wtorek, 23 czerwca 2009

Laguna 69



to kolejna laguna w Cordillerze Blance. Aklimatyzacja zadzialala, wiec bylo nieco latwiej. Troche wyzej - 4570 metrow. To byl jeden z najbardziej zwariowanych dni w Ameryce Poludniowej. I wlasnie dla wrazen z tego dnia postaram sie tutaj wrocic. Rano umowieni z przewodnikiem mamy jechac na lagune. Guide spoznia sie pol godziny. Norma. Dojezdzamy do miejscowosci, gdzie
mamy sie przesiasc do innego busa. Czekamy, czekamy. Laduja kury na dach, kota w worku do srodka, dynie jakies, blat stolu... Czekamy. Ruszamy po godzinie. My totalnie wsciekli, bo dzien ucieka. Bez niespodzianek zdobywamy lagune. Wracamy na umowione z autobusiarzem miejsce, ale autobus, chociaz przejezdza to sie nie zatrzymuje... Bo ma juz komplet 40 pasazerow w busie, w ktorym przepisowo powinno byc 20. ma juz kure, a moze i krowe na dachu i generalnie ledwo trzyma sie drogi. Czekamy. Czekamy. Ktos mowi pol godziny. Czekamy. Po pol godzinie ktos mowi ¨pol godziny¨. Jedzie pick up, kurzac dookola. Nasz guide rozmawia. Ja nie czekajac na zgode kierowcy laduje sie na pake. W sam srodek workow z ... weglem. Lepsze to niz odchody swini. Jedziemy po gorskich drogach, placzemy od kurzu w oczach i chyba z radosci. Bez mala godzina jazdy z wiatrem we wlosach, kotlina w Cordillerze Blance. Kiedy schodzimy z paki mamy czarne twarze, dzinsy, kurtki. Wszystki. Biegiem na nastepny autobus, bo jeszcze poltorej godziny jazdy do Huaraz, a stamtad mamy nocny autobus do Limy. Wszystko udaje sie zrealizowac. W Limie na wariackich papierach kupujemy bilety, w miasto i autobus do Cusco. I w czasie tej jazdy do Cusco widze cos, co na zawsze pozostanie w mojej pamieci. Gwiazdy. W ilosci tak niesamowitej, w takiej masie, ze omal nie zemdlalam z wrazenia. Kiedy sie ocknelam ogladalam Mleczna Droge. I ogladajac sobie niebo odpowiedzialam sobie na kilka zajebiscie waznych pytan. Po czym spadla jedna z gwiazd...
i zasnelam :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Powered By Blogger