies w Peru zostaly wydane dalej w swiat. Naganiacz twierdzi, ze ¨no bus, only taxi¨, pytamy policjanta:¨¨bus jest, ale...¨no wiec taxi - facet prowadzi nas za jakies budynki na zadupie tego targowego zadupia granicznego i pokazuje prywatne auto i jakiegos goscia z niewyrazna mina, bedzie nas wiozl. Do punktu granicznego. Ale tam taksowkarz za nami krok w krok. My juz dziekujemy. Nie, bo przeciez trzeba dojechac do busa. W tej samej cenie za 1,30 $. No wiec jedziemy, ale kierunek sie nie zgadza. I taksowkarz zatrzymuje sie na stacji benzynowej, czyli lozko polowe i butelki 5 litrowe po wodzie mineralnej z benzyna, przez lejek benzyna do baku... Po co tankuje na jeden kilometr?? Pytamy gdzie nas wiezie. Do Tumbes, czyli ok 34 kilometrow. No to zawracaj, ale juz. I awantura. Pokazuje ulotke z cenami - 35 $ za 34 kilometry. Pytamy czy jest normalny. Po awanturze zawraca i kaze placic kilka dolcow. Skonczylo sie na poltora dolara, wielkiej awanturze i busie do Tumbes za 1,5 sola, co jest rowne polowie dolara.

Ok, dwie dobre rzeczy w Peru - Huaraz czyli Cordillera Blanca i Machu Picchu (nie liczac ceny). Nie jestem w stanie znalezc ani jednego dobrego slowa o narodzie peruwianskim. Naciagaja na kazdym kroku, do rachunku doliczaja na poczekaniu wymyslone podatki zamieniajac je przy dodatkowych pytaniach na cene za sewis. W Aguas Caljente doliczyli sobie 14 procent. Czy dostali? Oczywiscie nie. Szarpanina na kazdym kroku, wszedzie targowanie, nawet o 50 centow. Patrzenie wszystkim na rece. Do Boliwii praktycznie uciekamy, chociaz wiem, ze to nie jest bezpieczny kraj, zdarzaja sie porwania i takie inne. Ale to samo bylo w Wenezueli, a chavezowska Wenezuela przy Peru to raj dla turystow...

jutro walka na granicy peruwiansko-boliwijskiej, z opisow innych podroznikow wynika, ze moze byc bardzo ciekawie. Bedzie raport z miejsca zdarzenia.

wtorek, 23 czerwca 2009

Laguna 69



to kolejna laguna w Cordillerze Blance. Aklimatyzacja zadzialala, wiec bylo nieco latwiej. Troche wyzej - 4570 metrow. To byl jeden z najbardziej zwariowanych dni w Ameryce Poludniowej. I wlasnie dla wrazen z tego dnia postaram sie tutaj wrocic. Rano umowieni z przewodnikiem mamy jechac na lagune. Guide spoznia sie pol godziny. Norma. Dojezdzamy do miejscowosci, gdzie
mamy sie przesiasc do innego busa. Czekamy, czekamy. Laduja kury na dach, kota w worku do srodka, dynie jakies, blat stolu... Czekamy. Ruszamy po godzinie. My totalnie wsciekli, bo dzien ucieka. Bez niespodzianek zdobywamy lagune. Wracamy na umowione z autobusiarzem miejsce, ale autobus, chociaz przejezdza to sie nie zatrzymuje... Bo ma juz komplet 40 pasazerow w busie, w ktorym przepisowo powinno byc 20. ma juz kure, a moze i krowe na dachu i generalnie ledwo trzyma sie drogi. Czekamy. Czekamy. Ktos mowi pol godziny. Czekamy. Po pol godzinie ktos mowi ¨pol godziny¨. Jedzie pick up, kurzac dookola. Nasz guide rozmawia. Ja nie czekajac na zgode kierowcy laduje sie na pake. W sam srodek workow z ... weglem. Lepsze to niz odchody swini. Jedziemy po gorskich drogach, placzemy od kurzu w oczach i chyba z radosci. Bez mala godzina jazdy z wiatrem we wlosach, kotlina w Cordillerze Blance. Kiedy schodzimy z paki mamy czarne twarze, dzinsy, kurtki. Wszystki. Biegiem na nastepny autobus, bo jeszcze poltorej godziny jazdy do Huaraz, a stamtad mamy nocny autobus do Limy. Wszystko udaje sie zrealizowac. W Limie na wariackich papierach kupujemy bilety, w miasto i autobus do Cusco. I w czasie tej jazdy do Cusco widze cos, co na zawsze pozostanie w mojej pamieci. Gwiazdy. W ilosci tak niesamowitej, w takiej masie, ze omal nie zemdlalam z wrazenia. Kiedy sie ocknelam ogladalam Mleczna Droge. I ogladajac sobie niebo odpowiedzialam sobie na kilka zajebiscie waznych pytan. Po czym spadla jedna z gwiazd...
i zasnelam :)

sobota, 20 czerwca 2009

bajka o wytrwalosci




troszke przeskocze - wybaczcie. Cordillera Blanca. Po doswiadczeniach wulkanicznych srednio wierzylam, ze bede chodzila po Andach. Bo chodzenie na wysokosci powyzej 4000 metrow kojarzylo mi sie z jednym - z meka. Niewiele sie zmienilo od tamtej pory. Ale przynajmniej zdobylam cel. Laguna Churup, jedna z najnizej polozonych lagun w Cordillerze, 4450 m. Prosty trekking. Gdyby nie niewydolne na tej wysokosci pluca. Po 40 minutach przy kazdym kolejnym kroku przeklinalam kazdego wstecz papierosa, ktorego wypalilam w swoim zyciu. Odmiana przyszla na skalkach, wysokosc ok. 4300 m. Mimo zmeczenia ogromna frajda z wchodzenia po stromej scianie na gore. Szczyt wodospadu to cel wyprawy, ale szczytu wodospadu zza skal nie widac. Z ust naszego przewodnika Carlosa w koncu padlo magiczne: ¨jestesmy¨. Wielki usmiech. Taki trekking to chyba przede wszystkim walka z samym soba. Teren nie jest trudny, problemem jest wysokosc. Kazdy krok to nadludzki wysilek. Chce sie plakac, gryzc wszystkich po kolei. Ciagle kolaczace sie po glowie pytanie ¨co ja takiego zrobilam, ze mam sie tak meczyc?¨. Ale radosc ze zdobycia celu jakim byla upragniona laguna jest nie do opisania.

piątek, 19 czerwca 2009

bajka o pokorze



plan na Ekwador byl prosty i zwiezly. zdobywamy wulkan i jedziemy do Peru. Postawilismy w rezultacie (...) na Rucu Pichinchia, u podnoza ktorego lezy Quito - jedno z najciekawiej polozonych miast jakie widzialam. Rozciagniete, miedzy dwoma pasmami wulkanow. Trudno powiedziec, co jest scislym centrum - jest stare miasto, nowe miasto(czyli dzielnica bialych), jest dzielnica biedy i bandytyzmu... czyli generalnie tak jak wszedzie. Ale Quito sie ciagnie i ciagnie jak krowka z Milanowka, a w szerokosci ma zaledwie kilka kilometrow. Za to jest malownicze jak malo ktore miasto. Spojrzcie na zdjecie - ile wulkanow widzicie?


















A teraz?













W calym Ekwadorze jest ich 55. Sporo jak na kraj troche mniejszy od Polski. Ale do rzeczy - probujemy zdobyc wulkan Rucu Pichinchia, zwysokosci ok. 2800 m, bo na takiej wlasnie lezy Quito wjezdzamy na 4100 m. Sesja zdjeciowa, generalnie pelen turystyczny luz. Bez sniadania. Praktycznie bez picia. Wulkan ma wysokosc 4670m. Co to dla nas... Idziemy. Pierwsze zawroty glowy... a ostrzegali... Ciemno przed oczami,ok przystanek. Coraz gorzej z oddechem - coraz czesciej przystanek. W koncu przystanek po 10 metrach w gore wyglada tak, ze klade sie w trawe nie przejmujac sie ani wilgocia, ani temperatura. Ale uparcie ide dalej. Odpuszczam na wysokosci niewiele nizej od 4600 m. , kiedy schodzacy z gory inni turysci mowia, ze raczej dzis pogoda nie sprzyja ogladaniu krateru. Wsciekla na siebie, zla na swiat, na nature, ze stworzyla mnie taka, ze moje pluca nie chca pracowac tak jak ja chce na tej wysokosci. Niestety, nie chca bo i niby czemu mialyby chciec skoro nigdy nie byly na takiej wysokosci, a ich wlasciciel nie zatroszczyl sie o to, zeby mogly dobrze pracowac na tej wysokosci. Nos utarty, dziekuje...


Ale to nie bylo moje ostatnie slowo ;)

piątek, 12 czerwca 2009

rownik

tylko tyle ze zyje, granica bez problemu. kichajac pani w papiery, pociagajac nosem wmawialam, ze nie mam zadnej goraczki, a swinska grypa na pewno mnie nie dopadla. moze i nie dopadla, ale pani na granicy zalecila wizyte w szpitalu w Quito. W Ekwadorze na razie z gorki, wreszcie jakies ludzkie ceny. Ale zwracaja nawet jednodolarowki mowiac ze falszywe. Najlepiej placic 10-centowkami. Chociaz i to moga tu podrobic...

wtorek, 9 czerwca 2009

Bogota never-to-forget

Bogota zegna nas rozgwiezdzonym niebem. Jutro ruszamy do Ekwadoru. Za malo Bogoty, za malo Kolumbii. Powtorzymy... :)

piątek, 5 czerwca 2009

Bogota = deszcz

po calonocnej podrozy wreszcie Bogota, deszczowa i smutna. A ja wreszcie jestem porzadnie zmeczona. W autobusie nie dalo sie spac, bo na przemian gorace i zimne powietrze - kierowca nie poradzil sobie z klimatyzacja. Mam ochote zatrzymac sie tutaj na chwile i nic nie robic.

Wczoraj Manizales i pola kawowe. 64 hektary krzewow kawowych. Setki kilogramow malych zielonych kulek na galeziach, ktore potem wypijamy w postaci malej czarnej. W Kolumbii ciezko wypic dobra kawe, bo ona stad jest eksportowana jeszcze nie palona, a biala. Dopiero we Wloszech i innych krajach, ktore ja importuja nastepuje proces palenia i ziarna sa gotowe do mielenia. I cala Europa moze sie zachwycac kolumbijska kawa.


 
Kolumbia jest podzielona na departamenty. Manizales lezy w Caldas, natomiast Medellin - w ktorym bylam dwa dni wczesniej, drugie co do wielkosci miasto w Kolumbii, lezy w departamencie Antioquia przylegajacym do Caldas. Antioquia to najbardziej pracowity deprament - Medellin wytwarza 8 procent PKB calej Kolumbii, tym samym jest drugim po Bogocie najlepiej rozwinietym ekonomicznie regionem w kraju. Do 2003 roku Medellin bylo jednym z najniebezpieczniejszych miast na swiecie, bo to tu wlasnie dzialal kartel narkotykowy i to tu przebywal boss wszechczasow Pablo Escobar. "El Patron" wpadl na pomysl przemycania kokainy do USA nie w walizkach, a awionetkami. Dzieki temu stal sie jednym z najbogatszych ludzi na swiecie - znalazla sie nawet na sidomym miejscu listy bogaczy magazynu Forbes. Jak to bywa z przestepcami musza byc zlapani. Escobar sam oddal sie w rece policji za lagodniejszy wyrok, ale kiedy wiezienie domowe zaczelo mu doskwierac uciekl. Nie wiadomo jak zginal - czy od kuli sil specjalnych czy popelnil samobojstwo.

czwartek, 4 czerwca 2009

naganiacze - naciagacze


nadal w Kolumbii. droga do Cartageny bez wiekszych przeszkod. Znowu tlumy sprzedawcow ktorzy chca sprzedac cokolwiek, wkladaja przez okno autobusu, wchodza do srodka busa - wciskaja do reki... to norma. Sa ich tlumy. Trzeba znalezc sposob, zebys sie odrozniac. Dwie godziny przed Cartagena (czyli trzy godziny po Santa Marcie) wchodzi mlody czlowiek, na oko 10-12 lat. Pewny krok, spojrzenie w oczy podroznych, opowiada o wafelkach, niemal bez zawahania, bez zajakniecia. Wiekszosci, tego co powiedzial, nie rozumialam, a bylam gotowa kupic od niego wszystko. Sprzedal sporo tych swoich wafalkow - kiedy wyszedl, szczerze mu pogratulowalam. Absolutnie najlepszy sprzedawca uliczno-autobusowy jakiego widzialam. Reszta robi to bez przekonania. Cos wciska do reki, potem zabiera, albo dawaj pieniadze. Oczywiscie lepiej, zebys dal pieniadze. I tak na kazdym przystanku. Dlatego najlepiej podrozowac w nocy i sie nie zatrzymywac...
Cartagena... najpiekniejsze nadmorskie miasto jakie widzialam. Cale kwadraty starych kamieniczek, w wiekszosci juz odnowionych, kazda w innym kolorze. Wszystkie piekne. Oczywiscie turysci, oczywiscie naciagacze, oczywscie dajcie pieniadze. Mnostwo biednych, bezdomnych na ulicach. Pchle targi przeplatane okrutnie drogimi sklepami. Cartagena... perla Kolumbii.

niedziela, 31 maja 2009

kulumbijska dzungla

nie, nie ta sama w ktorej siedzi FARC, chociaz nad ta tez chcial miec kontrole. Partyzantka zabila kilku szefow parku narodowego Tayrona, zaden nie chcial sie zgodzic na transfer koki przez dzungle na wybrzezu Morza Karaibskiego. I tak jest wlasciwie do dzis. Im blizej wybrzeza tym bezpieczniej. Tayrona - 37 tysiecy akrow dzungli. Wyjazd z Santa Marty do Canaveral. Stamtad piechota przez dzungle 3 kilometry. Mielismy dwoch malych przewodnikow - bosonodzy bracia wiek na oko 3 i 6 lat - wracali do swojego domu w jednym z obozow noclegowych dla turystow. Doprowadzili nas do Arrecifes, do obozu, ktory znajduje sie na wybrzezu Morza Karabskiego. Szybka decyzja - idziemy dalej. Tym razem poltora kilometra wybrzezem morza w najpiekniejszym kolorze turkusowym, poltora przez dzungle. W el Cabo zostajemy. Tez na wybrzezu. Noclegowe opcje sa dwie - namiot albo hamak - wybieramy hamak. Wyglada to tak, ze pod dachem z lisci palmowych jest zaczepionych w rzedzie ok 40 hamakow. Nie trzeba sie hustac, zeby wpasc na sasiada. Kiedy klade sie z nocy, pod moim spiworem znajduje cos, czego tam nie bylo. Okragle, wielkosci malego jajka. Czarne. Nie zdazylam sie przyjrzec, bo z piskiem wyskoczylam z hamaka. Nowi koledzy z Izreala w smiech. Podejrzewam co to bylo, na pewno nie tarantula, ale pol nocy nie moglam spac. Szum morza tez mnie nie uspokoil wystarczajaco. Tym bardziej, ze Izraelici z checia wrzuciliby cos jeszcze zeby tylko zobaczyc te przerazone oczy.



















Dzis rano trasa poltorej godziny na gore po kamieniach do Pueblito - miasto ukryte w srodku dzungli. Droga upiornie meczaca, w upale, dusznym powietrzu, za to widoki po prostu niepowtarzalne. W Pueblito Indianin w slomianej chatce - witamy sie, on mnie wpisuje do ksiegi gosci, obok nazwiska mam napisac... maila. po co? nie wiem, ale z niecierpliwoscia oczekuje wiesci z dzungli kolumbijskiej.
to droga impreza, bilet wstepu rzedu 14-15 dolarow, hamak 8 dolarow. ale wrazenia absolutnie niepowtarzalne.

Zdjecia mam, jak tylko bedzie szybszy net wrzuce obiecuje. Spokojnie.
Jutro Cartagena.

piątek, 29 maja 2009

kolumbijscy naciagacze

Kolumbia przezywa czas przemian. Droga spod granicy wenezuelskiej na wybrzeze do Santa Marty jakby dopiero co wybudowana. Jedzie sie niezle, niestety w Kolumbii sa juz ograniczenia predkosci, co po jezdzie szalonym autobusem w Wenezueli jest nudna niespodzianka.



















Wenezuela ma tez charakterystyczne pobocza, oprocz tego ze w niektorych miejscach sie po prostu nagle urywaja i ich nie ma, potem znowu sie gdzies zaczynaja to jest wszedzie leza po prostu sterty smieci. Zrozumialam dopiero po jezdzie z Garbielem ' taxi driverem¨, ktory co mial w rece a bylo mu niepotrzebne - fru za okno. Kolumbia jest czysta. W miare, tez zdarzaja sie smieci na poboczach, ale im dalej od Wenezueli tym czysciej. Santa Marta - turystyczna miejscowosc na wybrzezu Morza Karaibskiego - budzi sie ze swego bieda snu. Otwiera na turystow. Sa pieniadze, buduja sie ulice, sa w miare czyste plaze. I tlumy ulicznych i plazowych handlarzy, po dziesiatej zaczepce ma sie ochote dac w zeby, po dwudziestej juz sie nic nie chce. Podatku chyba nikt tutaj nie placi, bo 80 procent biznesu kreci sie na chodnikach przed sklepami, o paragonie fiskalnym zapomnij. Soki, jedzenie, telefony komorkowe, budki telefoniczne ( czyli pani siedzi, przed soba na taborecie ma 4 komorki, z kazdej mozna zadzwonic do innego operatora, w Wenezueli panie mialy nawet telefon stacjonarny na ulicy. jak? nie wiem, kabla z domu nie ciagnely), klapki, paski, wszystko. Bez podatku. Jak juz jest sklep to nie dosc ze paragon jak kartka z zeszytu to jeszcze na najmniejsza pierdole reklamowka taka, ze sama bym sie do niej zmiescila. Ale buduje sie, odnawia, ulice nowe - Santa Marta sie zmienia. Jak z reszta Kolumbii?

czwartek, 28 maja 2009

Coro - C jak spokoj

piekne male uliczki, nastrojowy hostel, wydmy z parzacym stopy piaskiem. Coro - kolonialne male miasteczko prawie na wybrzezu morza karaibskiego. w drodze do Kolumbii.


Coro-Maracaibo- granica Wenezuela Kolumbia (Maicao) -Santa Marta.
jedziemy najbardziej zdezelowanym autobusem jaki na oczy widzialam do Maracaibo (w wolnym tlumaczeniu miasto lezace na ropie). muzyka ¨venezuelan polo¨rozwala bebenki. moj nowy znajomy Rocuio, czarnoskory, na oko 6 lat. nie umiem sie z nim porozumiec w jego jezyku, ale moje cukierki jemu smakuja tak jak mi.

Maracaibo - taksowka albo bus do granicy z Kolumbia. busy odjechaly, taksowki ... no sa. drogie. utargowalismy. wsiadamy do najstarszego jekiego swiat widzial forda... ten samochod nie ma nic procz radia, kawalka kierownicy, wajchy do zmiany biegow. na fotelach sie lezy nie siedzi, w srodku szesciu pasazerow plus kierowca. ale poczatek byl jeszcze gorszy. placimy kase za przejazd 120 kilometrow. kierowca i jego alfons wkladaja do bagaznika nasz bagaz (bagaznik otwierany na srubokret) i znikaja. siedzimy, siedzimy, chodzimy. po polgodzinie zbiera sie odpowiednia ekipa - czytaj 6 osob- i lecimy na granice. Gabriel wygladajacy jakby byl totalnie pijany robi wszystko, zeby samochod sie po drodze nie rozpadl. zatrzymuje sie co jakis czas zeby zamknac bagaznik. smierdzi spalenizna - nie wazne, jedziemy. z nami Kolumbijczyk -Luciende - mowi po angielsku, czujemy sie bezpiecznie, oboje chcemy przekroczyc granice, a on zna hiszpanski i robi to kilka razy w miesiacu. Po siodmiej kontroli paszportowej przestalam liczyc. Luciende wszedzie z nami. wszystko tlumaczyl. Mistrzu. jak trzeba bylo wyciagnal peso i placil. na koniec wsadzil w autobus do Santa Marty. znowu mielismy duzo szczescia. zdjecia Gabriela niebawem. jego samochodu tez...

analiza osobowosci taksowkarzy

opuscilismy Caracas, meganowoczesny autobus okazal sie o glowe lepszy od tych, ktore jezdza po polskich drogach. poszukiwanie bezpiecznej taksowki... bo historie sa rozne. trafil sie Kolumbijczyk z dwiema gwiazdami Dawida na szybie. Najpierw do hostelu po rzeczy - po drodze sprawdzanie, na ile to mozliwe, czy facet jest bezpieczny - jak na warunki tego miasta. Z bagazami przez La Bandere. Milo, rozmowa sie klei - po hiszpansku oczywiscie. Kolumbijczyk kaze powtarzac za soba literki hiszpanskiego alfabetu - on sie bardziej boi tej dzielnicy, czy ja??? Po godzinie kluczenia po ulicach ciemnych dojezdzamy. Misja "opuscic CCS" - zakonczone sukcesem. Wracamy tu za poltora miesiaca.

poniedziałek, 25 maja 2009

przezyc w Caracas

piaty dzien w Caracas - wystarczajaco duzo czasu, zeby sie przyzwyczaic do tego miejsca. na lotnisku generalnie bez kontroli i problemow, nie zdazylismy wyjsc z terminalu, kiedy zaczepil nas jeden z oficerow pilnujacych wyjscia ¨bus czy taxi?¨- bus. ¨bolivares?¨, ¨si, senior¨. pan oficer zaprosil nas do busa, po czym wymienil nam po 50 dolarow od reki. dobry kurs, jak sam mowil - jeden do pieciu, w kantorze bedzie jeden do dwoch. wymienialismy walute trzy razy, ani razu w kantorze. wysiadamy na gato negro - jedno z najgorszych chyba miejsc w caracas, od razu do metra. wielkie plecaki, dwie zblakane owce... od razu podchodzi para i nawija cos po hiszpansku. widac, ze chca kase, ale byli tak zszokowani tym, ze nie znamy hiszpanskiego, ze ich zatyka. w kolko powtarzaja jedno zdanie, kompletnie nie wiem o co chodzi. podjezdza metro - zostaja kompletnie zdezorientowani na stacji. nowicjusze. chcieliby ale sie nie udalo. ciudad universitaria - miasteczko uniwersyteckie - enklawa spokoju w szalonym miescie. hostel mega lewacki, wszedzie che guevara. piec dolarow za noc. zostajemy.

samochody jezdza jak szalone, a piesi sa jeszcze bardziej bezczelni od kierowcow. wlaza im pod kola, nie wazne - zielone, czerwone? to ostatnia rzecz na ktora zwracaja uwage. samochody obite, sklejane, i mnostwo starych amerykanskich fordow. garbusy, terenowki... a miedzy tym wszystkim smigaja motory. na piatego, byle wyprzedzic. byle szybciej. dlatego moto taxi maja duzo silniejszy argument w korkach - im bardziej szalony kierowca tym wieksza szansa ze zdazy na czas. autobusy gorsze niz w odessie. cos odpada, cos sie wlecze po ziemi za autobusem? nie wazne, jedzie dalej. czasami na nich napis `adios amigo`- to znaczy, ze kierowca jednego z autobusow zostal zatrzelony. wtedy wszystkie autobusy na trasie zamordowanego biala pasta do butow pisza na szybach i karoserii (jej resztach) pozegnanie. po tygodniu scieraja i maza cos innego, na przyklad apel do szefa dzielnicy ´chcemy jezdzic po wlasnie powstajacym pasie dla autobusow´. i tak w kolko. Caracas to najbardziej pomazane miasto jakie widzialam, graffiti, murale sa doslownie wszedzie. za pomoca sprayu wyraza sie tutaj absolutnie wszystko. najczesciej mozna spotkac ´si va´glosuj na tak, pozostalosc po kampanii lutowej. wtedy wenezuelczycy zdecydowali w referendum, ze nie bedzie limitu kadencji prezydenta. czyli chavez forever. albo ´con chavez todo, sin chavez nada!´. miedzy ´si va´oczywiscie mnostwo che guevary.

caracas to miejsce gdzie trzeba miec oczy naokolo glowy, i jeszcze uwazac zeby nie zarobic kulki. wczoraj pojechalismy kupic bilet na autobus. stacja metra la bandera. 500 metrow od stacji ma byc nowoczesny terminal, prywatna firma, swietne autobusy. niedziela, spokoj na ulicach. z kazdym krokiem coraz wiecej syfu (co w ogole jest charakterystyczne dla Ccs), coraz bardziej obdarte domy, coraz bardziej bandyckie twarze. Brzeska na pradze przy tych slumsach, wyglada jak willowa dzielnica. Terminal rzeczywiscie nowoczesny, wszystko pieknie, autobus do Coro - business class - 12 dolarow. Zalatwione, wracamy. Dwa strzaly. Ludzie nawet nie odrywaja sie od swoich obowiazkow, takie same beznamietne twarze - siedza i patrza przed siebie. 15 minut pozniej kolejna seria - duzo dalej od nas. Podobno to codziennosc.

Jutro coro. W lipcu powrot to caracas. wrazenia - milosc od drugiego wejrzenia, i coraz wieksza fascynacja nie wiem z czego ona wynika, czy z absurdow ktore tutaj sa, czy z determinacji tych ludzi, ktorzy nie maja perspektyw na lepsze zycie, a mimo to walcza.

środa, 20 maja 2009

Warszawa-Londyn-Madryt-Caracas

ostatnie rzeczy do plecaka, ostatni rzut okiem na pokoje... sterta rzeczy, ktore sie nie zmiescily lezy obok plecakow. pojada kiedy indziej. niesamowite uczucie zostawic wszystko na dwa miesiace.

sobota, 16 maja 2009

telefon po naprawie prawie nie dziala, mozna sie odzwyczaic...
w caracas zostal mi polecony hostel, ktory nie ma strony w necie, nie ma go w footprint - jego wlasciciele - swietna angielszczyzna - opisali jak do niego dotrzec, wyslali link do google.maps. caracas to pierwsze miasto w ktorym mialam ogromny problem, zeby znalezc nocleg - hotele, nawet 3 gwiazdkowe, na maile po prostu nie odpisywaly. hostele natomiast maja tak dramatyczna opinie - a jest ich i tak tyle, ze na palcach jednej reki mozna policzyc - pozostala wiec opcja rozpytywania naokolo. za 6 dni godzina prawdy.

wtorek, 5 maja 2009

za duzo rzeczy - za malo czasu

Zostaly dwa tygodnie, wreszcie mam nowe buty - nie sa rude, ale podobno najlepsze do chodzenia po górach. po paśmie wypadków wreszcie jakiś sukces. wczoraj spadający na podłogę telefon trafił prosto do szklanki z sokiem, która stała na podłodze i wygladała jakby czekała, aż coś do niej wpadnie. Albo conajmniej czyjaś noga ją kopnie i rozleje. moja glupota, że ją tam postawiłam, czy mega pech?
Powered By Blogger