
przeglądając filmy z Bangladeszu powtarzająca się sytuacja rzuciła mi się w oczy - dzieci przy studni. Dzieciaki biegły wszędzie, gdzie skierowana była kamera, chciały się znaleźć w kadrze, nie wiedząc dokładnie do czego to czarne urządzenie służy. Po prostu patrzyły w obiektyw, przepychały się, żeby być bliżej "centrum", ale też robiły to, co myślały, że od nich oczekujemy, czyli na przykład tłoczyły sie przy studni z wodą. Piły prosto z kranu, myły glowę, płukały stopy pod czystym, wręcz kryształowym strumieniem. Robiły to z dumą, kubek z wodą podnosiły do ust jak czarę zwycięstwa. Dzieci w Bangladeszu było cale mnóstwo. Ale żadne - ŻADNE - nie pokazało nam swojej zabawki. ŻADNE nie pochwaliło się szmacianą, ręcznie zrobioną lalką, piłką... Wszystkie wydawały się dumne, że mogą pić wodę.
od Tomka Sikory:
OdpowiedzUsuńmocne spostrzeżenie.
Oczywiście to podstawowa interpretacja przez Ciebie sugerowana jest jasna. I zapewne jest prawdziwa. Ale. Myśląc nad istotą zabawek w kulturze euro-amerykańskiej - zabawka jest substytutem partnera, towarzysza. Jako pierwsze - zdaniem Ruth Benedict - zabawki pojawiły się tam gdzie chciano dzieci wyciągnąć ze wspólnoty, postawić na rozwój indywidualny jednostki. By ten rozwój stymulować jednocześnie osłabiając węzły grupowe - wtedy dzieciom zaczęto "dawać zabawki". Innymi słowy: bieda bangladeska na pewno - ale może też te dzieci tak dobrze żyją w grupie, tak sprawnie funkcjonują w swoich mikrospołecznościach, że zabawek nie potrzebują?
podnoszę zmęczone powieki znad biurka, pracy. Czytam. Jutro przyjdzie czas na refleksję nad dziećmi Bangladeszu...
OdpowiedzUsuńSmutne.