sobota, 3 października 2009

post mortem

zapomniałam o czymś ważnym. o wielu rzeczach zapomniałam tu napisać, i może kiedyś nadrobię jak milion obowiązków zejdzie z mojej głowy i przepalony dysk w komputerze ulegnie wymianie, lub zamianie na nowy komputer cały.
zapomniałam wspomnieć o pewnej osobie, która przez dwa miesiące towarzyszyła mi w podróży. dość ryzykowną podjęliśmy decyzję, bo chociaż znaliśmy się od kilku lat, to nigdy wcześniej razem nie wyjeżdżaliśmy. Ale propozycja padła, deklaracje obu stron też. Realizacja pomysłu szła nadzwyczaj sprawnie.
Dwanaście tysięcy kilometrów wspólnej podrózy, niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę razem. Mozna się zmeczyc, poklocic milion razy, rzucic wszystko w cholere, zabić... Albo iść na kompromisy, uzupełniać się, współpracować i wreszcie poznać lepiej drugą osobę. I co najważniejsze - siebie. Swoje mocne strony i słabości. Bezcenna lekcja życia na kursie intensywnym.
Dobry kompan to 90% sukcesu każdej podróży - bliskiej czy dalekiej. Żadne miejsce nie będzie tak samo piękne, intrygujące, jak w towarzystwie ciekawej osoby. A czas w podrózy nigdy nie będzie równie cenny jak w towarzystwie osoby, którą się ceni i szanuje. Która jest ciekawa, ma swoje pasje i chce się z nimi dzielić. Która jest partnerem, a nie małym uzupełnieniem. Która chce przede wszystkim dawać, a nie brać. Która się podzieli ostatnim kawałkiem czekolady wysoko w górach Cordillery Blanki. I pozwoli zjeść swoje pokruszone na mąkę ciastka w chwili głodu na Salar de Uyuni.
Takich ludzi jest niewielu. Ja na takiego trafiłam. Dziekuję, Leszku...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Powered By Blogger