wtorek, 1 października 2013

kolejny dzień reszty życia


trudny jak cholera. długi i momentami zimny jak grudniowa noc. dzień, który trzeba przeżyć, przejść i pokonać, jak spadziste podejścia w drodze na szczyt. dzień, który nic nie zmienia, ale może przynieść ulgę. 
Che Guevara mawiał "bądźmy realistami, żądajmy niemożliwego", ja mówię "bądź realistą - bierz to, co twoje".


wtorek, 20 sierpnia 2013

Giuseppe, jak mogłeś!

Film "Koneser" - ponad dwie godziny czystej przyjemności oglądania pięknie pokazanej historii miłośnika sztuki - co prawda stetryczałego, gburowatego, bez uśmiechu, ulegającego przyzwyczajeniom, wręcz hołdującego rytuałom codzienności (choć niedostępnym zwykłemu zjadaczowi chleba - stolik w centrum najlepszej restauracji w mieście, jedno krzesło, jedno nakrycie, najlepsze wino, tort urodzinowy z jedną świeczką dogasającą w samotności). Virgil Oldman - VO - w tej roli Geoffrey Rush. Brzydzi się dotykania cudzej własności, dlatego nosi piękne rękawiczki, a ma ich tyle, że codziennie mógłby zakładać inne. Jest dyrektorem domu aukcyjnego, sam prowadzi aukcje, co nie pozostaje bez wpływu na tworzenie jego własnej, tajemnej kolekcji. A wie o niej tylko... Billy, który pomaga mu wylicytować najcenniejsze obrazy. Świetnie poprowadzony scenariusz. Ale - kiedy już reżyser obnażył przed widzem Virgila, kiedy ze skorupy zimnego aroganta wyszedł wrażliwy samotnik, nieradzący sobie z najprostszymi relacjami społecznymi, ciepły, nawet dobry, to dlaczego ten sam reżyser bohatera, którego widz lubi i któremu kibicuje, ten strąca do jeszcze gorszego piekła niż to, w którym był jeszcze pięć minut temu? 
I nie wyciąga do niego ręki - "sad end". Oczywiście jak na Tornatore przystało jest nostalgia, piękna muzyka Ennio Morricone (choć nic nowego w tej kwestii kompozytor tutaj nie powiedział) - i mała iskierka nadziei. A raczej iskierka wiary, że nadzieja nie umarła.  



poniedziałek, 12 sierpnia 2013

noc Perseidow

Był sobie pewien Perseusz i od jego imienia nazwano gwiazdozbiór. Bo był bogiem, który lubił spełniać marzenia - zabił złą Meduzę, z której głowy zamiast włosów wyrastały węże, uwolnił Andromedę, którą poślubił i spłodził jej sześciu synów i córkę. A że był synem potężnego Zeusa, to wiadomo, że musiał mieć nadludzkie możliwości. No więc ma - ten gwiazdozbiór, dość nietypowy, bo zanim się rozsypał spełnił wiele życzeń. Na przykład sprawił, że na ziemię zstąpiło niebo, i że to co nie mieściło się w głowie, nagle znalazło w niej miejsce i uzasadnienie. Że przestrzeń przeznaczona dla jednej osoby nagle doznała cudownego rozmnożenia, a raczej lepszego zagospodarowania przestrzennego. I nagle pozwoliła dostrzec, ze w przestrzeni idealnej są pewne niedoskonałości - ale to trwało tylko ułamek sekundy, tyle ile mrugnięcie powieką, bowiem niemal od razu okazało się, że niedoskonałość jest uzupełniona ideałem. Który w dodatku wygląda jak człowiek! Je, oddycha, gapi się w monitor komputera, śpi, podobno chrapie i drapie się w pośladek. Który śni na jawie ten sam sen co ja. Z dzieciństwa pamiętam jak z kuzynką zasypiałyśmy razem zetknięte głowami, bo podobno wtedy śni się ten sam sen. Nie udało nam się tego udowodnić. Mam natomiast nienamacalny, ale emocjonalny dowód na to, że wystarczyło żyć, w miarę, w zgodzie z samym sobą, trochę błądzić, trochę mylić drogi, trochę słuchać głosu serca, a czasem rozumu. I szukać swojego szczęścia - nie cudzego. Realizować swój plan na życie, nie wszystkich dookoła. I na chwilę zapomnieć o świecie, a pomyśleć tylko i wyłącznie o sobie. Zaglądając w głąb własnego serca zadać sobie to jedno, najistotniejsze pytanie - czy tego właśnie szukam przez całe życie. Odpowiedzi mogą być dwie. Nigdy "nie wiem". Tu nie ma miejsca na błąd, na zawahanie, na wątpliwości. Jest tak albo nie. (...) I, podobnie jak ten wszechświat, który znajdując się na wysokości Piotrkowa Trybunalskiego, pędzi teraz w stronę rozsądku i przyziemnego życia, nie mam najmniejszych wątpliwości.

wtorek, 6 sierpnia 2013

pierwszy dzień

w moim życiu, który trwał 32 godziny. W swoje przesunięte o cztery chwile południe osiągnął taką temperaturę, że buty wtapiały się w asfalt, zostawiając trwały ślad na chodniku katowickiej historii.


niedziela, 21 kwietnia 2013

Krzysztof Kieślowski

i jego "Autobiografia", od której się po prostu nie można oderwać. I fragment, który już kiedyś gdzieś słyszałam, zawarty w jednym pytaniu, z ust Marcela Łozińskiego "Kim ja jestem?". :
"Zawsze namawiam młodych kolegów, których uczę pisania scenariuszy czy reżyserowania, żeby spróbowali przyjrzeć się swemu życiu naprawdę. (..) Radzę im, aby spróbowali zastanowić się  nad tym, co stało się w ich życiu ważnego, co spowodowało, że siedzą teraz, tutaj, na tym krześle, w tym dniu, w otoczeniu tych ludzi, którzy tutaj są. Co się stało? Co doprowadziło ich tutaj naprawdę. Cały problem polega na tym, żeby zrozumieć, że to trzeba wiedzieć. Od tego się wszystko zaczyna. 
Lata pracy bez przeprowadzenia tej analizy swojej osobowości są w istocie zmarnowane. (...)
(...) bez takiej analizy prawdziwej, dogłębnej, bezlitosnej, w istocie nie można się zajmować opowiadaniem historii. Bo jeżeli się nie zrozumie własnego życia, nie można zrozumieć życia postaci, o której chce się opowiedzieć, nie można zrozumieć życia innych ludzi."
Piękne, prawda? Dalej pisze, że z jego filmów nie dowiemy się kim on-reżyser jest, bo nie o to chodzi. I żeby nie korzystać z psychoterapeutów i innych psychoanalityków, bo dawanie gotowych recept na rozwiązanie problemu jest drogą donikąd. Samemu trzeba do wszystkiego dojść. 

No więc właśnie dochodzę, próbuję. Po sięgnięciu symbolicznego dnia, poczuciu betonu pod głową i nabiciem śliwki na czole już wiem, gdzie to dno jest. Cieszy mnie, że nie jest to mulista masa, w której grzęzną nogi, i z której trudno się wydostać i wspinać w górę. Na dnie na pewno jest beton. Twardy, zimny i rzeczywisty. Leci się i wali się bez osłony. Jest moment oszołomienia, gwiazdy wokół głowy, i przychodzi otrzeźwienie. Podniesienie na nogi. Szukanie równowagi. Odzyskanie równowagi i budowanie szczebli drabiny po której można się z tego dołu, studni wydostać. Po odzyskaniu równowagi, wspinaczka i wychodzenie z dołu jest już stosunkowo proste - bo środku wszystko nagle się układa. Część pytań pozostaje bez odpowiedzi, i czasem brakuje szczebla i noga się omsknie, spadnie się trochę w dół, ale już wiadomo gdzie leży problem, i co zrobić, żeby więcej tego szczebla nie brakowało. Dobra lekcja. Mądra. Dużo dała. Wyszłam z tej studni, stoję obok, słońce mnie trochę oślepia, ale łapię ostrość widzenia i mam punkt widokowy na linię horyzontu. Nieosiągalny, ale wiem, że tam chce iść. Tak długo jak się da.

wtorek, 19 marca 2013

psychoza strachu według Haneke

"Funny Games" (wersja z 1997 roku, austriacka) - film który chce się jak najszybciej wyłączyć, a jednocześnie nie można się oderwać. Który zaskakuje absurdalnością wyborów bohaterów, a jednocześnie - mimo, że te wybory są non stop tak samo absurdalne i zawsze między A i B, to widz bezbłędnie nabiera się na pułapki reżysera/scenarzysty (Michael Haneke w obu tych rolach). I chyba ten film skategoryzowałabym go jako horror, gdyby nie zwracanie się jednego z katów wprost do kamery i pytającego widza "co dalej", albo stwierdzającego "za wcześnie jeszcze kończyć ten film, przecież oczekujesz jeszcze czegoś mocnego na koniec". Doskonale w tę konwencję, czyli sprowadzania widza na ziemię realizmu ze świata stworzonego przez filmowca jest pilot - rekwizyt kluczowy w kluczowym momencie, i scena przewijania, i zmiany zakończenia filmu. Przecież nie może zginąć kat, stwierdza drugi kat, i pisze zakończenie po swojemu. Rewelacja. Zabawa formą - majstersztyk. Co ciekawe - ostatnio częściej czytam opinie na forach i po raz kolejny zadziwiająca większość piszących w ogóle nie potrafi odczytać tej gry jaką reżyser prowadzi z widzem.


Podobnie absurdalne komentarze znalazłam pod filmem "Idź i patrz" w reżyserii Elema Klimowa, ze zdjęciami Alekseja Rodionova (1985). Filmem, który mi osobiście, wywrócił emocje do góry nogami, który zburzył dotychczasowy porządek estetyczny. Ten film to bomba, która rozbija stary porządek. Studium wojny, nienawiści, zła, okrucieństwa, bestialstwa, szaleństwa. A przedostatnia scena - ekspresja na temat wojny i zła, czyli zmontowane wstecznie obrazy archiwalne, dokumentalne związane z II wojna światową, Hitlerem, cofające się aż do czasów, kiedy Hitler był niemowlęciem, z niewinnym spojrzeniem, sfotografowanym na kolanach ukochanej matki. A wszystko w rytmie strzałów oddawanych przez Florę w stronę plakatu z Hitlerem i Lacrimosy Mozarta. Siła tej sceny rozwala na kawałki, zostawia bez nadziei, i nie pozwala uwierzyć, że to co widzieliśmy zdarzyło się naprawdę. Ale się zdarzyło. A ten obraz to niczym dokumentalny zapis wydarzeń. Elem Klimow urodził się w 1933 roku, pewnie więc wiele scen widział przed oczami jako chłopiec. "Po Holokauście poezja nie jest już możliwa" - a sztuka w ogóle jest?

Pracuję nad TC, BK, i kilkoma innymi rzeczami - nie wiem czy przyniesie to efekt. Najważniejsze jest działanie. Tworzenie, próbowanie. 

sobota, 9 marca 2013

dwoistość

uwielbiam rozszyfrowywać, rozkladać na czynniki pierwsze, łapać szczegóły, układać je na nowo, rozsypywać klocki i szukać innych ustawień - i dochodzić do sedna, zbliżać się. szczegóły. przez ich pryzmat obserwuję świat. ludzi. to był piękny dzień.


środa, 6 marca 2013

gdzie ten punkt?

kolejne klatki, zerwana klisza, i ciągle nic. nie to. ratunku!!! ale slonce jest, duzo slonca. wiosna tym razem sie nie spoznila. mnostwo pracy przed nosem, dlatego im mniej snu tym lepiej. ale o zelaznej dyscyplinie nawet nie mam co marzyc. bo nie mam jej we krwi...

niedziela, 17 lutego 2013

w punkt

wreszcie zdjecie, ktore mi się naprawdę podoba.


poza tym pomyślałam sobie, zainspirowana "Wściekłymi psami" Quentina Tarantino, że w podobny sposób moge wykonać ćwiczenie montażowe. Ale niestety nie wiem jak ten film miałby się kończyć, wątek kobiety, która pojawia się w scenach filmowych nie ma zakończenia, a przynajmniej ja nie widzę elementu, który by spajał jej postać w jedną logiczną całość. Jestem pewna, że w niej jest ukryty klucz do całej historii - montaż linearny z tych scen, które mam, wydaje się najnudniejszy na świecie. Ale jak rozgryźć te sceny?

środa, 13 lutego 2013

w poszukiwaniu rytmu

dymaniki, i koncepcji...

poniedziałek, 4 lutego 2013

"Nieulotne'

Jacka Borcucha. Piękny film. Nie wiem dlaczego. Moi koledzy dziennikarze wyszli z pokazu znudzeni, zaziewani, szczęśliwi, że się skończył, mówiąc, że to bełkot, bzdura i kino moralnego niepokoju dla hipsterów (powtarzając słowa kolegi, który powtarzał słowa swojego kolegi recenzenta). A ja wyszłam urzeczona bohaterami, zdjęciami, niekonsekwencją przestrzenną, bo niby jakie to ma znaczenie. Kiedy jesteśmy młodzi, rządzą nami emocje, nie ma kalkulowania i pragmatycznego myślenia, czy to daleko, a gdzie to w ogóle jest. Kocham, idę za głosem serca. Taki trochę jest ten film - popychany głosem serca. I od momentu, kiedy Karina rozmawia z Michałem, a my widzimy jedynie kto mówi i reakcje bohaterów przez szybę kawiarni, nie słysząc o czym rozmawiamy, zaczynamy układać swój własny film, próbujemy się domyślać co kto do kogo powiedział, i reżyser podsuwa wskazówki, nawet gotowe odpowiedzi. Ale nie we wszystkich kwestiach - nie w ostatniej.
Zdjęcia mnie urzekły, długie ujęcia, montaż wewnątrzkadrowy, zmiana miejsca i zmiana kolorów, Hiszpania lekko przepalona, pastelowa, Polska bardziej stonowana, jesienna, ale nadal delikatna, oprócz sceny dramatycznej widz czuje się jakby ktoś go muskał piórkiem po karku. Błogość. Beztroska. Zastygły czas. Młodość mogłaby trwać wiecznie. Jacek Borcuch twierdzi, że w jego duszy wciąż jest obecna, mimo, że skończył czterdzieści lat. Bo to nie sprawa wieku, to sprawa emocji. I chyba tego, ile sami damy sobie wolności.
 
 
 kadr z filmu "Nieulotne" reż. Jacek Borcuch zdj. Michał Englert

niedziela, 3 lutego 2013

"Holy motors"

Leosa Caraxa, którego bez klucza, czyli tekstu w Kinie 01/2013 praktycznie bym nie zrozumiała. Dlatego zamiast opisywać swoje wrażenia, które są wtórne i nijakie, fragmenty dwa tej recenzji:
 
"W Holy motors, jak w utworze poetyckim, każda sekwencja jest odpowiednikiem frazy, istniejącej samoczynnie, ale tworzącej z pozostalymi scenami-frazami całość metaforyczną. Jeg efektem jest miłosny poemat na temat kina."
 
 
 
"W pierwszej scenie bohater-reżyser (?), grany przez aktora-akrobatę Denisa Lavanta (...), otwierając drzwi do swojego pokoju, wchodzi dosłownie w przestrzeń kina (jest nią... wypełniona wpatrzonymi w ekran ludźmi sala kinowa). Ten filmowy Orfeusz zabiera nas na drugą stronę kinematograficznego lustra, byśmy przyjrzeli się kształtom i dźwiękom - raz brutalnie, raz czule poruszającym struny naszej wrażliwości. Zabiera nas w podróż po królestwie X Muzy pozwalając doświadczyć samej istoty kinematograficznego żywiołu".


niedziela, 27 stycznia 2013

znowu początek

jakiejś drogi, która wydaje się już na samym wstępie nie mieć końca. doba za krótka, motywacja zaskakująco niska. i ciągle za mało obejrzanych filmów.

1. "Tango" reż. Zbigniew Rybczyński
2. "Kochankowie z księżyca" reż. Wes Anderson
3. "Monsieur Lazhar" reż. Philippe Falardeau.
4. "5 rozbitych kamer" reż. Emad Burnat, Guy Davidi

wolnydzien


czwartek, 24 stycznia 2013

koci dom leży

 - hasło ostatnich dni. Etiuda pod hasłem dom nie posuwa się naprzód, mimo, że pomysł jest, zapisany wierszem, przemyślany. A mimo wszystko brak wewnętrznego imperatywu. Czegoś nie czuję w tym pomyśle.
 
- pan Stanisław zgodził się spotkać. To może być bardzo owocna znajomość.
 
- zmontowany wywiad z panem Stanisławem został oceniony bardzo dobrze. To dobry znak. Wraca wiara.
 
short lista filmów ostatnich dni:
 
1. Django reż. Quentin. Top one. Razy dwa. Muzyka uzależnia. Sceny uzależniają. Tarantino uzależnia.
2. "Sęp" reż. Eugeniusz Korin. To nazwisko warto zapamiętać, bo jak ktoś ma raczyć mnie tak dobrze zrobionym filmem, dynamicznie zmontowanym, świetnie zagranym, po pewnego momentu niezłym scenariuszem, to jestem na "tak".
3. "Bejbi blues" reż. Kasia Rosłaniak. Nieźle, niezły scenariusz. Ku mojemu zaskoczeniu. Ale za delikatnie to wszystko potraktowane. Oczywiście jest brak wartości, jakiś młodzieżowy zamęt bez głębszego sensu. Ale najpierw wszystko jest cukierkowe, a na koniec bum. Które w kontekście cukierka nadal wydaje się słodkie, choć z domieszką goryczy.
4. "Klip" reż. Maja Milos. Dla kontrastu, tak przeostrzony, do zwymiotowania. Trochę nienaturalny w ciągłym kręceniu filmików komórką, nawet podczas pracy oralnej. Ciągłe narzucanie się dziewczyny chłopakowi, łażenie za nim? To ok. Wsadzanie mu ciągle ręki w spodnie przy kolegach, w autobusie. Po hardkorze.
5. "Gwizdek" reż. Grzegorz Zariczny po raz drugi, pierwszy raz na Krakowskim Festiwalu Filmowym. Niezły, chociaż nie wiem czy na główną nagrodę na Sundance Festival. Ale gratuluje i trzymam kciuki za młodego z fajnymi wartościami chłopaka.
6. "Persona" Ingmara Bergmana. Przespałam. Nie wiem o co chodziło.
7. "Kochankowie z księżyca" reż. Wim Anderson. Niezły, ciekawa konwencja. A oto jak wyglądała sala podczas projekcji.
 
 
pierwszy raz w życiu byłam sama w kinie! Niesamowite uczucie.
Ale nie chciałabym, żeby kiedyś mi się coś takiego przytrafiło. Choć pora oczywiście zupełnie nieoczywista na przesiadywanie w kinie (14.30).
 
Powered By Blogger