poniedziałek, 25 maja 2009

przezyc w Caracas

piaty dzien w Caracas - wystarczajaco duzo czasu, zeby sie przyzwyczaic do tego miejsca. na lotnisku generalnie bez kontroli i problemow, nie zdazylismy wyjsc z terminalu, kiedy zaczepil nas jeden z oficerow pilnujacych wyjscia ¨bus czy taxi?¨- bus. ¨bolivares?¨, ¨si, senior¨. pan oficer zaprosil nas do busa, po czym wymienil nam po 50 dolarow od reki. dobry kurs, jak sam mowil - jeden do pieciu, w kantorze bedzie jeden do dwoch. wymienialismy walute trzy razy, ani razu w kantorze. wysiadamy na gato negro - jedno z najgorszych chyba miejsc w caracas, od razu do metra. wielkie plecaki, dwie zblakane owce... od razu podchodzi para i nawija cos po hiszpansku. widac, ze chca kase, ale byli tak zszokowani tym, ze nie znamy hiszpanskiego, ze ich zatyka. w kolko powtarzaja jedno zdanie, kompletnie nie wiem o co chodzi. podjezdza metro - zostaja kompletnie zdezorientowani na stacji. nowicjusze. chcieliby ale sie nie udalo. ciudad universitaria - miasteczko uniwersyteckie - enklawa spokoju w szalonym miescie. hostel mega lewacki, wszedzie che guevara. piec dolarow za noc. zostajemy.

samochody jezdza jak szalone, a piesi sa jeszcze bardziej bezczelni od kierowcow. wlaza im pod kola, nie wazne - zielone, czerwone? to ostatnia rzecz na ktora zwracaja uwage. samochody obite, sklejane, i mnostwo starych amerykanskich fordow. garbusy, terenowki... a miedzy tym wszystkim smigaja motory. na piatego, byle wyprzedzic. byle szybciej. dlatego moto taxi maja duzo silniejszy argument w korkach - im bardziej szalony kierowca tym wieksza szansa ze zdazy na czas. autobusy gorsze niz w odessie. cos odpada, cos sie wlecze po ziemi za autobusem? nie wazne, jedzie dalej. czasami na nich napis `adios amigo`- to znaczy, ze kierowca jednego z autobusow zostal zatrzelony. wtedy wszystkie autobusy na trasie zamordowanego biala pasta do butow pisza na szybach i karoserii (jej resztach) pozegnanie. po tygodniu scieraja i maza cos innego, na przyklad apel do szefa dzielnicy ´chcemy jezdzic po wlasnie powstajacym pasie dla autobusow´. i tak w kolko. Caracas to najbardziej pomazane miasto jakie widzialam, graffiti, murale sa doslownie wszedzie. za pomoca sprayu wyraza sie tutaj absolutnie wszystko. najczesciej mozna spotkac ´si va´glosuj na tak, pozostalosc po kampanii lutowej. wtedy wenezuelczycy zdecydowali w referendum, ze nie bedzie limitu kadencji prezydenta. czyli chavez forever. albo ´con chavez todo, sin chavez nada!´. miedzy ´si va´oczywiscie mnostwo che guevary.

caracas to miejsce gdzie trzeba miec oczy naokolo glowy, i jeszcze uwazac zeby nie zarobic kulki. wczoraj pojechalismy kupic bilet na autobus. stacja metra la bandera. 500 metrow od stacji ma byc nowoczesny terminal, prywatna firma, swietne autobusy. niedziela, spokoj na ulicach. z kazdym krokiem coraz wiecej syfu (co w ogole jest charakterystyczne dla Ccs), coraz bardziej obdarte domy, coraz bardziej bandyckie twarze. Brzeska na pradze przy tych slumsach, wyglada jak willowa dzielnica. Terminal rzeczywiscie nowoczesny, wszystko pieknie, autobus do Coro - business class - 12 dolarow. Zalatwione, wracamy. Dwa strzaly. Ludzie nawet nie odrywaja sie od swoich obowiazkow, takie same beznamietne twarze - siedza i patrza przed siebie. 15 minut pozniej kolejna seria - duzo dalej od nas. Podobno to codziennosc.

Jutro coro. W lipcu powrot to caracas. wrazenia - milosc od drugiego wejrzenia, i coraz wieksza fascynacja nie wiem z czego ona wynika, czy z absurdow ktore tutaj sa, czy z determinacji tych ludzi, ktorzy nie maja perspektyw na lepsze zycie, a mimo to walcza.

1 komentarz:

  1. "z lini frontu na żywo ten reportaż"..
    powodzenia w zdobywaniu świata

    czekam na kolejne wpisy
    <3 mzieloo

    OdpowiedzUsuń

Powered By Blogger