niedziela, 16 sierpnia 2009

Potosi



















Potosi to jedno z najpiękniejszych miast jakie widziałam. Ku wielkiemu zaskoczeniu - ponieważ przemieszczaliśmy się już w takim tempie pod koniec naszej wyprawy czyli od południa Peru do niemal całej Boliwii, ze nie było czasu czytać, szperać po internecie czy chociaż zgłębiać footprinta. Dlatego myślałam, że Potosi to tylko kopalnie i bieda-miasteczko górnicze. Nic bardziej błędnego. Obok całego kopalnianego życia i najbardziej kartorzniczej pracy jaka w zyciu widziałam, mozna zwiedzic piekne miasto, ktorego zabytki znajduja sie na liscie UNESCO. Samo miasto lezy na wysokosci niemal 4000 metrów. W XVI wieku, jak głosi legenda, pewien Indianin pasąc swoje owce, wyrwał kępkę trawy na zboczu góry, pod trawą zalśniło w słońcu najprawdziwsze srebro. Indianin został wyklęty przez miasto, bo do Potosi zaczęli ściągać dziwnej maści poszukiwacze cennego kruszcu. To pół biedy - chcą, niech kopią. Ale nieszczęście polegało na tym, że srebro wydobywali
rękami rdzennej ludności Potosi. Ilu ludzi zginęło w kopalniach z rąk srebrnikowych konkwistadorów i z powodu pracy w nieludzkich warunkach - nikt nie jest w stanie policzyć. To są miliony ofiar kopalni. Górnicy zyją średnio 40 lat. Nie tylko rdzenni Indianie ginęli w kopalniach. Hiszpanie sprowadzili ok. 30 000 afrykańskich niewolników. Ich potomkowie zyja do dzis w Boliwii, zajmują się m.in. uprawą liści koki.

















Ten męzczyzna pracuje w kopalni średnio 7-8 godzin dziennie. Wchodzi rano, wychodzi po południu. Zarabia ok. 50 bolivianów dziennie, co w przeliczeniu na zlotowki daje ok. 25 zlotych. Na wysokosci 4 200 metrow (bo na takiej jest wejscie do kopalni) schodzi w dol 25 metrowym cienkim tunelem. Jego zadanie to wydobycie na powierzchnie jakiegos kamienia, zeby go wydobyc musi rozwalic sciane, zeby ja rozwalic podklada dynamit, zeby nie zginac, musi zdazyc wydostac sie z tej waskiej dlugiej na 25 metrow dziury, zanim dynamit wybuchnie. Przy nas ledwo mu sie udaje. Kiedy otwiera nam drewniana bramke wypluwa z siebie zółć. Kiedy wroci na dol zaladuje 50 kilo tych kamieni na plecy i zataszczy je na zewnatrz, zeby sprzedac. Robi sobie przerwe - dajemy mu liscie koki i butelke gazowanego napoju, na oko plyn do mycia naczyn rozcienczony z woda. Siada i beznamientnie zuje liscie. To prawdopodobnie jego jedyny posilek w ciagu calego dnia, nie ma ani warunkow do normalnego jedzenia, ani pieniedzy. A koka zabija glod skutecznie. Pozwala przetrwac w tych warunkach. Sa miejsca gdzie gazy sa tak intensywne, i ilosc tlenu w powietrzu tak mala, ze dla nas jest kompletnie niemozliwe przebywanie tam. A oni tam normalnie pracuja. Ich twarze nie maja zazwyczaj zadnego wyrazu, emocji. Wygladaja jak zjawy, ktore mechanicznie wykonuja swoje czynnosci lacznie z wkladaniem do buzi i zuciem lisci, chociaz to jedyna chwila wytchnienia w czasie ich pracy. Nigdy nie widzialam ludzi tak ciezko pracujacych, w tak nieludzkich warunkach, w tak niebezpiecznym miejscu, gdzie jedyna ochrona jest kask na glowe... I wszystko absolutnie wszystko robia wlasnymi rekami.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Powered By Blogger