wtorek, 14 lutego 2012

"Andrzej Wajda. Róbmy zdjęcie"

konstrukcja tego dokumentu dowodzi, że wcale nie musi na koniec wybuchnąć żadna bomba, ani mina, żeby film był ciekawy - jeśli jest dobry bohater, osią akcji nie musi być narastające napięcie i zaskakujący punkt kulminacyjny, a na pzykład chronologia wydarzeń. Oczywiście, chronologia nie musi idealnie odzwierciadlać rzeczywistości. Bo tu na pewno tak nie było. Na początku reżyser się męczy, przeklina, aktorzy nie grają tak jak on chce, wszystko się gubi (łącznie z aktorami), wszystko jest szarpane, także włosy z głowy. Wajda cedzi przez zęby kąśliwe uwagi, przekleństwa, rzuca hasła o niemocy i braku umiejętności. Kompletna klapa. Powoli jednak zarówno praca reżysera nad filmem jak i dokument nabierają rytmu, reżyser coraz częściej się uśmiecha, tu udzieli wywiadu, tam zrobi sobie zdjęcie z młodą aktorką, przez ramię rzuci jakąś życiową mądrość i że reżyserowanie w gruncie rzeczy to fajne zajęcie..., a film oczywiście dalej powstaje. Potem niby mimochodem pod koniec zdjęć powie, że mógłby jeszcze tydzień tak pracować. Ale nie dłużej! Już czujemy że to będzie sukces. A że będzie to wiemy nie z filmu dokumentalnego, tylko z ekranów, jeśli film oglądaliśmy, albo z powszechnego zainteresowania czyli na przykład z mediów, albo - jeśli jesteśmy juz kompletnymi ignorantami - może nam sie obiło o uszy, że film dostał nominację do Oscara. Czyli wszystko przewidywalne. Ale przyjemnie przewidywalne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Powered By Blogger