niedziela, 31 maja 2009

kulumbijska dzungla

nie, nie ta sama w ktorej siedzi FARC, chociaz nad ta tez chcial miec kontrole. Partyzantka zabila kilku szefow parku narodowego Tayrona, zaden nie chcial sie zgodzic na transfer koki przez dzungle na wybrzezu Morza Karaibskiego. I tak jest wlasciwie do dzis. Im blizej wybrzeza tym bezpieczniej. Tayrona - 37 tysiecy akrow dzungli. Wyjazd z Santa Marty do Canaveral. Stamtad piechota przez dzungle 3 kilometry. Mielismy dwoch malych przewodnikow - bosonodzy bracia wiek na oko 3 i 6 lat - wracali do swojego domu w jednym z obozow noclegowych dla turystow. Doprowadzili nas do Arrecifes, do obozu, ktory znajduje sie na wybrzezu Morza Karabskiego. Szybka decyzja - idziemy dalej. Tym razem poltora kilometra wybrzezem morza w najpiekniejszym kolorze turkusowym, poltora przez dzungle. W el Cabo zostajemy. Tez na wybrzezu. Noclegowe opcje sa dwie - namiot albo hamak - wybieramy hamak. Wyglada to tak, ze pod dachem z lisci palmowych jest zaczepionych w rzedzie ok 40 hamakow. Nie trzeba sie hustac, zeby wpasc na sasiada. Kiedy klade sie z nocy, pod moim spiworem znajduje cos, czego tam nie bylo. Okragle, wielkosci malego jajka. Czarne. Nie zdazylam sie przyjrzec, bo z piskiem wyskoczylam z hamaka. Nowi koledzy z Izreala w smiech. Podejrzewam co to bylo, na pewno nie tarantula, ale pol nocy nie moglam spac. Szum morza tez mnie nie uspokoil wystarczajaco. Tym bardziej, ze Izraelici z checia wrzuciliby cos jeszcze zeby tylko zobaczyc te przerazone oczy.



















Dzis rano trasa poltorej godziny na gore po kamieniach do Pueblito - miasto ukryte w srodku dzungli. Droga upiornie meczaca, w upale, dusznym powietrzu, za to widoki po prostu niepowtarzalne. W Pueblito Indianin w slomianej chatce - witamy sie, on mnie wpisuje do ksiegi gosci, obok nazwiska mam napisac... maila. po co? nie wiem, ale z niecierpliwoscia oczekuje wiesci z dzungli kolumbijskiej.
to droga impreza, bilet wstepu rzedu 14-15 dolarow, hamak 8 dolarow. ale wrazenia absolutnie niepowtarzalne.

Zdjecia mam, jak tylko bedzie szybszy net wrzuce obiecuje. Spokojnie.
Jutro Cartagena.

piątek, 29 maja 2009

kolumbijscy naciagacze

Kolumbia przezywa czas przemian. Droga spod granicy wenezuelskiej na wybrzeze do Santa Marty jakby dopiero co wybudowana. Jedzie sie niezle, niestety w Kolumbii sa juz ograniczenia predkosci, co po jezdzie szalonym autobusem w Wenezueli jest nudna niespodzianka.



















Wenezuela ma tez charakterystyczne pobocza, oprocz tego ze w niektorych miejscach sie po prostu nagle urywaja i ich nie ma, potem znowu sie gdzies zaczynaja to jest wszedzie leza po prostu sterty smieci. Zrozumialam dopiero po jezdzie z Garbielem ' taxi driverem¨, ktory co mial w rece a bylo mu niepotrzebne - fru za okno. Kolumbia jest czysta. W miare, tez zdarzaja sie smieci na poboczach, ale im dalej od Wenezueli tym czysciej. Santa Marta - turystyczna miejscowosc na wybrzezu Morza Karaibskiego - budzi sie ze swego bieda snu. Otwiera na turystow. Sa pieniadze, buduja sie ulice, sa w miare czyste plaze. I tlumy ulicznych i plazowych handlarzy, po dziesiatej zaczepce ma sie ochote dac w zeby, po dwudziestej juz sie nic nie chce. Podatku chyba nikt tutaj nie placi, bo 80 procent biznesu kreci sie na chodnikach przed sklepami, o paragonie fiskalnym zapomnij. Soki, jedzenie, telefony komorkowe, budki telefoniczne ( czyli pani siedzi, przed soba na taborecie ma 4 komorki, z kazdej mozna zadzwonic do innego operatora, w Wenezueli panie mialy nawet telefon stacjonarny na ulicy. jak? nie wiem, kabla z domu nie ciagnely), klapki, paski, wszystko. Bez podatku. Jak juz jest sklep to nie dosc ze paragon jak kartka z zeszytu to jeszcze na najmniejsza pierdole reklamowka taka, ze sama bym sie do niej zmiescila. Ale buduje sie, odnawia, ulice nowe - Santa Marta sie zmienia. Jak z reszta Kolumbii?

czwartek, 28 maja 2009

Coro - C jak spokoj

piekne male uliczki, nastrojowy hostel, wydmy z parzacym stopy piaskiem. Coro - kolonialne male miasteczko prawie na wybrzezu morza karaibskiego. w drodze do Kolumbii.


Coro-Maracaibo- granica Wenezuela Kolumbia (Maicao) -Santa Marta.
jedziemy najbardziej zdezelowanym autobusem jaki na oczy widzialam do Maracaibo (w wolnym tlumaczeniu miasto lezace na ropie). muzyka ¨venezuelan polo¨rozwala bebenki. moj nowy znajomy Rocuio, czarnoskory, na oko 6 lat. nie umiem sie z nim porozumiec w jego jezyku, ale moje cukierki jemu smakuja tak jak mi.

Maracaibo - taksowka albo bus do granicy z Kolumbia. busy odjechaly, taksowki ... no sa. drogie. utargowalismy. wsiadamy do najstarszego jekiego swiat widzial forda... ten samochod nie ma nic procz radia, kawalka kierownicy, wajchy do zmiany biegow. na fotelach sie lezy nie siedzi, w srodku szesciu pasazerow plus kierowca. ale poczatek byl jeszcze gorszy. placimy kase za przejazd 120 kilometrow. kierowca i jego alfons wkladaja do bagaznika nasz bagaz (bagaznik otwierany na srubokret) i znikaja. siedzimy, siedzimy, chodzimy. po polgodzinie zbiera sie odpowiednia ekipa - czytaj 6 osob- i lecimy na granice. Gabriel wygladajacy jakby byl totalnie pijany robi wszystko, zeby samochod sie po drodze nie rozpadl. zatrzymuje sie co jakis czas zeby zamknac bagaznik. smierdzi spalenizna - nie wazne, jedziemy. z nami Kolumbijczyk -Luciende - mowi po angielsku, czujemy sie bezpiecznie, oboje chcemy przekroczyc granice, a on zna hiszpanski i robi to kilka razy w miesiacu. Po siodmiej kontroli paszportowej przestalam liczyc. Luciende wszedzie z nami. wszystko tlumaczyl. Mistrzu. jak trzeba bylo wyciagnal peso i placil. na koniec wsadzil w autobus do Santa Marty. znowu mielismy duzo szczescia. zdjecia Gabriela niebawem. jego samochodu tez...

analiza osobowosci taksowkarzy

opuscilismy Caracas, meganowoczesny autobus okazal sie o glowe lepszy od tych, ktore jezdza po polskich drogach. poszukiwanie bezpiecznej taksowki... bo historie sa rozne. trafil sie Kolumbijczyk z dwiema gwiazdami Dawida na szybie. Najpierw do hostelu po rzeczy - po drodze sprawdzanie, na ile to mozliwe, czy facet jest bezpieczny - jak na warunki tego miasta. Z bagazami przez La Bandere. Milo, rozmowa sie klei - po hiszpansku oczywiscie. Kolumbijczyk kaze powtarzac za soba literki hiszpanskiego alfabetu - on sie bardziej boi tej dzielnicy, czy ja??? Po godzinie kluczenia po ulicach ciemnych dojezdzamy. Misja "opuscic CCS" - zakonczone sukcesem. Wracamy tu za poltora miesiaca.

poniedziałek, 25 maja 2009

przezyc w Caracas

piaty dzien w Caracas - wystarczajaco duzo czasu, zeby sie przyzwyczaic do tego miejsca. na lotnisku generalnie bez kontroli i problemow, nie zdazylismy wyjsc z terminalu, kiedy zaczepil nas jeden z oficerow pilnujacych wyjscia ¨bus czy taxi?¨- bus. ¨bolivares?¨, ¨si, senior¨. pan oficer zaprosil nas do busa, po czym wymienil nam po 50 dolarow od reki. dobry kurs, jak sam mowil - jeden do pieciu, w kantorze bedzie jeden do dwoch. wymienialismy walute trzy razy, ani razu w kantorze. wysiadamy na gato negro - jedno z najgorszych chyba miejsc w caracas, od razu do metra. wielkie plecaki, dwie zblakane owce... od razu podchodzi para i nawija cos po hiszpansku. widac, ze chca kase, ale byli tak zszokowani tym, ze nie znamy hiszpanskiego, ze ich zatyka. w kolko powtarzaja jedno zdanie, kompletnie nie wiem o co chodzi. podjezdza metro - zostaja kompletnie zdezorientowani na stacji. nowicjusze. chcieliby ale sie nie udalo. ciudad universitaria - miasteczko uniwersyteckie - enklawa spokoju w szalonym miescie. hostel mega lewacki, wszedzie che guevara. piec dolarow za noc. zostajemy.

samochody jezdza jak szalone, a piesi sa jeszcze bardziej bezczelni od kierowcow. wlaza im pod kola, nie wazne - zielone, czerwone? to ostatnia rzecz na ktora zwracaja uwage. samochody obite, sklejane, i mnostwo starych amerykanskich fordow. garbusy, terenowki... a miedzy tym wszystkim smigaja motory. na piatego, byle wyprzedzic. byle szybciej. dlatego moto taxi maja duzo silniejszy argument w korkach - im bardziej szalony kierowca tym wieksza szansa ze zdazy na czas. autobusy gorsze niz w odessie. cos odpada, cos sie wlecze po ziemi za autobusem? nie wazne, jedzie dalej. czasami na nich napis `adios amigo`- to znaczy, ze kierowca jednego z autobusow zostal zatrzelony. wtedy wszystkie autobusy na trasie zamordowanego biala pasta do butow pisza na szybach i karoserii (jej resztach) pozegnanie. po tygodniu scieraja i maza cos innego, na przyklad apel do szefa dzielnicy ´chcemy jezdzic po wlasnie powstajacym pasie dla autobusow´. i tak w kolko. Caracas to najbardziej pomazane miasto jakie widzialam, graffiti, murale sa doslownie wszedzie. za pomoca sprayu wyraza sie tutaj absolutnie wszystko. najczesciej mozna spotkac ´si va´glosuj na tak, pozostalosc po kampanii lutowej. wtedy wenezuelczycy zdecydowali w referendum, ze nie bedzie limitu kadencji prezydenta. czyli chavez forever. albo ´con chavez todo, sin chavez nada!´. miedzy ´si va´oczywiscie mnostwo che guevary.

caracas to miejsce gdzie trzeba miec oczy naokolo glowy, i jeszcze uwazac zeby nie zarobic kulki. wczoraj pojechalismy kupic bilet na autobus. stacja metra la bandera. 500 metrow od stacji ma byc nowoczesny terminal, prywatna firma, swietne autobusy. niedziela, spokoj na ulicach. z kazdym krokiem coraz wiecej syfu (co w ogole jest charakterystyczne dla Ccs), coraz bardziej obdarte domy, coraz bardziej bandyckie twarze. Brzeska na pradze przy tych slumsach, wyglada jak willowa dzielnica. Terminal rzeczywiscie nowoczesny, wszystko pieknie, autobus do Coro - business class - 12 dolarow. Zalatwione, wracamy. Dwa strzaly. Ludzie nawet nie odrywaja sie od swoich obowiazkow, takie same beznamietne twarze - siedza i patrza przed siebie. 15 minut pozniej kolejna seria - duzo dalej od nas. Podobno to codziennosc.

Jutro coro. W lipcu powrot to caracas. wrazenia - milosc od drugiego wejrzenia, i coraz wieksza fascynacja nie wiem z czego ona wynika, czy z absurdow ktore tutaj sa, czy z determinacji tych ludzi, ktorzy nie maja perspektyw na lepsze zycie, a mimo to walcza.

środa, 20 maja 2009

Warszawa-Londyn-Madryt-Caracas

ostatnie rzeczy do plecaka, ostatni rzut okiem na pokoje... sterta rzeczy, ktore sie nie zmiescily lezy obok plecakow. pojada kiedy indziej. niesamowite uczucie zostawic wszystko na dwa miesiace.

sobota, 16 maja 2009

telefon po naprawie prawie nie dziala, mozna sie odzwyczaic...
w caracas zostal mi polecony hostel, ktory nie ma strony w necie, nie ma go w footprint - jego wlasciciele - swietna angielszczyzna - opisali jak do niego dotrzec, wyslali link do google.maps. caracas to pierwsze miasto w ktorym mialam ogromny problem, zeby znalezc nocleg - hotele, nawet 3 gwiazdkowe, na maile po prostu nie odpisywaly. hostele natomiast maja tak dramatyczna opinie - a jest ich i tak tyle, ze na palcach jednej reki mozna policzyc - pozostala wiec opcja rozpytywania naokolo. za 6 dni godzina prawdy.

wtorek, 5 maja 2009

za duzo rzeczy - za malo czasu

Zostaly dwa tygodnie, wreszcie mam nowe buty - nie sa rude, ale podobno najlepsze do chodzenia po górach. po paśmie wypadków wreszcie jakiś sukces. wczoraj spadający na podłogę telefon trafił prosto do szklanki z sokiem, która stała na podłodze i wygladała jakby czekała, aż coś do niej wpadnie. Albo conajmniej czyjaś noga ją kopnie i rozleje. moja glupota, że ją tam postawiłam, czy mega pech?
Powered By Blogger