wchodzę do swojej klatki, kamienica, centrum Warszawy, za mną starszy pan przyspiesza kroku, żeby drzwi, które otwieram sprawnie kodem nie zamknęły mu się przed nosem. Słyszę dźwięk odblokowanego zamka, pociągam za klamkę i odwracam się do pana z uśmiechem:
- proszę wchodzić
- pani przodem, dziękuję, że pani zaczekała, nastepnym razem ja się pani odwdzięczę i otworzę drzwi
- nie musi się pan odwdzięczać, miło mi, że mogłam to dla pana zrobić
on patrzy zdumiony zza ciemnych okularów:
- dziś nic nie ma za darmo
- jednak jest, za życzliwość czasem nie trzeba dawać nic w zamian.
- oj, nie ma życzliwości, uśmiech też kosztuje.
wsiadamy do windy, winda rusza
- ja pani nie znam, pani tu długo mieszka?
- trzy lata
- tak sie zagadałem, że zapomniałem wcisnąć swój guzik, ale własciwie mogę z pania jechać na szóste pietro
- ale tu nie ma...
- to bez znaczenia. do zobaczenia - musze jeszcze kiedyś wpaść na panią.
I zniknął za drzwiami z numerem 21.
W dziwnym entuzjaźmie. Z uśmiechem od ucha do ucha.
Rzeczywiście nie ma nic za darmo. Kiedy mówię kwiaciarce na Placu Zbawiciela "dzień dobry", bo kiedyś kupiłam u niej niezapominajki zawsze patrzy na mnie zdziwiona, i w tym swoim zaskoczeniu czasem zapomina odpowiedzieć.
Ile było w Rumunii takich sytuacji, że ktoś o coś pytał, zagadywał, po rumuńsku, odruchowo wręcz, a kiedy słyszał obcy język, uśmiechał się nieśmiało i gestami pokazywał, że po angielsku to nie bardzo potrafi, albo wręcz przeciwnie - zaczynał trajkotać po angielsku ile to jeszcze rzeczy zostało do zobaczenia. Bez złości. Bez agresji, że oto nie potrafią się odnaleźć w sytuacji z obcym, nie rozumieją, nie potrafią zareagować. Kiedy widzą zagubionego obcego, chcą pomóc, choćby gestem, jednym słowem, dzwonią do znajomego, który mówi po angielsku, dają do telefonu. Nie uciekają od siebie nawzajem. Nie chowają głowy w piasek. Nie odwracają wzroku zakłopotani. Tworzą wspólnotę, czują się jej pełnoprawnymi członkami. Jeszcze potrafią ze sobą rozmawiać.
Ale do rzeczy - bo co my właściwie miałyśmy z tej ich bezinteresowności?
1. taksówkarz w Cluj-Napoca, godzina 22.00, dwie turystystki, zero rumuńskiego, chcą gdzieś jechać, a jak to na taksówkarza przystało, facet z krzyżem z diamentów na plecach nie wie gdzie akurat ta ulica się znajduje, pytamy o cenę, coś tłumaczy, w końcu mówimy - nie mamy lei, czy 5 euro będzie ok, macha ręką, nie wiadomo czy zrozumiał. na pewno się zgubił parę razy, w końcu z pomocą innych taksówkarzy, policji i własnej inwencji dojeżdżamy pod hostel. chcę płacić - pokazuje jakiś kubek przy skrzyni biegów i każe wrzucić miedziaki, nie sprawdza ile, pewnie ich nawet nie wymieni w kantorze bo to monety, czyli dla niego kurs za darmo. idzie do hostelu, sprawdza czy to ten, pyta czy czegoś jeszcze potrzebujemy, pojawiają się oferty narkotykowe, daje bagaż, na skrawku gazety swój numer telefonu i znika w ulicznym ruchu. uśmiech od ucha do ucha.
2. Piatra Neamt - wypożyczalnia rowerów, wspomniany wyżej Daniel rozmawia z kolegą, który rowery pożycza, my prawie na migi, rowery dostajemy, Daniel rusza za nami, "nie dogadacie się, a ja znam kilka słów po angielsku, tu można spotkać złych ludzi, gdzie chcecie jechać?", no więc jedzie i nam towarzyszy, czasem coś zagada, coś pokaże, na basen wskaże drogę, to nad jezioro, i tak jeździmy, w końcu zatrzymujemy się w kurorcie basenowym, on załatwia miejsce gdzie możemy trzymać niezapięte rowery i iść się spokojnie kąpać. No to piwo, fanta i rozmowy nad mapą gdzie my tymi rowerami możemy pojechać: "tu możecie, a tu za daleko. Ale ja mam samochód. Tylko nie mam benzyny". "Ile chcesz za jeżdżenie przez cały dzień, benzynę kupimy?" "Nic nie chcę" (????). Naprawdę nic nie chciał.
3. Iasi - chłopak koleżanki, cały dzień jeżdżenia po Bukowinie, pytamy o benzynę, ile? Nic. Zakaz zadawania więcej tego pytania. U niej nocleg. Lodówka zapełniona lokalnymi specjałami. Żebyśmy wszystkiego spróbowały. Całodzienne wycieczki po mieście. A co w zamian???
4. Braszów - tu chyba nic nie było takiego wyjątkowego, chociaż gdyby się zastanowić, to może ta pani na przystanku w Branie, która nas pogoniła do jeszcze jakiegoś muzeum, którego i tak nie znalazłyśmy.
Tak czy inaczej - dlaczego mnie to tak strasznie dziwi???
Ale do rzeczy - bo co my właściwie miałyśmy z tej ich bezinteresowności?
1. taksówkarz w Cluj-Napoca, godzina 22.00, dwie turystystki, zero rumuńskiego, chcą gdzieś jechać, a jak to na taksówkarza przystało, facet z krzyżem z diamentów na plecach nie wie gdzie akurat ta ulica się znajduje, pytamy o cenę, coś tłumaczy, w końcu mówimy - nie mamy lei, czy 5 euro będzie ok, macha ręką, nie wiadomo czy zrozumiał. na pewno się zgubił parę razy, w końcu z pomocą innych taksówkarzy, policji i własnej inwencji dojeżdżamy pod hostel. chcę płacić - pokazuje jakiś kubek przy skrzyni biegów i każe wrzucić miedziaki, nie sprawdza ile, pewnie ich nawet nie wymieni w kantorze bo to monety, czyli dla niego kurs za darmo. idzie do hostelu, sprawdza czy to ten, pyta czy czegoś jeszcze potrzebujemy, pojawiają się oferty narkotykowe, daje bagaż, na skrawku gazety swój numer telefonu i znika w ulicznym ruchu. uśmiech od ucha do ucha.
2. Piatra Neamt - wypożyczalnia rowerów, wspomniany wyżej Daniel rozmawia z kolegą, który rowery pożycza, my prawie na migi, rowery dostajemy, Daniel rusza za nami, "nie dogadacie się, a ja znam kilka słów po angielsku, tu można spotkać złych ludzi, gdzie chcecie jechać?", no więc jedzie i nam towarzyszy, czasem coś zagada, coś pokaże, na basen wskaże drogę, to nad jezioro, i tak jeździmy, w końcu zatrzymujemy się w kurorcie basenowym, on załatwia miejsce gdzie możemy trzymać niezapięte rowery i iść się spokojnie kąpać. No to piwo, fanta i rozmowy nad mapą gdzie my tymi rowerami możemy pojechać: "tu możecie, a tu za daleko. Ale ja mam samochód. Tylko nie mam benzyny". "Ile chcesz za jeżdżenie przez cały dzień, benzynę kupimy?" "Nic nie chcę" (????). Naprawdę nic nie chciał.
3. Iasi - chłopak koleżanki, cały dzień jeżdżenia po Bukowinie, pytamy o benzynę, ile? Nic. Zakaz zadawania więcej tego pytania. U niej nocleg. Lodówka zapełniona lokalnymi specjałami. Żebyśmy wszystkiego spróbowały. Całodzienne wycieczki po mieście. A co w zamian???
4. Braszów - tu chyba nic nie było takiego wyjątkowego, chociaż gdyby się zastanowić, to może ta pani na przystanku w Branie, która nas pogoniła do jeszcze jakiegoś muzeum, którego i tak nie znalazłyśmy.
Tak czy inaczej - dlaczego mnie to tak strasznie dziwi???

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz