...lepiej być nie może, jak będzie - się okaże". Paktofonika. Trochę to trwało, ale stało się. Łódź, filmówka, zaczynam w październiku, za niecały miesiąc. Z jednej strony cieszę się, jak rzadko kiedy, z drugiej - patrzę na reakcje ludzi, którym mówie: "to był Everest moich marzeń i udało się". W sumie po co patrzeć na innych - reakcje powinny być dość monotonne - "gratuluję, fajnie, wow". Jak się okazuje, nie do końca - "nic ci to nie da", "po co ci ta szkoła", "za taką kasę to jest jakieś oszustwo, a nie studia". Hmm, miło było tego posłuchać. Uczucie, jakby ktoś jednym ruchem maczety obciął skrzydła, a ja spadałabym z tych swoich obłoków na ziemie, waląc centralnie głową w beton. Szkoda. (przegryzłam, wcale nie szkoda!)
Kilka słów o łódzkim Domu Studenta. Nigdy nie sądziłam, że trafię jeszcze kiedyś do takiego miejsca. Samo wejście nawet w ułamku nie zapowiada tego, co czeka na piętrze. Swoim wyglądem, i tym samym atmosferą (chociaż był totalnie wyludniony, bo rok akademicki jeszcze się nie zaczął) nie przypomina żadnego miejsca, w którym kiedykolwiek byłam. Pokój, trzy łóżka, meblościanka, poszewki na pościel pachnące krochmalem i... tak sprane, że prawie rozpadają się w rękach, komuś już się musiały rozpaść, bo dziurawe. Czyste, to najważniejsze. Dużo przestrzeni, ale przestrzeni tak obrzydliwej, pełnej pustych białych ścian, stołów imitujących biurka. Jedyna uroda to pomalowane ściany przez jakąś stęsknioną za estetyką dziewczyną. Łazienka wspólna dla wszystkich - chyba jedna na całym piętrze...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz