niedziela, 29 stycznia 2012

tydzień średnich filmów

"Była sobie dziewczyna" reż. Paul Englishby (2009) - fabuła filmu prostsza niż tytuł. Młoda, ładna dziewczyna, inteligentna, marzenie (bardziej jej rodziców) to Oksford, niespodziewanie w strugach deszczu pojawia się miłość, która rujnuje zaprogramowane pod egzaminy na najlepszy uniwersytet życie, miłość oczywiście okazuje się złudzeniem, co nie znaczy, że błędy popełnione przez bohaterkę są nie do naprawienia. Jaki z tego morał?

"Dziewczyna za tatuażem" reż. David Fincher - widząc nominację do Oskara za montaż myślę sobie - będzie wydarzenie, mając w pamięci sposób zmontowania filmu "The Social Network". Co zrobił pan Fincher? Montażowo nie zaskoczył w ogóle, bo tam gdzie montaż miał/mógłby zaskoczyć, tam montażyści zastosowali te same manewry, co przy poprzednim filmie. Niestety, to samo z muzyką - "The Social Network" oglądałam chyba pięć razy, muzykę znam na pamięć, i jak słyszałam podobną w "Dziewczynie z tatuażem" to czułam się trochę oszukana. Fincher rok temu dostał Oskary właśnie za montaż i muzyke. Niech mu to wystarczy. Rooney Mara w porządku.

"Czas wojny" reż. Steven Spielberg - niektórzy na forach internetowych domagają się dosłownego tłumaczenia tytułu filmu z "The horse war", czyli koń bojowy, ale ten tytuł brzmiałby średnio. "Czas wojny" tak naprawdę poza świetnymi zdjęciami Janusza Kamińskiego, historią z potencjałem, ale niezbyt umiejętnie wykorzystanym nie ma nic oryginalnego, pociągającego, wstrząsającego. Wzruszającego. Bo tam gdzie miejsce na wzruszenie i łzy, czyli powrót bohaterów do domu, reżyserowi zabrakło pomysłu na finał, pokazał więc kilkanaście podobnych do siebie ujęć, w których nie dzieje się nic. Tu Kamiński przesadził też ze światłem, ale niech Amerykańska Akademia Filmowa mu to wybaczy...

czwartek, 19 stycznia 2012

"Musimy porozmawiać o Kevinie"

oglądając ten film można sobie zadawać mnóstwo pytań: dlaczego matka Kevina nie prosi nikogo o pomoc, dlaczego jej mąż jest nieludzko ślepy na jej spostrzeżenia i obawy, dlaczego któreś z nich nie wymierzy wreszcie rozkapryszonemu, nabzdyczonemu gówniarzowi solidnego klapsa? kiedy film się kończy po głowie kołacze się kolejne - jak do tego doszło? i nie ma odpowiedzi. Ten film nie daje ŻADNEJ odpowiedzi, mnoży tylko pytania. Zaglądając głęboko, pod kołdrę, do toalety, w zakamarki domu i duszy - matki i syna. A między nimi non stop iskry, napięcie, milcząca konfrontacja. Wulkan kipi i wreszcie eksploduje... i niszczy wszystko, co napotka na swojej drodze. Nie przypadkowo. Najbardziej matkę. Niszczy ją do doszczętnie. I mimo to, zakończenie z założenia powinno być inne.
Niesamowity film.
Czy psychopata rodzi się psychopatą, czy psychopatą się staje? Czy czyni go nim otoczenie, czy pozostaje bez wpływu na chorą osobowość?


Co ciekawe reżyserka filmu - Lynne Ramsey nie ma swoich dzieci, a film powstał w pewnym sensie właśnie z lęku przed macierzyństwem, przed spełnieniem najgorszego scenariusza na temat bycia matką i posiadania rodziny. Tak powiedziała Tilda Swinton w wywiadzie dla tygodnika "Polityka" (2/2012). Powiedziała też kilka słów o tym, co nie znalazło się w filmie, a co mogłoby dużo tłumaczyć: "W scenie, która chyba nie weszła do filmu, matka pyta, dlaczego jej nie zabił. Jeśli bierze się udział w przedstawieniu - odpowiada Kevin - to nie eliminuje się swojej publiczności. Nie pobrzmiewa to kompleks Edypa?".

piątek, 13 stycznia 2012

the epicentre of laziness

Z jednej strony można sobie pozwolić na marazm, nic-nie-robienie, niestaranie się, niewalczenie, na nijakość, na wypłowiałe kolory, na widzenie świata przez zakurzoną szybę bez wewnętrznego imperatywu, że trzeba zrobić wszystko, żeby odzyskać ostrość widzenia.

I trzeba pozwolić, żeby się samo odczepiło, poukładało, znudziło się.

Ale kiedy się czeka, a to nie mija, tylko jeszcze bardziej się nie chce szukać kolorytu świata, coraz mniej rzeczy przyprawia o przyspieszony rytm serca, czerwień zalewająca szyję pod wpływem emocji jest coraz mniej czerwona, a zieleń zafascynowanych oczu coraz mniej intensywna. Co wtedy?
Może czasem nie musi być przymusu, że trzeba iść do przodu, być dobrym, najlepszym, że czasem wystarczy być. Chłonąć muzykę bez żadnego innego celu niż cel sam w sobie. Odpuścić. Nie myśleć. Nie naciskać. Nie pospieszać. Świat wymusi pośpiech, działanie. Niech świat robi swoje, a ja swoje.



"Człowiek z Hawru"
"Almanya"
cos przespałam - szkoda gadać ("Sherlock Holmes - gra cieni")
"Popiół i diament"
"Fight club" jeszcze raz
"Sekret jej oczu"

niedziela, 1 stycznia 2012

New Year's Day

jeżeli ten rok rozpoczął taki słoneczny i ciepły dzień, to to nie może być kiepski rok.

Powered By Blogger