Mój Daleki Wschód to Bangladesz - nigdy wcześniej nie byłam tak daleko w tę stronę świata. Pierwszy oddech tropikalnym powietrzem - znajomy z Wenezueli. Tropiki wszędzie pachną i smakują tak samo? A-b-s-o-l-u-t-n-i-e n-i-e. Zaduch niemiłosierny - po pierwszej minucie na zewnątrz ubranie klei się do ciała, a po plecach żwawo pomykają kolejne strużki potu. Ponad 40 stopni - w cieniu, słońcu, bez znaczenia. Dopadamy klimatyzowany autobus, bo jesteśmy wybrańcami. Mamy coś, o czym inni nawet nie mają odwagi marzyć. Nie - nie tylko zawartość portfeli. Ale i miejsce, z którego przyjechaliśmy. I kolor skóry. Od tej pory gdziekolwiek się pojawiamy towarzyszą nam wielkie oczy wbite w szyby naszego autobusu, otwarte z zaciekawienia buzie - jesteśmy zjawiskiem. Kiedy próbujemy się dostać do hotelu, w czasie niemiłosiernie długiego postoju w korku co jakiś czas ktoś wali albo w karoserię samochodu albo stuka za długimi i brudnymi paznokciami w szybę. Okropny dźwięk - można dać banknot, żeby namolny żebrak tylko przestał stukać, ale nikt nie wyciągnie pieniędzy, bo każdy nasz ruch jest obserwowany przez kilkadziesiąt par, czasem równie mocno potrzebujących jedzenia, oczu. Danie jednemu pieniedzy - może oznaczać wyrok. Próbujemy zamknąć oczy, po długiej podróży marzymy o prysznicu i łóżku. Przejechanie kilku kilometrów zajęło prawie dwie godziny. Niemal wyszarpujemy recepcjonistce nasze karty z czipem i znikamy na drzwiami pokojów.
Upał i wilgoć są tak okrutne, że wyjęty na zewnątrz aparat natychmiast paruje.
Przy każdym wdechu ma się wrażenie, że to ostatni haust powietrza przed wymiotami. Smród jest niemiłosierny. Trudno odróżnić kram z warzywami od sterty śmieci. "Sklep" z warzywami obok straganu z kurami i patroszenie ryb. Zdechły ptak po nogami. Wmieszany w resztki warzyw, plastikowych torebek, pióra po kurczaku i ludzkie ekskrementy. Śmierdzi, to najgorsze. Od tego ten wbity w nas z każdej strony wzrok. Nie chcesz kupić - weź więc prezent, mango, marchewkę. Co tylko chcesz - spróbuj mojego - zdają się mówić. Ale jak tu spróbować, jak ameba i żółtaczka pokarmowa tylko czyha na takie okazje. Do plecaka i do hotelu. Ale już wiem, że nigdy tego nie spróbuję. Następna ulica to parking dla riksz, warsztat, a między tym wszystkim... szkoła. Tabliczki, kredy, nauczyciel - na kocu okołu dwadzieścioro dzieci. Dopadają nas - nie rozumiemy ich języka, ale rozumiemy, że chcą żeby zrobić im zdjęcia. Spełnienie ich marzenia dla nas jest dziecinnie proste. Krzyk radości. Robimy kilkadziesiąt zdjęć, pozują, skaczą. Wszyscy chcą uścisnąć rękę.
dzień drugi - ruszamy w teren. Autobus, bagaże, aparaty w ręce. Jedziemy na północ w okolice Sirajganj. Uderza bieda. Wychudzeni ludzie, w brudnych ubraniach, owinięci chustą wokół pasa. Można odnieść wrażenie, że w tym kraju punktem honoru jest mieć swoją rikszę. P:odobno w samej Dakce jest ich między 400 a 600 tysięcy (oczywiście nikt nie dba o ich zarejestrowanie, o podatkach - mniemam - w ogóle nie ma mowy. Co nie znaczy, że to dobry zarobek, to znaczy tylko, że to jedyna szansa na zarobek. Zarobek wysokości 3 euro dziennie. Średnio.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz