piątek, 26 października 2012

Miłość

Haneke. Ciężko zebrać myśli. Ten film jest jak odbita w kropli łzy istota człowieczeństwa. Najprostsza na świecie historia - starsze małżeństwo. Ona - pierwszy wylew, paraliż prawej części ciała. On - opiekuńczy, trochę przerażony, ale bierze ciężar choroby żony na barki. Opiekuje się nią jak może. Obserwuje, czego potrzeba, co mogłoby jej sprawić przyjemność. Nie odstępuje na krok. Uśmiechy, spojrzenia, dotyk dłoni. Miłość. Piękna, spełniona. W spojrzeniu, w geście jest wszystko. Ona - drugi wylew. Paraliż całkowity. On - nie daje za wygraną. Zatrudnia pielęgniarki, zwalnia. Ktoś pomaga, wpada córka. Płacz, poklepywanie po ramieniu, słowa uznania. On jest sam. Ona jest sama. Są razem. Do końca. Moment, w którym świat staje do góry nogami, i kiedy dociera do nas, że ... (właściwie co?) to ten, kiedy on ją karmi łyżeczką, dba, żeby papka miała dobry smak, choć nie wiadomo, czy ona jeszcze go czuje, karmi spokojnie, bez pośpiechu, namawia na kolejną łyżeczkę, jak małe dziecko. Ona spojrzeniem sygnalizuje czy chce więcej, czy ma dość.
To scena, w której chyba dociera, że istotą życia jest miłość. Miłość wzajemna, pełna szacunku. Nawet gesty pokazujące jego słabość są dyktowane miłością. Nawet koniec pierwszy. Koniec drugi jest symbolem spełnionego życia. Nie liczyło się nic prócz jej. Nawet jeśli pozostał zdrowy, życie bez niej nie miało sensu. Byli połączeni niczym pępowiną. Byli jednością.
 
 
Mnóstwo scen symbolicznych. Dwukrotnie po mieszkania wpada gołąb - raz go wygania, drugi raz... gołąb staje sie niemym świadkiem jego tajemnicy. Prawdopodobnie go uwalnia. Ale czy taki miał zamiar? Zamknął przecież okno, żeby gołąb nie mógł uciec...
Scena, kiedy ona gra na fortepianie, on siedzi w fotelu. I wyłącza płytę. To było zludzenie. Widz o tym wie od samego początku. Ale to wyłączenie płyty jest jak odcięcie na chwilę tlenu.

źródło zdjęć: stopklatka.pl
 
Gra aktorska jest tak niesamowita, że dopiero teraz, szukając zdjęć w internecie, dociera do mnie, że to była tylko gra...
 

poniedziałek, 15 października 2012

Ron Fricke

bo to on jest najważniejszy, bo to on jest tym filmem. "Samsara" to jego ostatnie dzieło. Blisko dwie godziny najlepszej wizualnej uczty na świecie, podczas której strach mrugnąć powieką, bo można stracić jakiś szczegół, który może pojawić się na ułamek sekundy. Ręce drętwieją od jednostajnej pozycji. Obrazy połączone z muzyką pochłaniają doszczętnie, zasysają. Nie ma ucieczki.
 
Ten kolaż zdjęć połączonych z niezwykłą muzyką nie ma fabuły, ani bohatera, którego historię poznajemy, a jednak trzyma w napięciu do ostatniej sekundy. Kiedy ekran czarnieje pojawia się smutek i pytanie "dlaczego już?". Można by tak godzinami.
 
To świat, którego nie znamy, albo znamy tylko ze zdjęć i filmów National Geographic. To świat, którego nie dostrzegamy, choć dzieje się obok nas. To ludzie, którzy wzbudzają w nas ciekawość, strach, litość, a być może nie powinniśmy ich obdarzyć żadnym z tych uczuć. Bo to człowiek-robot, albo wytatuowany od stóp do głów zakochany w swojej córce szczęśliwy ojciec. To świat, w którym każda sekunda wydaje się na wagę złota.
 
To zdjęcia, które chciałoby się wchłonąć w głąb siebie. Doskonale skadrowane. Wydaje się, że nie ma w nich przypadkowości. Z drugiej strony ujęcia, które pokazują jeden kadr przez 24 godziny w przyspieszeniu, wydaje się, że każda klatka jest zdjęciem zasługującym na World Press Photo. Tu jest pewien rodzaj przypadkowości, a raczej zaakceptowanie praw przyrody - bo oto Ron Fricke ustawia kadr, filmuje, a natura robi, co chce. Chmury rzucają cienie, słońce chowa się za horyzontem, ptaki przelatują bez pośpiechu, a gwiazdy suną po nocnym niebie wedle ustalonego toru. Ron Fricke uświadamia widzowi, że każda sekunda tego, co się dzieje przed naszymi oczami, warta jest uwagi.
 
kadr z filmu "Samsara" reż. Ron Fricke źródło: filmweb.pl
 
99 minut ekstazy.
 
 
 

sobota, 13 października 2012

(...)

że bezpłciowość to pikuś, ale że bezsenność... kiedy to się wreszcie skończy? myślałam, że przesilenie, potem, że dużo stresu, teraz niby co? sportu nie uprawiam, bo kregosłup, uprawiam za to rekreację winną, też bezskuteczna. chodzę do kina, i właściwie to, co się dzieje w trakcie seansu to stan majestatyczny. ale przed/po - najchętnej urwałabym sobie głowę, albo wyrwała wiązki nerwowe i trzepnęła nimi o chodnik.  ale się nie da. jak integralność to integralność i trzeba jakoś walczyć w  nierozerwalnej całości. sił brak.
 
"Imagine" Andrzeja Jakimowskiego zapada głęboko w pamięć i gra na tych przyjemnych strunach, na których lubie jak film gra - na wysokich. Choć nie wyciska łez, a śmiejąc się zastanawiasz czy ten obok nie pomyśli, że naśmiewasz się z niepełnosprawnych, ale w którymś momencie przestaje to mieć znaczenie. Znaczenie ma to, że skoro ogladamy, to chcemy czuć, dostrzegać, łapać bodźce, szukać zmysłami nowych zapachów... Niewidomy nie zauważy krawężnika, widomy - że tuż za rogiem jest wielki port okrętowy. Niewidomy to wyłapie z przestrzeni od razu. Kto jest bogatszy w doświadczenia i wrażenia? A na ile ważna w tym wszystkim jest wyobraźnia? Najważniejsza?

kadr z filmu "Imagine" reż. Andrzej Jakimowski, zdj. Adam Bajerski  źródło culture.pl

wtorek, 9 października 2012

bezpłciowość dni

 
czasami tak się po prostu dzieje - powinna być głowa pełna pomysłów, radość, że realizacja wkracza w fazę produkcji. Że będą rozmowy kolejne, ciekawi bohaterowie, ich historie. Powinno być poszukiwanie sposobu ich pokazania, zbudowania historii... A jest pustka. I niemoc. I brak inspiracji. A przede wszystkim niechęć. Do wszystkiego, co wokół. I zmęczenie totalne. Wypalenie. Nie pomaga nic - stos przejrzanych gazet, czerwone wino, Adele, filmy, które domagają się obejrzenia. Nic. Przerzucam gazety bezmyślnie. Nie kończę czytać żadnego artykułu. A do tego wszystkiego zapchany nos i wielkie smarkanie od kilku dni. I trzeba wyleczyć, nie ma rady. Bo za nosem poszedł kręgosłup i z bólu najchętniej bym zabiła. 
 

środa, 3 października 2012

bezbłędnie

jest 3 października - dwa tygodnie (prawie) od premiery "Jesteś Bogiem". Teledysk "Jestem Bogiem" obejrzało dziesięć milionów czterysta tysięcy. Fanów na facebooku sto dziewięćdziesiąt tysięcy. I co jeszcze... trailer milion sześćset. koniec statystyk.

"Bestie z południowych krain"

Benh Zeitlin - 30-latek, Amerykanin, to jego pierwszy film. Tak zwane niezależne kino.
 
źródło zdjęcia: Gutekfilm

Film niemal idealny - realizm magiczny (bardzo ostatnio modny), akcja dzieje się gdzieś, bez określonego miejsca i czasu. Narrator - dziecko (też ostatnio często spotykane) - 6-letnia dziewczynka, w tej roli debiutantka Quevenzhane Wallis. Zdjęcia Bena Richardsona po prostu wbijają w fotel, piękny kontrast, gubienie ostrości, wydaje się, że nie może się zdecydować na którym elemencie twarzy czy otoczenia chce się skupić. Burza w dżungli - niesłychana, pożar i ucieczka pod karton dojmująca. Można się naprawdę poczuć jak w kartonie, osaczonym przez płomienie. W ten film się po prostu wsiąka, wchodzi w skórę postaci, oddycha razem z nimi, czuje smród padliny, smak kraba, czy wodę wdzierającą się przez nozdrza. Wzrusza.
Dużo symboliki - mała Hushpuppy wychowuje się bez mamy, więc rysuje ją węglem na każdej możliwej powierzchni, rozmawia z nią, przywołuje, wiesza na krześle jej ubranie i udaje, że to ona. Jej bezpieczne otoczenie wyznaczają właśnie twarze mamy. A obrazki mają być jej znakiem istnienia, pozostawionym dla przyszłych potomnych, którzy "za tysiąc lat dzięki nim dowiedzą się, że istniała dziewczynka o imieniu Hushpuppy". Jeśli we wszechświecie jeden element źle funkcjonuje, cały świat się zawali - tak zaczyna 6-latka, i ta sama, ale już inna, 6-latka kończy - jestem częścią wszechświata, i mimo, że jestem małym elementem, coś dla niego znaczę, chociaż beze mnie się nie zawali.
Dobitnie pokazana scena pomocy z zewnątrz po powodzi, która zabrała wszystko - przede wszystkim szansę na jakiekolwiek egzystowanie w Bathtub. Mieszkańcy magicznej krainy chcą sobie radzić sami, ale ktoś na siłę chce im pomóc. Chcą się leczyć swoimi specyfikami, ale "biali" lekarze, choćby mieli przywiązać ich do łóżka będą leczyli "jedynymi słusznymi" metodami, "inaczej pan umrze". Bez zapytania "czy pan tego w ogóle chce?". No właśnie...
Powered By Blogger