niedziela, 26 lipca 2009

wracajac do peruwianskiej granicy...

ilosc wrazen i emocji jaka towarzyszy powrotowi po takiej podrozy nie pozwala zebrac mysli jeszcze bardziej niz sama podroz.
Kiedy myslami wracam do przekraczania granic na poludniowoamerykanskim kontynencie, to tak... ekwadorsko-peruwianska byla istnym koszmarem. Za to zegnanie Peru odbylo sie bez wiekszego bolu. Oczywiscie nastawienie bylo odpowiednie po traumatycznych doswiadczeniach, ale granica peruwiansko-boliwijska okazala sie najspokojniejsza granica jaka w zyciu przekraczalam. Procz budki z panem do stemplowania paszportu i punktu xero nie bylo tam nic. Ach, oczywiscie punkty wymiany walut, pieniadze nie-lewe, kurs nie-bandycki. Troche jak we snie. Po przekroczeniu granicy odwrocilam sie za siebie, a tam billboard - "Peru, kraj wolny od swinskiej grypy". Potem przeprawa przez Titicace - oczywiscie droga wodna, autobus tez, a jakze.
Ale przekroczenie granicy boliwijskiej wcale nie zakonczylo peruwianskich problemow. Slyszelismy wczesniej o zapowiedziach strajku generalnego polegajacego na zablokowaniu wszystkich wiekszych drog na poludniu kraju, slyszelismy tez, ze strajkujacy dogadali sie z prezydentem. Potem o strajkach cicho, glucho. Zeby nie straszyc turystow, ktorzy jak przyjada do kraju Inkow, a nie wjada na Machu Picchu, bo strajk, to i tak gdzies zostawia swoje dolary. Szybki plan na Salar de Uyuni, potem w nocy do Potosi, zeby zwiedzic kopalnie.
I w Potosi wreszcie luz, bo zrealizowalismy plan. Spokojnie wracamy do La Paz, chill out, zakupy. Spokojnie do Limy, z nadwyzka dwoch dni. Na dworcu autobusowym w La Paz nasz plan rozsypal sie w drobny mak - "biletow do Peru nie sprzedajemy przez najblizsze trzy dni, potem sie zobaczy". Potem to juz bylo za pozno, wiec zaplacilismy bandycko drogo za bilet lotniczy do Limy. Oczywiscie soczyscie przeklinajac po drodze. Mimo ogolnie zlego nastawienia do Peru po przylocie mila niespodzianka - sami sympatyczni ludzie, nie naciagaja, w autobusie placimy tyle, co wszyscy. Jakos wszystko zaczyna sie trzymac kupy.

niedziela, 12 lipca 2009

kolo w ksztalcie wieloboku

wyladowalam w Caracas, nagle wszystko wydaje sie spokojne, nie slychac klaksonow, samochody jezdza spokojniej, ludzie sie przygladaja, ale juz to nie przeszkadza. nie peszy, nie drazni. inaczej. ten sam hostel. czuje jakbym wrocila do ukochanego, dlugo wyczekiwanego miejsca. te same dzwieki cykadopodobnych miejskich konikow polnych, szczekanie tych samych psow, warsztaty samochodowe tuz za rogiem i od czasu do czasu ryk reperowanego silnika. nie wiem czy to dlatego ze sobota i wszyscy wariaci gdzies powyjezdzali. czy to dlatego ze la paz bylo takie glosne, a w limie autobus ledwo dojechal do miejsca celu bo sie zepsul pare razy po drodze... nie wiem. ale czuje dziwny spokoj. przede mna milion rzeczy do opisania, czesc zapisana gdzies na przypadkowych kartkach w najbardziej przypadkowych miejscach, wiele historii do odtworzenia, wiele przemyslen do uporzadkowania. zdjec do pokazania. filmow do zmontowania... i jedno jedyne najwazniejsze - kolejna podroz do zaplanowania. w to jedyne najwazniejsze miejsce - do Ameryki Poludniowej :)
Powered By Blogger