piekne male uliczki, nastrojowy hostel, wydmy z parzacym stopy piaskiem. Coro - kolonialne male miasteczko prawie na wybrzezu morza karaibskiego. w drodze do Kolumbii.
Coro-Maracaibo- granica Wenezuela Kolumbia (Maicao) -Santa Marta.
jedziemy najbardziej zdezelowanym autobusem jaki na oczy widzialam do Maracaibo (w wolnym tlumaczeniu miasto lezace na ropie). muzyka ¨venezuelan polo¨rozwala bebenki. moj nowy znajomy Rocuio, czarnoskory, na oko 6 lat. nie umiem sie z nim porozumiec w jego jezyku, ale moje cukierki jemu smakuja tak jak mi.
Maracaibo - taksowka albo bus do granicy z Kolumbia. busy odjechaly, taksowki ... no sa. drogie. utargowalismy. wsiadamy do najstarszego jekiego swiat widzial forda... ten samochod nie ma nic procz radia, kawalka kierownicy, wajchy do zmiany biegow. na fotelach sie lezy nie siedzi, w srodku szesciu pasazerow plus kierowca. ale poczatek byl jeszcze gorszy. placimy kase za przejazd 120 kilometrow. kierowca i jego alfons wkladaja do bagaznika nasz bagaz (bagaznik otwierany na srubokret) i znikaja. siedzimy, siedzimy, chodzimy. po polgodzinie zbiera sie odpowiednia ekipa - czytaj 6 osob- i lecimy na granice. Gabriel wygladajacy jakby byl totalnie pijany robi wszystko, zeby samochod sie po drodze nie rozpadl. zatrzymuje sie co jakis czas zeby zamknac bagaznik. smierdzi spalenizna - nie wazne, jedziemy. z nami Kolumbijczyk -Luciende - mowi po angielsku, czujemy sie bezpiecznie, oboje chcemy przekroczyc granice, a on zna hiszpanski i robi to kilka razy w miesiacu. Po siodmiej kontroli paszportowej przestalam liczyc. Luciende wszedzie z nami. wszystko tlumaczyl. Mistrzu. jak trzeba bylo wyciagnal peso i placil. na koniec wsadzil w autobus do Santa Marty. znowu mielismy duzo szczescia. zdjecia Gabriela niebawem. jego samochodu tez...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz