Granica rwandyjsko - kongijska. Z jednej strony potezny chaos, z drugiej wszystko dziala z zadziwiajaca sprawnoscia. Jak zwykle dlugi pas drogi wygladajacy na "ziemię niczyją", zupelnie nie przypominajacy w niczym obrazkow z pieknej, zielonej i wypucowanej Rwandy. Tlumy ludzi - zebracy mieszaja sie z tymi ktorzy chca przekroczyc granice. Na wozkach inwalidzkich, bez nog, brudni prosza o pieniadze. Probuja cos sprzedac, ale ciezko nawet wzbudzic w sobie litosc na widok brudnych opakowan i kupic cokolwiek. Ostatnie formalnosci przed opuszczeniem Rwandy w nowym budynku imigracyjnym, podloga tak lsni, ze mozna sie w niej przegladac. Potem z kazdym krokiem coraz gorzej, coraz wiecej kamieni zamiast asfaltu, coraz ciemniej - doslownie, coraz bardziej ponuro. To przez lawe, ktora co jakis czas wyplywa z Nyiragongo, niszczy miasto, pozostawia ludzi z tym, co uda im sie udzwignac na glowie albo plecach. Pierwsza kontrola - uwazne ogladanie okladki paszportu. Mowisz po francusku? Nie... Ok. Kolejna kontrola - mily pan cos pogadal, nawet po angielsku trosze pobrylowal, "the door number two" - powiedzial i szeroko sie usmiechnal. Nie bylo zadnych drzwi, ledwie okienko dla petenta. Paszport, jakis wyrostek zaczyna sie wydzierac po francusku, mowie, ze nie rozumiem, nie znam tego jezyka, to on jeszcze glosniej, brwi sciagniete, plik kongijskich banknotow w reku, idzie w moja strone. I... wyhamowal, i zaczal sie drzec na kogos innego, kto stal w kolejce do okienka obok. Moj paszport przeszedl w bardzo mile rece pana w a'la hawajskiej koszuli. Wpisal dane do zeszytu, sprawdzil w innym zeszycie, czy w Polsce urzeduje konsul, ktory mogl wydac mi wize. Zgodzilo sie. O ksiazeczke szczepien nie pytal. Krotko, formalnie, tresciwie. Witamy w Kongu... Szaro, buro, ponuro i biedniej byc chyba nie moze. Township. Jesli mialabym sobie wyobrazac przedsionek piekla, to chyba bylby to taki wlasnie obraz... Zadnej ulicy, ledwie uklepana droga, o kamienie mozna sie zabic, po bokach w rynsztokach stoi smierdzacy gesty szlam. Hotel znalezc bardzo trudno, turysci by chcieli przyjezdzac i ogladac dymiacy wulkan, jezioro Kivu, goryle, ale gdzie spac, co jesc? Znajdujemy, mamy wszystko. Wieczorem po obiedzie spacer na piechote do hotelu - moze kilometr, ciemno... A zawsze mowili, ze wieczorem nosa z hotelu nie wystawiac... Szczerze mowiac, o jakim ci ludzie zagrozeniu mowia? nie mam pojecia... Pewnie gdybym byla z bialym kompanem, byloby gorzej. Ba, nawet nie wystawilabym tego nosa za drzwi. Ale sytuacja wyglada zgola inaczej i niech tak pozostanie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz