sobota, 7 kwietnia 2012

pisanie

po J. Hartwig dziś A. Komorowski zapytał mnie czy piszę - piszę, mnóstwo piszę, setki słów, liter pojedynczych, zdań mniej logicznych, ciągi cyfr, mnóstwo pisaństwa rozlewa się na milionach kartek, w których tonę. Biała papierowa otchłań rodzi się wszędzie tam, gdzie się pojawię i pobędę choć przez chwilę. Ale wartość tego słowa pisanego jest dla mnie tym mniejsza, im więcej mówię. A mówię dużo. Czytając coraz mniej - choć to może złudzenie, bo internetowego języka filtruję całe tomy. Języka innej wartości, słów lżejszych, jakby błahych. Taki sam mam stosunek to swoich słów zapisywanych - znaczą niewiele.



To największy problem przy ułożeniu tekstu do zdjęć, które mam niebawem zaprezentować. Wolę zabawę photoshopem, niż przypominanie sobie historii kryjącej się za postacią z fotografii, konktekstu, wydarzenia. I dobieranie słów.

Kojarzy mi się to z próbą przesunięcia głazu. Uczuciem zimnego metalu kajdanek na nadgarstach, bólem mózgu zalewanego przez cement, wpadającego w czarną dziurę. A przecież wiem, co chcę powiedzieć - że nie ma chyba miejsca większych kontrastów, gdzie obok piękna jest wielkie cierpienie. Gdzie łzy w gorącym słońcu zastygają na twarzy albo po latach w bólu po prostu ich brakuje. Gdzie zieleń tropikalnych lasów kontrastuje z czerwonymi, przekrwionymi oczami rebeliantów, którzy z frustracji i braku innej drogi wyrządzają wiele krzywd. Gdzie młodsze rodzeństwo nosi się na własnych plecach, aż się skończy dwanaście lat, potem swoje własne dzieci. Gdzie za uśmiechem kryją się głębokie rany...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Powered By Blogger