Jacka Borcucha. Piękny film. Nie wiem dlaczego. Moi koledzy dziennikarze wyszli z pokazu znudzeni, zaziewani, szczęśliwi, że się skończył, mówiąc, że to bełkot, bzdura i kino moralnego niepokoju dla hipsterów (powtarzając słowa kolegi, który powtarzał słowa swojego kolegi recenzenta). A ja wyszłam urzeczona bohaterami, zdjęciami, niekonsekwencją przestrzenną, bo niby jakie to ma znaczenie. Kiedy jesteśmy młodzi, rządzą nami emocje, nie ma kalkulowania i pragmatycznego myślenia, czy to daleko, a gdzie to w ogóle jest. Kocham, idę za głosem serca. Taki trochę jest ten film - popychany głosem serca. I od momentu, kiedy Karina rozmawia z Michałem, a my widzimy jedynie kto mówi i reakcje bohaterów przez szybę kawiarni, nie słysząc o czym rozmawiamy, zaczynamy układać swój własny film, próbujemy się domyślać co kto do kogo powiedział, i reżyser podsuwa wskazówki, nawet gotowe odpowiedzi. Ale nie we wszystkich kwestiach - nie w ostatniej.
Zdjęcia mnie urzekły, długie ujęcia, montaż wewnątrzkadrowy, zmiana miejsca i zmiana kolorów, Hiszpania lekko przepalona, pastelowa, Polska bardziej stonowana, jesienna, ale nadal delikatna, oprócz sceny dramatycznej widz czuje się jakby ktoś go muskał piórkiem po karku. Błogość. Beztroska. Zastygły czas. Młodość mogłaby trwać wiecznie. Jacek Borcuch twierdzi, że w jego duszy wciąż jest obecna, mimo, że skończył czterdzieści lat. Bo to nie sprawa wieku, to sprawa emocji. I chyba tego, ile sami damy sobie wolności.
kadr z filmu "Nieulotne" reż. Jacek Borcuch zdj. Michał Englert


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz