poniedziałek, 21 maja 2012

po Planete+

to nie był mój festiwal - co drugi film, który wybrałam świadomie lub trafiłam nań przypadkowo po prostu mi się nie podobał. Najbliżej moich oczekiwań był "Pałac" Tomka Wolskiego, mimo, że o fabule można zapomnieć, wiadomo co się wydarzy na końcu, właściwie jest to zbiór postaci, ich historii tworzących charakter budynku. Wartość największa - smutni panowie nie siedzą na czarnym tle i nie opowiadają jak to kiedyś było cudownie, a teraz jest ciężko. Sytuacje, wyłapana specyfika miejsca, zapach, koloryt. Zdjęcia kojarzyły mi się z fotografiami Tomasza Wiecha, ale teraz chyba bym się z tego wycofała.
"Uzależnieni od miłości" - mimo, że gadany setkowo, był ciekawy. Kobieta lat 38, meżczyzna chyba 23. Ona ma już trójkę dzieci, on jeszcze prawdpodobnie nie. Ona biała, on czarny. Ona chyba pracuje, on nie. Ona wielka, on chudzina. Same kontrasty. Zakończenie tworzy wartość filmu, ona zachodzi w ciążę, mimo, że tego nie chce. On się na coś wścieka, odpina mikrofon i wychodzi. Ona zostaje sama, mimo, że nie chciała z nim dziecka, wiedząc, że jest niedojrzały i że będzie musiała go utrzymywać. Uzależnienia tutaj nie ma, może bardziej zależność, potrzeba bycia z kimś.
"Precz z mojego podwórka" - skazani za przestępstwa seksualne, trafiają pod most w Miami, bo muszą żyć w jakiejś odleglości od miejsc, gdzie przebywają dzieci, a tak naprawdę nie mają gdzie żyć, bo wszędzie są dzieci. Brak rozwiązań systemowych umożliwiających wejście na nowo tych ludzi w społeczeństwo. Choć na własne życzenie, wykluczeni. Zabrakło mi kilku, dla mnie, kluczowych pytań. Bohaterowie - dwaj - tłumaczą się ze swoich występków, mówią, że nie wiedzieli, że ma 15 lat, mówiła przecież że ma 19, albo byłem pod wpływem narkotyków, nie wiem co tak naprawdę się stało. Elementy się nie łączą - nagle jeden się zwierza, że jest uzależniony od pornografii. Jak to się ma do 15-latki? Za dużo muszę sobie dopowiadać jako widz i czuję, że błądze. A nie powinnam.

niedziela, 13 maja 2012

Planete+ Doc

piąty rok - mój z festiwalem Planete Doc. Zmieniał nazwę conajmniej kilka razy, poziom wciąż wysoki, najwyższy. Przy dobrych wiatrach można się zamknąć na dziesięć dni w Kinotece i nie wychylać z niej nosa - gdyby jeszcze mieli coś dobrego do jedzenia...

"Projekt Nim" - reż. James Marsh, film otwarcia, opowieść o szympansie - ofierze radykalnego eksperymentu, mającego udowodnić, że szympansy wychowywane z ludźmi mogą rozwinąć cechy ludzkie, jak na przykład umiejętność porozumiewania się ludzkim językiem. Niepokorny, im starszy tym bardziej agresywny - staje się zabawką przekazywaną z rąk do rąk kolejnym studentom, badaczom. W końcu trafia do klatki. Tym razem eksperymentuje się na nim leki na wirusowe zapalenie wątroby i HIV. Porzucony przez niemal wszystkich, zapomniany, odtrącony. Profesor, który był pomysłodawcą eksperymentu, nadal jeździ od telewizji do telewizji, opowiadając o swoim wizjonerskim projekcie, choć w końcu przyznaje, że eksperyment się nie powiódł. Gdzie jest Nim? przypomni sobie za parę lat. A Nim tymczasem katowany igłami, zamkniętą przestrzenią, powoli umiera. Znajduje się pozytywny bohater wśród jego byłych opiekunów i wyciąga go z piekła. Ale czy Nimowi można jeszcze pomóc? Wstrząsający, poruszający film.

"Chwała dziwkom" - reż. Michael Glawogger, jeden z najbardziej kontrowersyjnych obrazów festiwalu. Rzeczywiście - pokazanie świata prostytucji, relacji między prostytutkami a klientami, warunków pracy tych kobiet w Tajlandii, Bangladeszu, Meksyku. Nic właściwie nie zaskakuje, nie szokuje nawet. Wielu rzeczy możemy się domyślać, bo prosytucja to biznes jak każdy inny. Chodzi o kasę, przyjemność jest sprawą drugorzędną. Między klientem a usługodawcą toczy się gra - on jest panem przed drzwiami, kiedy targują cenę, ona jest panem, kiedy zamkną się drzwi. Prosty układ. Choć to poniżające dla obu stron, bez słowa sprzeciwu godzą się na taką konwencję. W każdym kraju jest inny temperament - w Bangladeszu kobiety wręcz na siłę wpychają swoją ofiarę do pokoju, sa władcze wobec mężczyzn, w gestach, słowach pokazują swoją dominację. W Tajlandii wyglądają pięknie i robią co do nich należy bez zbędnych dyskusji. Czasem dobrze sie przy tym bawiąć. W Meksyku - kokietują, prężą się w zalotnych gestach pokazując jak najwięcej ciała. Niektóre po cięzkiej pracy padają upalone crackiem. Wszędzie jest to sposób na życie. Od klienta do klienta - dzień za dniem, noc za nocą. Kondom za kondomem. I tak kręci się świat.  

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

just the moment in life

niektore chwile, sytuacje sa warte pamietania w calosci, niektore tylko dla kilku szczegolow. i niektore dla skutkow, ktore niosa. ta jedna sytuacja odnosi sie konkretnie do skutkow.


niedziela, 29 kwietnia 2012

paleta twarzy



brzmi to dziwnie, ale nic nie sprawia mi takiej radosci jak przesuwajace sie przed oczami niczym klatki filmowe nowe twarze - twarze, za ktorymi kryją się ludzie, ich historie, nastroje, charaktery, radości, złośliwości, krzywe spojrzenia. Oczy. Na nowo patrze ludziom w oczy, na nowo - uczę się z nich czytać. Obserwować człowieka, nie spuszczając wzroku na buty.
To dość trudne, kiedy pędzi się przez życie, próbując nie potknąć się na ostrym zakręcie. Kiedy trzeba uważać na to, jak się stawia stopę, żeby nie skręcić kostki. Chociaż przecież umiem chodzić. Trzeba tylko w to uwierzyć i skupić uwagę na oczach.

wtorek, 17 kwietnia 2012

myśl dnia

Everybody is a genius. But if you judge a fish by its ability to climb a tree, it will live its all life believing that it is stupid.

sobota, 14 kwietnia 2012

wyblakłe wspomnienia

jestem wściekła, niesamowicie wściekła, że z powodu: lenistwa, braku czasu spowodowanego nieumiejętnością skoncentrowania się na tym co najważniejsze, lenistwa raz jeszcze, braku priorytetów, i jeszcze raz lenistwa, nie robiłam dokładniejszych notatek z Konga. Oczywiście, mam jakieś zapiski, bo bez języka pisanego po prostu nie funkcjonuję (zabierz mi telefon, komputer, nigdy długopisu czy książki), ale tam zamiast ciekawych obserwacji z miejsca, jakieś emocje, złość na spóźnianie się, narzekanie na żołądek. A analiza tego co wokół? brak...

I następuje taka oto sytuacja, że siadam do zdjęć, które wymagają komentarza, przytoczenia jakiejś sytuacji, cytatu, opisu wrażenia. A tego nie ma!

Coś, co zwróciło moją uwagę teraz, po roku od wyjazdu do DRK, pod wpływem książki Dariusza Rosiaka "Żar. Oddech Afryki", że oni właściwie sami, w pojedynkę, nie istnieją. D. Rosiak opisuje, jak mężczyzna z wioski sprowadził się do Gomy, bo bał się najazdu i grabieży rebeliantów, ale w Gomie nie potrafił sobie poradzić. Nikogo nie znał, nie mógł znaleźć pracy, nie wiedział jak się w tym mieście poruszać, do kogo zwrócić z pytaniem, z prośbą o wsparcie, o wskazanie kierunku. Nie miał tam rodziny, krewnych... Wrócił do wioski, mówiąc: wolę zginąć od kul rebeliantów, niż z głodu". Kiedy przyjechałam do Gomy, mój współkompan załatwił sprawy z celnikami (trochę krzyku, ale efekt najważniejszy - bez łapówki i innych zbędnych formalności, przekroczyłam granicę), potem było nieco gorzej, bowiem nie mogliśmy znaleźć hotelu, i nikt nie potrafił nam podpowiedzieć gdzie jechać, który wybrać, taksówkarz chciał jechać w wyznaczone miejsce i nie zawracać sobie nami głowy. A Goma to przedsionek piekła - szaro, buro i biednie, spojrzenia wrogie dookoła. Dramatyzm podbijały samochody opancerzone urugwajskiego ONZ'tu wolno snujące się po ulicach (karabiny wycelowane w ulice nie wzbudzają sympatii...). Znaleźliśmy jakiś hotel, poszliśmy więc na obiad z bratem mojego kompana - Katsuvy. Chłopcy pogadali, najedliśmy się, następnego dnia chcieliśmy ruszyć do Parku Wirunga, a już na pewno podjechać do podnóży majestatycznego Nyiragongo. Parę telefonów, jakieś spotkanie z przyjacielem z dawnych lat, zebranie informacji, już wiadomo, że daleko nie zajedziemy, ale "let's get a try". Oczywiście, musieliśmy się wycofać. Po południu wjechaliśmy na mototaxi (każdy na swojej) w jakąś ciemną, biedną dzielnicę w celu odwiedzin brata Katsuvy, mrok zapadł szybko, prądu brak, gwiazd coraz więcej, sprzęt w plecaku coraz bardziej parzy skórę, coraz więcej potknięć o kamienie z zastygłej lawy wulkanicznej. I tak wracamy w tej ciemnicy kongijskiej do hotelu, przez tą dzielnię biedy, a moi kompani nagle wskazują palcem na Nyiragongo - "może chcesz zrobić zdjęcie tej rózowej łuny nad kraterem? w dzień tego nie zobaczysz". I wyjmij aparat, i zacznij robić zdjęcia, jak biały kolor skóry w tej ciemnicy świeci jak latarka.
Do czego zmierzam - że gdyby nie brat, przyjaciele Katsuvy, to nie zrobilibyśmy spokojnie jednego kroku w tym mieście. Że on wiedział gdzie mogę wyjąć aparat, gdzie mogę robić zdjęcia, z kim dyskutować, kiedy się denerwować itd. A Goma to nie jego miasto. Jego jest Bukavu - tam dzięki niemu i jego rodzinie i bliskim mogłam się czuć jak w domu. Czasami.


środa, 11 kwietnia 2012

intensyfikacja wiosenna

gdyby nowe pomysly rodzily sie w takiej masie jak paczki na drzewach, ich realizacja szla tak szybko, sprawnie, efektywnie jak pojawiaja sie nowe liscie, to... to ja tak chce.