piątek, 4 czerwca 2010

południowy Daleki Wschód

kto raz był w Belgradzie - atmosfery ulic nie zapomni chyba do końca życia, bo jest ona nieporównywalna z niczym innym. Miasto muzyki. Miasto zwyczajnych ludzi. Gdziekolwiek bylismy, z kimkolwiek rozmawialismy mialam wrazenie ze to jest miejsce gdzie mogę się z stu procentach czuć sobą. To nie jest proste nie musieć niczego udawać. Że jest się mądrzejszym, że bardziej/mniej wyluzowanym, że bardziej/mniej zadowolonym/usatysfakcjonowanym... Nie, tutaj po prostu można robić swoje.



Masz ochotę tańczyć na ulicy? po prostu to rób. Z drugiej strony miasto przygnębiające - wciąż straszą budynki zbombardowane dekadę temu. Pośród normalności to jedyny świadek pamięci minionej wojny.


Po zachwycie Belgradem, po nocy z rakiją i przebojami wszystkich epok we wszystkich językach świata - samolot do Dhaki. Największej nędzy, dusznego smrodu, największego zaludnienia i miejsca najczęstszych kataklizmów naturalnych. Zrezygnowanie, życie z dnia na dzień. Brak czegokolwiek, a nawet jeśli już coś się ma, to najlepiej sprzedać, żeby nie dźwigać przy ucieczce przed kolejną powodzią. A jeśli nie sprzedać, to zabić i zjeść, bo i tak nie będzie gdzie trzymać - na maleńkiej wysepce na wiekim powodziowym jeziorze. Jedna wielka bieda. Bangladesz.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Powered By Blogger