czwartek, 1 grudnia 2011

"Jeden dzień" - jedno życie

takiego filmu nie mógłby chyba zrobić mężczyzna. Jego sceny dosłownie chodzą za mną po Warszawie, po Pradze... Niezwykłe spotkania dwojga ludzi, którzy poznali się na początku swojego dorosłego życia, podtrzymywali kontakt, dbali o emocje. Silniejsze, czasem słabsze. Oczywiście w tle tej relacji oboje toczyli swoje życia - ogniste romanse, miłości z rozsądku, alkoholowe libacje, narkotyczne ciągi i kariery bez przyszłości albo utracone w meksykanskiej restauracji marzenia. Miało być inaczej. Mimo to ich drogi regularnie się przecinały - w końcu postanowili spędzić razem życie. Miłość spełniona i happy end? No nie, i od strony dramaturgicznej to nie jest błąd. Ale scena, która wyrywa nagle z hollywoodzkiego letargu i wali niczym pięścią w twarz tak mocno, że boli jeszcze kilka dni po? Był szok, szok powoduje, że się pamięta. A oglądając ten film każdy - świadomie lub nie - dopasowuje go do swojego życia: kto nie próbował szczęścia ze swoim przyjacielem wierząc, że to będzie miłość aż po grób, bo przecież rozumiemy się bez słów? A skoro jest efekt szoku połączony z efektem identyfikacji, to musi być i efekt głębokiej refleksji. Lone Scherfig - gratuluje!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Powered By Blogger