bo to on jest najważniejszy, bo to on jest tym filmem. "Samsara" to jego ostatnie dzieło. Blisko dwie godziny najlepszej wizualnej uczty na świecie, podczas której strach mrugnąć powieką, bo można stracić jakiś szczegół, który może pojawić się na ułamek sekundy. Ręce drętwieją od jednostajnej pozycji. Obrazy połączone z muzyką pochłaniają doszczętnie, zasysają. Nie ma ucieczki.
Ten kolaż zdjęć połączonych z niezwykłą muzyką nie ma fabuły, ani bohatera, którego historię poznajemy, a jednak trzyma w napięciu do ostatniej sekundy. Kiedy ekran czarnieje pojawia się smutek i pytanie "dlaczego już?". Można by tak godzinami.
To świat, którego nie znamy, albo znamy tylko ze zdjęć i filmów National Geographic. To świat, którego nie dostrzegamy, choć dzieje się obok nas. To ludzie, którzy wzbudzają w nas ciekawość, strach, litość, a być może nie powinniśmy ich obdarzyć żadnym z tych uczuć. Bo to człowiek-robot, albo wytatuowany od stóp do głów zakochany w swojej córce szczęśliwy ojciec. To świat, w którym każda sekunda wydaje się na wagę złota.
To zdjęcia, które chciałoby się wchłonąć w głąb siebie. Doskonale skadrowane. Wydaje się, że nie ma w nich przypadkowości. Z drugiej strony ujęcia, które pokazują jeden kadr przez 24 godziny w przyspieszeniu, wydaje się, że każda klatka jest zdjęciem zasługującym na World Press Photo. Tu jest pewien rodzaj przypadkowości, a raczej zaakceptowanie praw przyrody - bo oto Ron Fricke ustawia kadr, filmuje, a natura robi, co chce. Chmury rzucają cienie, słońce chowa się za horyzontem, ptaki przelatują bez pośpiechu, a gwiazdy suną po nocnym niebie wedle ustalonego toru. Ron Fricke uświadamia widzowi, że każda sekunda tego, co się dzieje przed naszymi oczami, warta jest uwagi.
kadr z filmu "Samsara" reż. Ron Fricke źródło: filmweb.pl
99 minut ekstazy.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz